Za chwilę minie 100 dni od zamknięcia gastronomii. Dramatyczne komentarze szczecińskich restauratorów

Bogna Skarul
Bogna Skarul
Rośnie liczba szczecińskich restauracji, którym grozi bankructwo
Rośnie liczba szczecińskich restauracji, którym grozi bankructwo
Udostępnij:
W ostatnim czasie znacznie przybyło ofert pośredniczenia w sprzedaży lokali gastronomicznych, kawiarni, restauracji czy barów. To ci co stanęli pod ścianą. Pozostali jeszcze walczą, choć wiedzą, że "dania na wynos" ich nie uratują.

Dramatyczne komentarze szczecińskich restauratorów

- Powoli bankrutujemy – mówi Maciej Wiśniewski, właściciel restauracji Public Fontanny przy al. Jana Pawła II w Szczecinie. – W tej chwili „przejadam” oszczędności, które gromadziłem na emeryturę. Oczywiście, że nie zwolniłem pracowników. Nadal im płacę, ale pracują u mnie trzy osoby, na tyle mam roboty, bo wydajemy dania na wynos. Reszta siedzi w domu. Te posiłki na wynos dają mi jakieś 10 proc. obrotów jakie miałem przed pandemią. A koszty stałe zostały. Nikt nie zwolnił mnie z opłat za prąd, gaz, czynsz. Nie ukrywam, boję się o przyszłość.

- Jestem wkurzona na sytuację – mówi Iwona Niemczewska właścicielka restauracji „Z drugiej strony lustra” przy ul. Piłsudskiego. – Żadnej pomocy nie dostałam, żadne zwolnienie z ZUS mnie nie obejmuje. W ewidencji działalności gospodarczej, prowadzenie restauracji wpisane mam na drugiej pozycji, bo kiedyś zajmowałam się czymś innym. Kiedy na 100 proc. zajęłam się restauracją, nie pomyślałam, że ważna będzie kolejność wpisania w rejestrze swojego biznesu.

- Radzimy sobie na 50 procent – mówi Eleonora Pełechaty, właścicielka Pizzerii Piccolo przy al. Wojska Polskiego. – Ratuje nas to, że przed pandemią prowadziliśmy sprzedaż na wynos. Poza tym na rynku jesteśmy już od 40 lat, mamy stałych klientów. Ale brakuje pieniędzy. Brakuje ich na opłaty stałe – czynsz, media, pensje dla pracowników. Nikogo jeszcze nie zwolniłam. Z szacunku dla ludzi.

ZOBACZ TEŻ:

Rośnie liczba zgłaszanych upadłości

- W ostatnim czasie trafia do nas ogromna liczba ofert pośredniczenia w sprzedaży lokali gastronomicznych, kawiarni, klubów i hoteli – mówi Katarzyna Michalska ze szczecińskiego Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska. – Zamknięcie lokali gastronomicznych nastąpiło 24 października 2020 roku i nadal nie wiadomo kiedy restauracje zostaną otwarte. Oferując dania „na wynos” gastronomia nie jest w stanie wygenerować zysku, który umożliwiłby przetrwanie. W krytycznej sytuacji znalazły się nawet znane i szanowane marki.

100 dni – tyle minie ostatniego dnia stycznia od chwili, gdy gastronomia wróciła do trybu zamkniętego. Część restauratorów postanowiła walczyć, część zawiesiła swoją działalność.

ZOBACZ TEŻ:

Każdy tydzień walki pogłębia przekonanie, że biznesu nie dać się uratować.

- Nigdy wcześniej nie otrzymywaliśmy tylu pytań o możliwość sprzedaży lub odstąpienia restauracji, klubu czy kawiarni – zauważa Katarzyna Michalska. - To doskonały obraz tego, że branże zamknięte 24 października nie mają już powietrza, duszą się, upadają, bo nie dość, że brakuje jasnego wsparcia gwarantującego im dalsze funkcjonowanie, to dodatkowo powstaje wrażenie, że lockdown nigdy się nie skończy. Przedsiębiorcy tracą siłę do walki. Upadają restauracje, ale przecież także kawiarnie, lodziarnie, bary, cocktail bary, które nie mają szans na wygenerowanie jakiegokolwiek przychodu. Spotykamy się z głosami, że prowadzenie lokalu z ofertą na wynosi to „działanie na przetrwanie”. Nie ma z tego zysków, a prowizje dla firm dowożących jedzenie to nawet 30 proc. marży całego posiłku.

ZOBACZ TEŻ:

Gastronomia znalazła się w potrzasku

- Czy możliwa jest restrukturyzacja lokalu gastronomicznego? W tak kryzysowej sytuacji w jakiej jest gastronomia, wydaje się, że niewiele jeszcze można zrobić. Sytuacja jest bardzo trudna i tylko konkretne wsparcie może ochronić restauracje i kawiarnie przed upadkiem – mówi Filip Kiżuk.

Dlatego restauratorów nie dziwi pomysł, by mimo możliwości przedłużenia obostrzeń dla lokali gastronomicznych po 31 stycznia, podjąć ryzyko wcześniejszego otwarcia drzwi przed klientem.

- Nie dziwię się tym decyzjom – przyznaje Iwona Niemczewska. – Wiem, że kilka lokali w Polsce, które były w krytycznej sytuacji, już teraz jest otwartych. Dostają mandaty, ale ich nie przyjmują, walczą o przetrwanie. Czy i ja otworzę swój lokal 1 lutego? Nie wiem.

- Ja się pewnie nie otworzę, nie otworzę się z przyczyn moralnych – mówi Maciej Wiśniewski. – Nie chciałbym mieć na sumieniu kogoś, kto zarazi się jedząc w mojej restauracji. Ale rozumiem tych, którzy to robią. Rozumiem dramatyzm sytuacji.

- Nie mam wyjścia. Muszę otworzyć – mówi Kamil J. – Zaraz nie tylko nie będę miał na lokal, ale i co do garnka włożyć. Wszystkie oszczędności pochłonęły opłaty za czynsz, gaz, wodę. Nie wyżyję z dań na wynos. Nie da się.

ZOBACZ TEŻ:

- Ja jeszcze nie zdecydowałam się jak postąpię – przyznaje Justyna K. – Może nie otworzę się 1 lutego, a tydzień później. Ale nerwy już mi puszczają. Ten lokal to dla mnie i męża jedyne źródło utrzymania rodziny. Zastanawiamy się z czego będziemy żyć za miesiąc, dwa.

Decyzje o otwarciu swoich lokali podejmują załamani brakiem dochodów restauratorzy w całej Polsce. Powołują się na wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Opolu, który orzekając w sprawie zakładu fryzjerskiego uznał, że sanepid nie może nakładać kar na podstawie rozporządzenia rządu.

– Zakazuje się nam prowadzenia działalności, choć nie ma stanu nadzwyczajnego. Nie stać mnie na takie działania. Muszę zapłacić ZUS, pensje, czynsz i media. Boję się i nie wiem, co przyniesie przyszłość – tłumaczą.

Maciej Wiśniewski przestrzega jednak przed pochopnym otwarciem.

- Rozruch też kosztuje, na niego też potrzebne są pieniądze – mówi. – Co z tego, że my się otworzymy, że do restauracji będzie można pójść. Nie wiemy jak zachowają się klienci. Czy oni będą chcieli ryzykować?

ZOBACZ TEŻ:

Bądź na bieżąco i obserwuj:

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
15 stycznia, 16:36, spragniony burdelu:

jakimi brykami jezdza restauratorzy? a co bylo wtedy kiedy im sie dobrze dzialo tym szczegolnie ztych klubow nocnych jak jest dobrze to trzeba zakladac ze bedzie kiedys zle , a swoja droga na biednych nie trafio oni maja mentalnosc socjalistyczna a co maja powiedziec panie prostytutki im tez sie jakas pomoc nalezy ale one wiedzialy ze jak jest gorka to z te gorki trzeba bedzie teraz zyc,,,a nie o tacze wolac

16 stycznia, 3:51, Gość:

Pracowałem w gastronomii parę lar. Zatrudniają ludzi bez umowy albo na śmieciowkach. Nie płacą. Mają pieniądze tylko chcą wysepic hajs.

Otworz biznes mądralo i płac wszystkie podatki. A póki robisz na etatach nikt do roboty cię nie zmusza

G
Gość

A po co Pani Niemczewska mówi ze nic nie dostała. W internecie bardzo prosto sprawdzić pomoc jaka została jej przydzielona. 70.000 mało?

G
Gość
15 stycznia, 16:36, spragniony burdelu:

jakimi brykami jezdza restauratorzy? a co bylo wtedy kiedy im sie dobrze dzialo tym szczegolnie ztych klubow nocnych jak jest dobrze to trzeba zakladac ze bedzie kiedys zle , a swoja droga na biednych nie trafio oni maja mentalnosc socjalistyczna a co maja powiedziec panie prostytutki im tez sie jakas pomoc nalezy ale one wiedzialy ze jak jest gorka to z te gorki trzeba bedzie teraz zyc,,,a nie o tacze wolac

Pracowałem w gastronomii parę lar. Zatrudniają ludzi bez umowy albo na śmieciowkach. Nie płacą. Mają pieniądze tylko chcą wysepic hajs.

G
Gość

Obrotyw gastronomii spadły gwałtownie przed lockdown em. Po prostu ludzie zaczęli sami gotować.

Dodaj ogłoszenie