Grzeszyłem, żeby móc go zobaczyć i słuchać. Dzięki temu byłem świadkiem niesamowitych rzeczy

Michał Elmerych
Michał Elmerych
Ksiądz kanonik Eugeniusz Leda
Ksiądz kanonik Eugeniusz Leda
Ksiądz kanonik Eugeniusz Leda duszpasterz przy Instytucie Prymasa Wyszyńskiego w Warszawie-Choszczówce przez trzy dni głosił rekolekcje w parafii św. Antoniego z Padwy w Kobylance. Ta od soboty 18 września 2021 roku stanie się pierwszym w świecie sanktuarium błogosławionego kardynała Stefana Wyszyńskiego. "Głosowi Szczecińskiemu" ksiądz Eugeniusz opowiedział o swoich spotkaniach z Prymasem Tysiąclecia.

Powiem tak, słuchając księdza jeszcze przed rozpoczęciem tej rozmowy, mam wrażenie, że jest ksiądz, używając języka młodzieżowego, fanem, wielbicielem postaci błogosławionego księdza Stefana Kardynała Wyszyńskiego…

Bardziej czuję się jego uczniem, dzieckiem, które wciąż zachowuje z nim więź. Które dziękuje Panu Bogu za to, że nas ze sobą spotkał. Że Pan Bóg uczynił tego człowieka dla mnie wyraźnym punktem odniesienia w bardzo ważnym momencie mojej wczesnej młodości.

A jak to się zaczęło?

Kiedy ja zacząłem interesować się Księdzem Prymasem? Pierwsze zainteresowanie zawdzięczam mojej babci . To ona mi opowiadała o jego świętości. I to w taki sposób mówiła o nim, że ja zapragnąłem wewnętrznie tego Prymasa zobaczyć. Aby zobaczyć, to trzeba było go najpierw znaleźć. I z tego powodu zacząłem włączać się w piesze pielgrzymki na Jasną Górę. Pochodzę z Chojnic, to jest moje rodzinne miasto. Pielgrzymowanie rozpoczynaliśmy w Warszawie, przy kościele św. Ducha u Ojców Paulinów. Tam widywaliśmy księdza Prymasa, ale z oddali, bo zawsze w tłumie. Potem spotykaliśmy go na Jasnej Górze. Widok kardynała Wyszyńskiego był zawsze dla mnie czymś niezwykłym, zapisywał się głęboko w duszy, zostawiał za każdym razem ślad. Już wtedy mienił się w mojej świadomości, w moich oczach kimś wielkim, świętym. Hierarchą numer jeden w polskim Kościele. Biło od niego dostojeństwo, jakieś duchowe piękno, którym się zachwycałem. To nie było udawane. To nie była maska.

To dostojeństwo widać między innymi na zachowanych fotografiach. Podczas rekolekcji, które ksiądz głosił tutaj w Kobylance, wspominał ksiądz chociażby o gestach prymasa, że to były gesty, które robiły wielkie wrażenie.

To był człowiek o głębokiej duchowości. Miał niesamowitą wiedzę. Dotyczącą Pana Boga, Matki Najświętszej i różnych prawd wiary. Urzekała mnie również piękna liturgia z jego udziałem. I jego gesty, w których była jakaś głębia, autentyzm. Samo przybycie do świątyni. Powitanie. Takie ojcowskie spoglądanie na ludzi. I w końcu gest błogosławienia. Człowiek czuł, że ogarnia go Boża obecność. Błogosławił powoli, obracając się do wszystkich ludzi. Błogosławił ich dużym znakiem Krzyża. Na twarzy miał powagę, głębokie skupienie i przejęcie.

No i pięknie odprawiał Msze Świętą. Tam nie było galopu, nie było pośpiechu żadnego ponaglania, on był we wszystkim bardzo staranny.

Sam wspomina, że odprawianie mszy do końca było dla niego wielkim przeżyciem. Do końca zastanawiał się, czy rzeczywiście wszystko zostało zrobione tak, jak powinno.

O tak! Bardzo o to dbał! Teraz, gdy jestem już czwarty rok przy Instytucie Prymasowskim, gdy Pan Bóg pozwala mi pochylać się nad spuścizną księdza Prymasa, gdy docieram do różnych tekstów, które chętnie cytuję, widzę że one pokazują jego wspaniałą duchowość i odpowiedzialność. I powtórzę raz jeszcze, głęboką wiedzę o bożej rzeczywistości.

Ale jak myślę to nie tylko pielgrzymki do Częstochowy powodowały coraz lepsze poznawanie prymasa Wyszyńskiego.

Oczywiście, że nie. Już na swojej pierwszej pielgrzymce otrzymałem w alei Najświętszej Marii Panny bukiet kwiatów od niego! Widziałem go wtedy po raz pierwszy zupełnie z bliska i te kwiaty… Z powodu księdza Prymasa zdecydowałem się na pierwsze studia przed seminaryjne w Warszawie, żeby być bliżej, by nasycać się jego mądrością i tą odwagą.

A czy to prawda, że dzwonił ksiądz do Kurii i pytał, podając się za różne osoby, gdzie można spotkać księdza Prymasa?

Muszę się przyznać do tego grzechu, i powiem, że do dzisiaj podziwiam tamtych kurialistów, którzy podnosili słuchawkę i za każdym razem grzecznie mi odpowiadali. Podając prawdziwą informację, że ksiądz prymas będzie uczestniczył w takiej uroczystości, będzie obecny w tej parafii, w takim kościele. No to ja skrzydła do góry i za księdzem prymasem! Byłem świadkiem niesamowitych rzeczy. Niesamowitych. Tłum za każdym razem na niego czekał. Był przyjmowany z miłością i czcią. Nikogo się tak nie słuchało! Wreszcie ze względu na niego zdecydowałem się na metropolitalne seminarium w Warszawie. I do niego przyjmował mnie ksiądz prymas wysyłając do mnie kartkę napisaną przez siebie własnoręcznie.

Co było tam napisane?

Po prostu, że mnie przyjmuje. Radość, radość, radość przeogromna i jednocześnie pewność, że będę jeszcze bliżej niego.

I coraz częstsze spotkania…

Zabiegaliśmy o nie i udawało się. Doszło kiedyś na przykład do takiego dziennikarskiego spotkania na które zaprosiliśmy księdza Prymasa. Aby zadać mu 100 pytań…

100 pytań do…

Odpowiadał po mistrzowsku. Zadziwiał nas rzeczywiście. Stawialiśmy sobie pytanie, skąd on to ma? No i któryś z nas, kleryków, nie wytrzymał i zapytał się „Księże Prymasie, skąd ksiądz Prymas ma tyle wiedzy, tyle mądrości?” Odpowiedział nam bardo prosto: mam do was prośbę - dużo czytajcie przykładajcie się do nauki. Poszerzajcie swoje horyzonty, bądźcie uczciwi w tej swojej nauce i tak dalej, i tak dalej. Wtedy nas zaskakiwał. Dziś jeszcze bardziej sobie z tego zdaję sprawę, gdy pochylam się nad jego spuścizną. W jednej osobie, w tym człowieku - był teolog, filozof, biblista, socjolog, prawnik, humanista. Mówiący pięknym językiem polskim.

A w takim normalnym codziennym kontakcie, jaką był osobą?

Niektórzy do dzisiaj mniemają, że ksiądz prymas był taki… Niedostępny mówiąc najprościej. To nieprawda, no bo powiedzmy wchodził do tej świątyni taki rozmodlony, to wymagało jednak powagi. Zważywszy na to, że on też wziął na siebie odpowiedzialność za Kościół, za naród, rzeczywiście był naszym pasterzem, nauczycielem. W tych dziedzinach był naszym obrońcą. I ojcem. Ludzie nie mogli się doczekać, żeby się dopchać do jego dłoni. Ucałować ją, czy nawet skraj jego szaty dotknąć. I to było wzruszające. Ksiądz prymas często sam zaczynał rozmowę. Był przemiłym, ojcowskim. Będąc w seminarium dzięki profesorowi księdzu prałatowi Piaseckiemu, temu, który był jego kapelanem, sekretarzem udaliśmy się, ażeby księdza Prymasa zaprosić między innymi na peregrynację obrazu Matki Bożej do naszego Kościoła Seminaryjnego, ale także na wystawienie sztuki. No więc poszliśmy z tymi różnymi zaproszeniami. Ja sądziłem, że sprawy szybko załatwimy. Zaproszono nas na Msze Świętą. On przed jej rozpoczęciem po swojej modlitwie na klęczniku odwrócił się do nas jak ojciec i przygarnął do siebie. „Dobrze że przyszliście, pomodlimy się, a po Mszy Świętej powiecie mi, z czym przyszliście”. Zaproszeń było pięć. Miałem się podzielić nimi z księdzem Rafałem Markowskim, obecnym biskupem warszawskim pomocniczym. Ale on biedny się tak rozchorował, że stracił mowę. I w dzień naszego pójścia na tę audiencje nie był w stanie wydobyć z siebie żadnego słowa. No i proszę sobie wyobrazić, jaką ja przeżywałem tremę, jaki miałam stres. Oczywiście były te zaproszenia na piśmie, no ale wypadało o każdym coś powiedzieć. Po Mszy Świętej okazało się, że ksiądz prymas chce, abyśmy obejrzeli jego rezydencję. Jak on mieszka, gdzie odbywają się różne prace. On w tym czasie miał audiencje wyznaczoną dla kogoś. Pamiętam, że to była ważna osoba związana z odbudową Zamku Królewskiego. Byliśmy w sali Konferencji Episkopatu Polski i zjawia się ksiądz prymas podchodzi do mnie, kładzie swoją rękę na moim ramieniu. I zaczyna opowiadać. „Tu my się biskupi spotykamy” i powiedział rzecz znamienną. „Niewykluczone, że jeden z was będzie biskupem i tu będzie siedział na obradach”. No i mamy księdza biskupa Markowskiego, bardzo sympatycznego biskupa!

A potem te zaproszenia?

Jeszcze nie. Najpierw ku naszemu zaskoczeniu: śniadanie. Duży owalny stół. „Który to senior piątego roku? Usiądź tam. A który to prior trzeciego roku?” Chodziło o mnie, wyszedłem, ukłoniłem się. „A ty chodź tutaj do mnie i usiądź po mojej prawej stronie”. No i pamiętam wtedy ten jeden raz w życiu siedziałem tak blisko. Oczywiście żadne śniadanie mnie wtedy nie interesowało, mimo że ksiądz prymas podsuwał mi półmiski. „Jedz, bo czeka cię długa, ciężka praca”. A ja chciałem z bliska popatrzeć właśnie na tę jego niesamowitą twarz i doświadczyłem duchowo, namacalnie promieniowania świętego ojcostwa właśnie wtedy.

Podobno każdy może być świętym. Ja przyznam szczerze, nie poznałem jeszcze żadnej osoby, która została potem świętym, a ksiądz ma takie szczęście.

Tak mam rzeczywiście szczęście, chociaż ja nazywam to łaską. Bogu dziękuję za tego świętego człowieka. Bo on takim w moim mniemaniu był już za życia. Dlaczego? Jak ja to odkrywałem? Co mnie tak w nim pociągało? Imponowało? Jego niesamowita mądrość. Wiedza i horyzonty myślowe. Jego wiara. To był człowiek, który mając sam głęboką wiarę, tą wiarą się dzielił. A gdy trzeba było to tej wiary bronił. Nie w wąskim wymiarze, ale w wymiarze na przykład całego narodu. To był człowiek autentycznej, głębokiej miłości. Jeżeli mówił o Panu Bogu to mówił z miłością. Jakby czerpał z jakiegoś źródła. Czuło się, że on kocha Boga bezgranicznie i zakochany jest w Matce Bożej. Sam doświadczyłem takiego, jakby podprowadzenia przez niego przed samą Matkę Najświętszą. By oddać się Maryi z jakimś konkretnym problemem. To był człowiek, który kochał Kościół. Dla tego Kościoła był gotowy na wszystko, także na męczeństwo. Tłumaczył nam czym jest Kościół. Obrazowo opowiadał, jaka jest rzeczywistość Kościoła, jak my go współtworzymy, jak za niego odpowiadamy. Był prymasem, który także kochał Ojczyznę.

Moim zdaniem nie byłoby możliwe odejście od PRL- u gdyby nie wieloletnia działalność kardynała Wyszyńskiego - nie byłoby sierpnia 1980, „Solidarności”, a w końcu i 1989 roku - chociaż wówczas, już od ośmiu lat nie było go wśród nas.

Odbiera się prymasa jako wybitnego teologa, filozofa, prawnika, ale i socjologa. On żył sprawami Narodu. On znał naszą historię. Przejęty był naszymi niepowodzeniami. I rzeczywiście bronił nas, jak broni pasterz swoich owiec. Nie miał zwyczaju nikogo atakować, robić przykrości chociaż mówiło się o Wyszyńskim że to prymas waleczny. Jeżeli już to była to walka w obronie wiary. W obronie godności naszego narodu w obronie, poszanowania prawa Bożego.

Niewaleczny prymas nigdy nie zdobyłby się na stwierdzenie non possumus.

Tutaj wychodzi jego męstwo, jego odwaga i to było niesamowite. Nikt nie obrywał bardziej od niego. A on wybaczał. Jedna z osób pracująca przez lata u boku Prymasa zapytała kiedyś: księże Prymasie, jak można miłować takiego człowieka jak Bierut, jak Gomułka. „Jaki ty masz problem? Jeżeli Pan Bóg go kocha i ty go kochaj” – odpowiedział Wyszyński. Bierut, który tak skrzywdził Kościół i samego Prymasa w chwili swej śmierci przyśnił się Wyszyńskiemu. Prymas od razu za jego duszę odprawił mszę świętą. Proszę sobie wyobrazić, że do końca życia nosił kartkę w swoim brewiarzu z jego imieniem i nazwiskiem. To znaczy, że codziennie za niego się naprawdę modlił.

Odpowiedzialność, rozmodlenie. Rysujemy sylwetkę bardzo poważnego w każdej sytuacji człowieka.

To był prymas, który nie stał w miejscu. Szedł do ludzi. W tym swoim ojcowaniu był jednocześnie pełen humoru. Tryskał dowcipem. Zapraszał do siebie na Miodową na tak zwane opłatki bożonarodzeniowe także kleryków. I proszę sobie wyobrazić podczas takiego spotkania opłatkowego była uczta pączkowa! Prymas sprowadzał ileś set pączków dla nas studentów i ogłaszał konkurs. Kto pobije rekord z poprzedniego roku. Pamiętam, że któryś z nas zjadł 18 pączków, A prymas na to z radością „no i mamy nowego rekordzistę”.

Nie miał ani jednej wady?

Ocenę tego oddajmy Bogu. Muszę powiedzieć, że on czuł się bardzo grzesznikiem. Napisał nawet tekst, który mnie zawstydza. Oto on. „Idę przez swoje życie kapłańskie pełen nędzy, słabości i ran, otrzymanych po drodze. Prawdziwie – »robak, a nie człowiek«. Wszyscy mają prawo podziwiać całą nieudolność moją. A jednak idąc, sprawuję swoje posłannictwo kapłańskie. Nędza moja nie przeszkadza mi - dla Bożego miłosierdzia - usłużyć ludziom dobrami, które świat ma najcenniejsze. Tak szedł Chrystus, wzgarda pospólstwa - aż po dzień dzisiejszy. Obszarpany, pobity, ubrudzony w błocie ulicznym, oplwany. A jednak to On zbawił świat... I zbawił go, choć świat natrząsał się ze swego Zbawcy. Jak te dwie drogi idą blisko siebie. Nieudolność moją dźwiga łaska sakramentalna; nieudolność Jezusa dźwiga Bóstwo Jego... Niech się świat śmieje, byle dzieło Zbawienia było wykonane".

ZOBACZ TEŻ:

Ranking polskich influencerów. Są zaskoczenia

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie