Po tragedii w escape roomie w Koszalinie. Lekarz tłumaczył, dlaczego nie reanimował wyniesionych z pożaru dziewcząt

Joanna Krężelewska
Joanna Krężelewska
Lekarz pogotowia składał zeznania przez ponad 4 godziny. Będzie je kontynuować na najbliższym terminie rozprawy.
Lekarz pogotowia składał zeznania przez ponad 4 godziny. Będzie je kontynuować na najbliższym terminie rozprawy. Joanna Krężelewska
Udostępnij:
Lekarz pogotowia ratunkowego nie przystąpił do reanimacji żadnej z pięciu dziewcząt, ofiar pożaru escape roomu w Koszalinie. Dlaczego? - Nie podjąłem czynności ratunkowych, bo dziewczynki nie żyły. Zmarły już w budynku – zeznał we wtorek, 15 marca w Sądzie Okręgowym w Koszalinie.

Przed koszalińskim sądem toczy się proces, który ma wyjaśnić okoliczności pożaru w escape roomie „To Nie Pokój”. 4 stycznia 2019 roku życie straciło w nim pięć 15-latek - Karolina, Julia, Wiktoria, Małgorzata i Amelia. Jedyne okno w pomieszczeniu gry, w którym zamknięto dziewczęta, było zabite deskami i okratowane. Nastolatki nie mogły wydostać się z obiektu – od wewnątrz w drzwiach nie było klamki. Zmarły z powodu zatrucia tlenkiem węgla.

Akt oskarżenia obejmuje cztery osoby. To 30-letni Miłosz S., projektant i organizator escape roomu; Małgorzata W., jego babcia, która zarejestrowała działalność; Beata W., która współprowadziła lokal i pracownik Radosław D. Wszyscy odpowiadają za umyślne stworzenie niebezpieczeństwa wybuchu pożaru i nieumyślne doprowadzenie do śmierci pięciu dziewcząt, za co grozi do 8 lat pozbawienia wolności.

Raz jeszcze przed barierką dla świadków stanął dowódca zmiany Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej nr 1 Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Koszalinie. Mecenas Wiesław Breliński, obrońca Miłosza S., dopytywał kierownika działań ratowniczych dlaczego podjął decyzję o zastosowaniu do gaszenia ognia wody, a nie piany, która była w dyspozycji obu wozów bojowych.

- Stosowanie którego środka gaśniczego wyzwala większą ilość gazów zabójczych dla organizmu człowieka? – doprecyzował adwokat.

- W warunkach laboratoryjnych łatwiej to zmierzyć, niż w przypadku pożaru. Skuteczność gaszenia pianą wydłużyłaby czas gaszenia ognia – wskazał strażak, dodając, że trujące opary powstają również w wyniku podawania piany gaśniczej. Zaznaczył też, że te informacje wynikają z jego wiedzy i doświadczeń zawodowych.

Drugim przesłuchiwanym świadkiem był 64-letni lekarz, który od 35 lat jeździ karetką specjalistyczną. Podkreślił, że ma ogromne doświadczenie zawodowe i w czasie lat pracy wielokrotnie stwierdzał zgon. Emocje na sali rozpraw wzbudził fakt, że świadek pojawił się w sądzie z adwokatem. Jak wskazywał mecenas, to dlatego, że hipotetyczna odpowiedzialność ratowników jest badana w odrębnym postępowaniu. Sąd zgodził się na obecność adwokata.

- Sytuacja, w której się znalazłem, jest dla mnie trudna i bolesna – rozpoczął lekarz.

Jarosław Pawlak, ojciec zmarłej Julii, zaapelował, by ograniczyć świadkowi tego typu oświadczenia.

- Stawianie siebie w roli pokrzywdzonego w obecności nas, rodziców zmarłych dziewcząt, jest naganne – podkreślił.

- Emocje rodziców nie mogą wykluczać złożenia zeznań przez świadka w ramach swobodnej wypowiedzi – wskazała sędzia Sylwia Dorau-Cichoń, przewodnicząca składu orzekającego.

Kiedy lekarz składał zeznania, rodzice zmarłych płakali, chowając twarze w dłoniach.

- 4 stycznia 2019 roku pełniłem dyżur w stacji pogotowia ratunkowego w Koszalinie przy ul. Kościuszki 5. Dyżurowałem w karetce specjalistycznej w składzie lekarz, kierowca – ratownik i ratownik – opisywał lekarz.

Po godz. 17 załoga otrzymała wezwanie do pożaru.

- Wyjazd nastąpił w czasie około 2 minut. Na miejsce przyjechaliśmy po 2 – 3 minutach – opisywał świadek. Załoga dostała informację, że w escape roomie znajdują się cztery osoby.

- Zobaczyłem gwałtowny pożar. Z okien i drzwi na parterze wydobywały się kilkumetrowe kłęby ognia i dymu. Strażacy rozłożyli urządzenie do podłączenia węży do gaszenia - relacjonował.

Lekarz zajął bezpieczne miejsce i czekał na możliwość przystąpienia do akcji.

- W międzyczasie od gapiów uzyskałem informację, że w budynku jest pięć osób, a nie cztery. Poleciłem ratownikowi, by poinformował o tym przez radio dyspozytora. Strażacy zaczęli gasić pożar. Po ugaszeniu ognia użyli urządzenia oddymiającego. Dopiero wtedy weszli do środka i zaczęli wynosić osoby poszkodowane – zeznawał.

- Dziewczynki wynosili pojedynczo. Widoczne było intensywne parowanie ciał. Pierwszą dziewczynkę ułożyli na ziemi. Dokonałem oceny układu krążenia, oddechowego i zachowania źrenic. Dziewczynka nie wykazywała żadnych oznak życia. Tętno oceniłem na dużych tętnicach szyjnych. Był bezdech. Osłuchałem czynność serca i płuca. Źrenice były szerokie, nie wykazywały reakcji. Gałki oczne zapadnięte. Stwierdziłem zgon, nie podejmując czynności reanimacyjnych, bo nie było do tego wskazań. Dziewczynka wyniesiona z pożaru nie żyła – podkreślił lekarz.

Dodał też, że takie same czynności sprawdzające oznaki życiowe wykonał przy kolejnych ofiarach.

Ratownik, który miał badać dziewczęta po lekarzu, przy trzeciej z dziewcząt wskazał, że wyczuwa tętno. - Poszedł po aparat do EKG do karetki. Po podłączeniu elektrod zobaczyliśmy brak czynności serca, co potwierdzało zgon dziewczynki – zeznał lekarz.

Opisał, że pokrzywdzone miały przykurcze kończyn górnych i dolnych, a skurcze mięśni twarzy nie pozwalały odchylić żuchwy.

- Jakie czynności przygotowawcze świadek podjął, czekając na ewakuację dziewcząt? – zapytała mecenas Joanna Lazer.

- Miałem przy sobie torbę, w której są niezbędne leki do udzielenia pomocy, intubacji, prowadzenia sztucznego oddechu – odpowiedział. Dodał, że leków było wystarczająco dużo, ale sprzętu do prowadzenia sztucznego oddychania za mało dla pięciu osób, a w kolejnych karetkach, które dojechały, już był.

W torbie były rurki nosowo-gardłowe, które pozwalają intubować, gdy nie można otworzyć jamy ustnej poszkodowanej osoby. Dlaczego lekarz ich nie użył?

- Dziewczynki nie wykazywały żadnych oznak życia. Brak było wskazań do podjęcia czynności reanimacyjnych. Rurki zakłada się ludziom, którzy żyją – odpowiedział.

Mecenas Joanna Lazer zapytała wprost: - Czy zatrzymanie oddechu i krążenia jest odwracalne? Czy odstępując od czynności resuscytacji krążeniowo oddechowej, choć miał pan potrzebny sprzęt i leki, nie postąpił pan pochopnie?

- Zatrzymanie oddechu i krążenia w określonych warunkach jest odwracalne. Decyzję podjąłem w oparciu o badanie i stwierdzony brak oznak życiowych – powiedział lekarz.

Przypomnijmy, wątek dotyczący przebiegu samej akcji ratunkowej – ocenę działań służb medycznych i straży pożarnej – prokuratura wyłączyła do odrębnego postępowania. Śledztwo wciąż trwa.

W Sądzie Okręgowym w Koszalinie rozpoczął się proces w sprawie tragicznego pożaru w escape roomie.

W Koszalinie rozpoczął się proces w sprawie tragicznego poża...

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Ten rok szkolny był trudny, ale lepszy od ubiegłego

Wideo

Materiał oryginalny: Po tragedii w escape roomie w Koszalinie. Lekarz tłumaczył, dlaczego nie reanimował wyniesionych z pożaru dziewcząt - Głos Koszaliński

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Głos Szczeciński
Dodaj ogłoszenie