Przed nami pierwsza w Polsce teatralna adaptacja jednego z najpiękniejszych dzieł światowego kina – „Fanny i Alexander” Ingmara Bergmana. Jak kinowa opowieść wypadnie na deskach teatru? Przekonamy się o tym 17 listopada w Teatrze Współczesnym. Tymczasem rąbka tajemnicy uchyla nam młody aktor Jakub Gola, wcielający się w postać Alexandra.

Razem z zespołem zdobyłeś Grand Prix za spektakl „Przebudzenie wiosny” oraz „Deskę sceniczną”, czyli nagrodę Związku Artystów Scen Polskich za wyrazistą osobowość aktorską na 36. Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. Co młodemu aktorowi dają takie wyróżnienia?

- Chciałbym powiedzieć, że te wyróżnienia otworzyły przede mną scenę i posypała się lawina propozycji, ale tak się nie stało i myślę, że tak to nie działa. Mimo to bardzo się cieszę, że rola Janka Rilowa została doceniona spośród tylu wspaniałych ról, jakie komisja mogła oglądać. Spektakl „Przebudzenie wiosny” dotyka tematów związanych z dorastaniem, z seksualnością młodych ludzi i tak naprawdę brakiem zdrowej obecności dorosłych w życiu swoich dzieci. Wielu osobom może się wydawać, że to przegadany temat, ale ja się z tym nie zgadzam. Te problemy są wciąż aktualne.

Pochodzisz z Żor, szkołę kończysz w Łodzi, teraz trafiłeś do Szczecina. Jak się tu znalazłeś?

- Zadzwoniła do mnie Justyna Celeda, reżyserka „Fanny i Alexander”, spektaklu, który zobaczycie 17 listopada na Dużej Scenie Teatru Współczesnego. Otrzymałem propozycję zagrania tytułowej roli - Alexandra. Z Justyną poznaliśmy się już wcześniej na warsztatach u reżysera Zbigniewa Brzozy. Powiedziała mi wtedy - Kuba ty jesteś takim aktorem od zadań specjalnych (śmiech). O Teatrze Współczesnym w Szczecinie słyszałem już wcześniej. To teatr z bardzo pozytywną opinią w innych ośrodkach kultury. Wiele mówi się o zespole Anny Augustynowicz i relacjach jakie tu panują. Przyznam, że z miastem nie złapałem chemii, ale cieszę się, że tu trafiłem.

Szybko udało Ci się wejść do zespołu?

- Ekipa od razu zagarnęła mnie do siebie, nie było potrzeby docierania się czy głębszego poznawania.

Na scenie mierzysz się z klasykiem, jednym z największych dzieł Bergmana. Powinniśmy spodziewać się interpretacji kinowej produkcji czy przekładu jeden do jednego?

- Każdy spektakl jest reżyserską interpretacją, więc widz nie powinien nastawiać się, na ten sam obraz, co w kinie czy na innej scenie. Poza tym sztuki Bergmana są obwarowane wieloma ścisłymi warunkami. Jeśli pytasz czy Justyna zmieniła fabułę, to nie, nie zrobiła tego i nie uciekła się do uwspółcześnienia wątków. Myślę, że można powiedzieć, że będzie to klasyczny spektakl, który, podobnie jak film, jest zrobiony z rozmachem. Na scenie, wśród wystawnej scenografii Grzegorza Małeckiego, pojawi się aż dwudziestu aktorów. Nie mogę bardziej odnieść się do produkcji Bergmana, ponieważ jej nie obejrzałem do końca… trwa aż 5 godzin. Justyna prosiła, że jeśli nie widzieliśmy wcześniej „Fanny i Alexander”, to żebyśmy nie oglądali filmu podczas przygotowań do roli. Nie chciała, żebyśmy się tym sugerowali podczas pracy.

Czy możesz zdradzić nam kim jest Alexander?

- To złote dziecko z idealnego domu, którego świat nagle przewraca się do góry nogami. Razem z siostrą - Fanny, którą zagra Marysia Dąbrowska, opowiadają historię swojej rodziny. Ich ojciec nagle umiera, a jego miejsce zajmuje pastor. Chłopiec odznacza się niezwykle bogatą wyobraźnią, dzięki niej może zdobyć szczyt świata, ale też wpaść w prawdziwą otchłań. Przez całą sztukę balansuje na granicy tych dwóch wymiarów. To postać bardzo złożona i dojrzała. Zapoznając się ze scenariuszem czułem, że Alexander to jakby dorosły uwięziony w ciele dziecka.

Jednak widzowie na scenie wciąż będą widzieć dorosłych ludzi. Czy to nie podnosi poprzeczki dla Ciebie i Marysi?

- Reżyserka zaproponowała bardzo ciekawe rozwiązanie, mianowicie dodała do spektaklu lalki Fanny i Aleksandra. Lalki stanowią alter ego bohaterów a gra z nimi jest bardzo płynna. Postaci się przenikają. Choć przyznaję, że gra z „przedmiotem” jest dla mnie czymś zupełnie nowym.

Czego widzowie będą mogli nauczyć się od Fanny i Alexandera? To bardzo specyficzne rodzeństwo, bardzo specyficzna rodzina.

- Zacznę od tego, że relacje, które prezentujemy na scenie, są zupełnie inne od tych, jakie znamy z polskich domów. Akcja spektaklu dzieje się w Szwecji i szybko można dostrzec wiele różnic kulturowych i wyznaniowych - bohaterowie są luteranami. Rodzina Ekdahldów jest na pewno wielobarwna, pełna zapachów, dotyków, soczystych relacji. To ludzie liberalni. W ich stylu życia, jest wiele ciepła i miłości. Myślę, że moglibyśmy nauczyć się od nich otwartości, nawiązywania relacji, wyzbywania się strachu przed odczuwaniem i okazywaniem emocji, ale też wzajemnej tolerancji.

Dość silne piętno na tej historii odciska kościół, czy ten wątek wpisuje się w obecną dyskusję jaka panuje w naszym kraju?

- Myślę, że wątek pastora na pewno sprowokuje wiele pytań, a może nawet poszerzy dyskusję na temat kościoła i jego funkcji… szczególnie w kontekście ostatnich wydarzeń. Niesamowite, że ten spektakl ma polska prapremierę właśnie teraz.

Po roli Alexandra, z kim chciałbyś podjąć współpracę?

- Przyznam, że nie zastanawiałem się nad tym… Uwielbiam filmy m.in. Yorgosa Lanthimosa czy Sorrentino. Niedawno pracowałem z Jagodą Szelc przy filmie „Monument”, była to nasza praca dyplomowa. Kino, które tworzy Jagoda to kino, które kocham. Nie stawia pytań, a rodzi je. Do tego wprowadza totalną destrukcję. Powiedziałbym, że rozbija lustro naszego mózgu w miliony drobin, które sprawiają, że widz w środku krwawi. Myślę, że chciałbym współpracować z twórcami, którzy potrafią wywoływać takie stany - poszerzać i poddawać w wątpliwość wiedzę o człowieku.

Zobacz wideo: Weekend w Szczecinie. Najciekawsze propozycje