reklama

Miko Marczyk: Życie nauczyło mnie, że nie cel jest najprzyjemniejszy, a droga do niego. Nie powiem w tej chwili, że WRC jest moim marzeniem

Tomasz SzmandraZaktualizowano 
O pasji, karierze, marzeniach i planach na przyszłość rozmawiamy z tegorocznym mistrzem Polski w rajdach samochodowych, najmłodszym w historii zdobywcą tego tytułu – Miko Marczykiem.

Obserwowałem Twoją karierę prawie od początku, od debiutu w teamie Subaru i dla mnie sygnałem, że możesz osiągać spore sukcesy był koniec ubiegłego sezonu oraz Rajd Polski, kiedy zostałeś wicemistrzem kraju. To był pierwszy sezon spędzony za kierownicą bardzo szybkiej Škody Fabii R5 w nowo utworzonym zespole Škoda Polska Motorsport. Wtedy pokazałeś, że jesteś odporny na stres i na tyle opanowany, żeby w najważniejszych momentach nie robić błędów. Pracowałeś nad tym jakoś specjalnie, może konsultowałeś się z psychologiem? Masz przecież 23 lata i to jest dopiero początek Twojej kariery rajdowej, a prezentujesz już dojrzałość cechującą wytrawnych mistrzów.
Wydaje mi się, że fundamentem tego wszystkiego jest karting. Ciekawostką jest, że nigdy nie jeździłem w kartingu profesjonalnym, czyli nie miałem swojego zespołu, mechanika, własnego karta. Cała moja przygoda z kartami to były zawody halowe, amatorskie, czyli takie, na których każdy może jeździć. Startowałem od 15. roku życia, a pojawiłem się w mistrzostwach Polski, mając 21 lat, więc miałem 5-6 lat doświadczenia w rywalizacji sportowej, o czym niewiele osób słyszało, ponieważ karting amatorski nie jest popularną dyscypliną. Natomiast przez to, że nie wymaga zbyt dużych nakładów finansowych, konkurencja jest wyrównana i na bardzo wysokim poziomie. Na mistrzostwach Polski, które udało mi się 3-krotnie wygrać, rywalizowałem ze 120 zawodnikami i w tych właśnie wyścigach wyrabiałem swoją odporność psychiczną. Walki bok w bok są jeszcze bardziej zacięte niż w rajdach, gdzie na oesach walczymy głównie z czasem. To właśnie w kartingu zbudowałem już fundament swojej kariery. Ja nie mam korzeni w motorsporcie, moja rodzina nie mam takich tradycji. Pierwsze starty były wyłącznie moim pomysłem i moją determinacją. Nikt nie zaraził mnie tą pasją, nikt za mnie nie pracował, nikt nie bronił. Myślę, że wyrobiłem w sobie hart ducha, rywalizację do samego końca i umiejętność opanowywania emocji w kluczowych momentach. Tak zwaną prędkość ma wielu zawodników, ale żeby być mistrzem, trzeba być zawodnikiem kompletnym. Ważna jest nie tylko prędkość, ale także spryt – trzeba wiedzieć, gdzie się rozpędzić, a gdzie lepiej nie ryzykować. Tego właśnie nauczyły mnie gokarty i dlatego wszedłem do rajdów już ze sporym doświadczeniem.

Wspomniałeś o kartingu, o swoich początkach. Powiedz, skąd się wzięła Twoja pasja motorsportowa, skoro z domu tego nie wyniosłeś?
W domu tradycji motorsportowych nie było, ale motoryzacja była obecna. Mam takie dwie anegdoty. Pierwsza dotyczy tego, że kiedy miałem 1,5 roku i płakałem, tata brał mnie na kolana, sadzał za kierownicą i wtedy się uspokajałem. Ba, nawet zapłacił za to mandat. Druga anegdota daje do myślenia. Miałem 4 lata i na wakacjach w Grecji wujek posadził mnie na kolanach za kierownicą. Przejechaliśmy ponad 20 km krętymi drogami i podobno ani razu nie dotknął kierownicy. Z tego wynika, że już mając 4 lata, prowadziłem auto! Można więc powiedzieć, że od małego motoryzacja była moją pasją i marzeniem. Kiedy chodziłem do szkoły, rodzice wynagradzali mi starania w nauce tym, że w weekend na jakiejś bocznej drodze lub placu, mogłem pojeździć samochodem. W Łodzi nie mamy torów, poważniejszych imprez motoryzacyjnych, a nawet… zbyt wielu zakrętów. Czekałem więc do 15. roku życia, gdy pod centrum handlowym powstał amatorski tor kartingowy i tam pojechałem. Na początku się przestraszyłem, bo wszyscy mieli swoje rękawiczki, kaski i powiedziałem tacie, żebyśmy wrócili do domu, bo tutaj są sami profesjonaliści. Tata stwierdził jednak, że skoro już przyjechaliśmy, to zostańmy i wówczas wygrałem ex aequo te pierwsze zawody. To pokazało, że mam jakieś predyspozycje do jazdy. Potem wystartowałem w zawodach wyższego szczebla i mimo wielu niepowodzeń, systematycznie podnosiłem swoje umiejętności oraz budowałem pewność siebie. Kiedy, mając te 15 lat, zacząłem jeździć, nie potrafiłem już bez tego spędzić weekendu.

Początek to był karting halowy?
Tak, ja mówię wymiennie: karting halowy albo karting amatorski. Charakteryzuje się tym, że nie trzeba mieć licencji i te gokarty dostępne są w każdym większym mieście.

A nie ciągnęło Cię, żeby pójść w którąś z serii markowych: Rotax, Rok?
Wówczas nie miałem ani takich możliwości finansowych, ani wiedzy. Nie mając w otoczeniu nikogo, kto się na tym zna, nie bardzo wiedziałem, w którą stronę pójść. Nie wiedziałem nawet, jak zrobić licencję rajdową, a automobilkluby w Łodzi nie były za bardzo zaangażowane w sporty samochodowe. W latach 2015-2016, gdy jeździłem w amatorskich zawodach samochodowych, po tym jak zrobiłem prawo jazdy, miałem dwóch kolegów w rajdach samochodowych, którzy mi doradzali. Jeden był z Tomaszowa Mazowieckiego i startował w mistrzostwach Śląska Hondą Civic, a drugi to był sam Kajetan Kajetanowicz, do którego pojechałem na spotkanie i który poświęcił mi swój czas. Nikogo więcej w rajdach nie znałem. Kiedy dostałem pierwsze wskazówki, starałem się wykonywać właściwe kroki. W kwietniu 2016 r. zadebiutowałem w rajdach okręgowych, w Rajdzie Mikołowsko-Żorskim i ta historia zatoczyła wspaniałe koło, bo meta tamtej imprezy, była dokładnie w tym samym miejscu w Żorach, do którego dotarliśmy 3 lata później, kończąc Rajd Śląska już jako mistrzowie Polski.

Wróćmy jeszcze do początków kariery rajdowej. Jak udało Ci się dotrzeć do zespołu Subaru – znanej wylęgarni talentów, z której wywodzi się m.in. Kajetanowicz?
To też jest złożona historia. Obecnie, aby jeździć w rajdach nie wystarczy tylko być wspaniałym kierowcą. Trzeba zarażać tą pasją innych. Nawet jeżeli teraz nie ma już tak wielu kibiców przy samych trasach, to m.in. przez Internet czy media społecznościowe wciąż jesteśmy w stanie przyciągnąć do nas innych. Gdy zdobyłem pierwszy tytuł mistrza Polski w kartingu halowym, byłem przekonany, że moje życie się wtedy zmieni, że już w poniedziałek dostanę telefon od kogoś, kto będzie chciał, żebym reprezentował jego barwy. Wtedy nikt jednak nie zadzwonił. Mało tego, poza kilkoma bliskimi osobami, które doceniały to, co osiągnąłem, nikt się tym nie zainteresował. Wówczas dotarło do mnie, że jeśli chcę robić karierę profesjonalnego kierowcy, muszę dać się poznać światu. Właśnie wtedy, 7 lat temu, założyłem konto na jednym z portali społecznościowych – Miko Marczyk Motorsport, zacząłem opisywać każdy swój start i dzielić się emocjami z internautami. Myślę, że ten fakt miał bardzo duży wpływ na to, że w 2016 r. wystartowałem w rajdach okręgowych i poznałem… lekarza ginekologa z Sandomierza. To wielki pasjonat motorsportu, który w latach 2001-2002 kibicował Krzysztofowi Hołowczycowi, który wówczas jeździł 2-drzwiowym Subaru Impreza WRC. Mając możliwości finansowe, Pan doktor zbudował replikę tego samochodu, a od 3 lat obserwował mój profil i kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy, okazało się, że zna wszystkie moje historie, przeżycia i całą moją drogę od gokartów do rajdów. Wtedy powiedział mi, że ma całkowicie nową replikę auta WRC i jego marzeniem jest, abym to właśnie ja wystartował nim w Rajdzie Barbórka. Tymczasem ja nigdy wcześniej nie prowadziłem samochodu z napędem na 4 koła, sekwencyjną skrzynią biegów i tzw. podtrzymaniem turbo. Ale ten Pan poprosił, żebym go przewiózł. Zrobiłem więc dobrą minę do złej gry i jakoś się udało. W ten sposób wystartowałem w Barbórce i mimo, że na jednym odcinku mieliśmy awarię bezpiecznika, to na pozostałych utrzymywaliśmy 7-8 miejsce w klasyfikacji generalnej, co jak na debiut było bardzo dobrym wynikiem. Zostało to docenione przez prezesa Witolda Rogalskiego, szefa Subaru Poland Rally Team, który jest pasjonatem motorsportu oraz łowcą talentów. Dostałem ofertę startów i w kwietniu zadebiutowałem w Rajdzie Świdnickim, czyli rundzie mistrzostw Polski. Niecałe pół roku później zostałem najmłodszym mistrzem Polski w kategorii Open N, startując w zaledwie 5. rajdach i ucząc się dopiero tego rzemiosła. To miało przełożenie na dalszą moją karierę, bo już wtedy centrala Škody obserwowała moje starty. Plan był taki, aby wesprzeć w walce o tytuł mistrzów Polski młodego, obiecującego kierowcę. Padło na mnie, choć byłem wtedy dość ryzykowną inwestycją. Dlatego jestem wdzięczny Škodzie za zaufanie. Oczywiście w tym sporcie trzeba mieć szczęście, ale też szczęściu trzeba pomóc.

Pamiętam Twoje wypowiedzi na pierwszej prezentacji zespołu rajdowego Skody. Było widać, że bije od Ciebie zarówno profesjonalizm, jak i skromność, jesteś zmotywowany, ale jednocześnie masz duży dystans do tego co robisz – nie mówiłeś, że w tym pierwszym sezonie będziesz chciał wygrywać, bardziej zależało Ci, żeby regularnie dojeżdżać do mety, zdobywać punkty, a przede wszystkim doświadczenie i umiejętności. Tymczasem ubiegły sezon zakończyłeś tytułem wicemistrzowskim, a w tym roku zdeklasowałeś rywali, bo zdobyłeś mistrzostwo na jeden rajd przed końcem sezonu. Czy rzeczywiście ten sezon był taki łatwy?
Rajdy to sport bardzo nieprzewidywalny. Kiedy patrzymy na punktację, wyłącznie na cyferki, można uznać, że było dość łatwo, ponieważ na rundę przed zakończeniem sezonu zdobyliśmy ten tytuł.
Natomiast fakty były takie, że to ja siedziałem w tej rajdówce na każdym z tych rajdów i pamiętam, ile było historii, ile było szczęśliwych momentów, jak mocno chwilami musiałem sam siebie popychać, żeby jechać właściwym tempem, a z drugiej strony nie popełniać błędów. Presja pierwszego sezonu w 2018 r. w zespole Škoda Motorsport oczywiście była duża, ale wydaje mi się, że na tamtym etapie miałem pewną taryfę ulgową. Jednak dość szybko zacząłem osiągać dobre wyniki i zaczęto ode mnie więcej wymagać. W tym roku startowaliśmy z nr 1, bo Grzesiek Grzyb i Kuba Brzeziński nie brali udziału w pełnym cyklu. Gdy tylko przyjechałem na Rajd Świdnicki, pierwszą rundę RSMP, większość osób zadawało mi pytanie, jak dużą presję czuję, jak sobie z nią radzę i jak się czuję z tym, że muszę wygrać. To były pytania, których dotąd mi nie zadawano, bo jeszcze 5 miesięcy wcześniej byłem kierowcą, który debiutuje, uczy się. A tu już się okazało, że wchodzę na pozycję lidera, która nie jest łatwa, a myślę, że jest nawet trudniejsza. Ten sezon to dla mnie i dla mojego pilota, Szymona Gospodarczyka, przede wszystkim rywalizacja z Tomkiem Kasperczykiem i Damianem Sytym. Tomek jest bardziej doświadczonym i bardzo szybkim zawodnikiem. Każdy z tegorocznych rajdów miał jakieś swoje historie, trudne momenty, zdarzenia. Na rajdzie do końca nie wiemy, jak zakończy się rywalizacja, co się wydarzy, więc nie było to takie proste. Jestem dość wymagający w stosunku do siebie i wiedząc jakim pakietem dysponujemy, sam od siebie oczekiwałem znacznie więcej niż… moi kibice. Ten sezon nie był łatwy i myślę, że bardzo mnie rozwinął psychologicznie jako kierowcę. Mam też świadomość, że przyszłe wyzwania będą jeszcze większe, bo rywalizacja będzie bardziej zacięta, a klasa zawodników jeszcze wyższa. Jeśli nawet nasz wynik jest dobry, ale wiem, że coś mogłem zrobić lepiej, to nie do końca jestem zadowolony. Bywa też tak, że znając historię naszego występu i wiedząc, co nam się przydarzyło na trasie, mam świadomość, że w tej sytuacji np. 7. miejsce, to ogromny sukces, chociaż z boku tego nie widać. Tak też było w tym sezonie.

Sam wywołałeś kolejny temat – Twoja najbliższa przyszłość, czyli jeszcze w tym sezonie pewnie będzie Rajd Barbórka, bo to piękne ukoronowanie sezonu i impreza bardziej towarzyska dla widzów i zaproszonych gwiazd.
Na Barbórce Warszawskiej oczywiście będziemy. To są takie miejskie odcinki techniczne, które bardzo lubię. Mają zupełnie inną charakterystykę niż rajd samochodowy w mistrzostwach Polski czy Europy, natomiast ja zawsze powtarzam, że dobry kierowca rajdowy to taki, który radzi sobie przy 200 km/h, skacząc po 40 m w lesie, ale też taki, który umie się sprawnie obrócić dookoła beczki na oczach wielu kibiców, gdzie jest ogromna presja. Dlatego ja ten rajd uwielbiam, a jego techniczne elementy są dla mnie prostsze. Nadal mam dość małe doświadczenie i nie mogę tak dużo zaryzykować na niebezpiecznych fragmentach trasy. Natomiast na Barbórce jestem w stanie pokazać swoją technikę, którą wypracowałem w kartingu i nad którą wciąż pracuję. Nie mogę się już doczekać tego startu. Taki na razie mamy potwierdzony plan do końca bieżącego roku.

A co planujesz w przyszłym sezonie? Wiem, że starasz się o starty w mistrzostwach Europy, ale czy to oznacza, że kibice nie zobaczą Cię już na krajowych trasach, no może poza Rajdem Polski?
Odpowiedź na to pytanie jest bardzo złożona, biorąc pod uwagę fakt, w jakim momencie teraz jesteśmy. Mamy dopiero październik, więc jest jeszcze trochę czasu. Natomiast mogę potwierdzić, że chciałbym startować w mistrzostwach Europy, ale mam też świadomość swoich obowiązków i tego, że pracujemy w zespole z naszymi partnerami. Będę więc starał się dostosowywać do tego, gdzie mamy startować, żeby połączyć te nasze cele sportowe z marketingowymi czy promocyjnymi. Cieszę się, że jest dobra wola ze strony wszystkich partnerów, żeby kontynuować tę współpracę. Oczywiście sezon w mistrzostwach Europy to duże większe nakłady finansowe, ale walczymy o to, aby powiększyć grupę partnerów i żebyśmy mogli w nich wystartować. Możliwe jest też, że wystartujemy w mistrzostwach Polski, ponieważ będzie akurat taka konfiguracja, co nie oznacza, że przestanę walczyć o ten wyższy cel, czyli starty w mistrzostwach Europy.

Odejdźmy na chwilę od rajdów i porozmawiajmy o tym, jaki Miko Marczyk jest prywatnie. Co robisz, czym się zajmujesz poza ściganiem się na oesach? No i co na to Twoja rodzina, bo przez większość sezonu nie ma Cię w domu i tak naprawdę wszystkie spotkania czy uroczystości rodzinne podporządkowane są Twojej karierze rajdowej.
Dzięki temu, że rodzice nie byli fanami motorsportu, bardzo dbali o to, żebym chodził do szkoły. Jestem z Łodzi, gdzie ukończyłem I Liceum Ogólnokształcące im. Mikołaja Kopernika – dość dobre liceum w skali kraju, bo było wtedy na 10. miejscu pod względem wyników matur. Następnie rozpocząłem studia dualne, polegające na tym, że łączy się zintensyfikowany semestr akademicki, który trwa 3 miesiące, z praktyką zawodową, którą odbywałem w niemieckiej firmie BASF. To były studia licencjackie w języku angielskim na dwóch uczelniach. 3 semestry zaliczyłem w Niemczech, pod Frankfurtem, a 3 semestry w Warszawie na 2 kierunkach – jeden to był International Biznes, kontynuacja kierunku Handel zagraniczny w Niemczech, drugi Management, czyli zarządzanie. Równolegle odbyłem 6 praktyk zawodowych po 3 miesiące. Co ciekawe, tam nie było ani jednego dnia wakacji, a zajęcia odbywały się również w soboty. W tym samym czasie startowałem w zawodach kartingowych, żeby udowodnić rodzicom, że ta pasja może przerodzić się w coś więcej. Zresztą już na studiach na pytanie profesorów, co będę robił w przyszłości, odpowiadałem, że zostanę kierowcą rajdowym! Na inne aktywności mam już bardzo niewiele czasu. Już na wczesnym etapie zrezygnowałem w dużej mierze ze spotkań towarzyskich, nie byłem na urodzinach większości moich kolegów i przyjaciół, którzy, mam nadzieję, to rozumieją. Byłem bardzo zaangażowany w sport i każdy weekend spędzałem, jeżdżąc. Stopniowo wszyscy się do tego przyzwyczaili i teraz już dla mojej rodziny oczywiste jest, że nie ma mnie na wydarzeniach rodzinnych. Przyjeżdżam na chwilę i tylko wtedy jest czas, żeby porozmawiać. Dobrze wiem, że to wiąże się z określonymi konsekwencjami, czasu jest za mało, żeby poświęcić go dla wszystkich, ale wiem też, że zarządzając czasem właściwie, nigdy nie jest tak, że się go nie ma w ogóle. Z drugiej strony, model spotkań, który lubią młodzi ludzie np. studenci, ominął mnie przez moją pasję do sportu.

Uprawiasz jakieś inne sporty, masz pasje, które nie są związane z rajdami?
Fakty są takie, że jeżeli mamy 30 stopni na zewnątrz, to w naszym samochodzie rajdowym jest około 60-70 stopni. Jesteśmy ubrani w bieliznę, której nie widać, mamy ognioodporny kombinezon, zakładamy kask, zapinamy się pasami w taki sposób, że prawie nie jesteśmy się w stanie ruszać. Jest to nieco klaustrofobiczne uczucie, z którym trzeba sobie radzić. Na oesach pilot non stop dyktuje, a ja w ułamkach sekundy muszę podejmować właściwe decyzje. Często jedziemy 180 km/h i koncentracja, koordynacja ruchowa, refleks muszą być na najwyższym poziomie. Dlatego staram się pracować z trenerem, który przygotowuje dla mnie specjalistyczny trening kierowcy rajdowego, np. klęczę na piłce i muszę utrzymać równowagę, jednocześnie żongluję piłeczkami, żeby być skupionym, a trener zadaje mi zagadki matematyczne, albo np. przepytuje mnie z tabliczki mnożenia. W ten sposób w kilka minut głowa mi pęka, ale to symuluje wydarzenia na oesie. Takich różnych ćwiczeń mamy dużo. Bardzo ważna jest też wydolność, dlatego sporo biegam. Staram się 4 razy w tygodniu przebiec około 10 km. Jeśli chodzi o moje pasje, to są one powiązane z motorsportem. Jak mam chwilę wolną, to jeżdżę na symulatorze albo na gokartach. Teraz w bieganiu odnalazłem sposób na uwolnienie umysłu od natłoku myśli. Miałem też ciekawą pasję w gimnazjum, której na razie nie realizuję, ale myślę, żeby ją reaktywować. Ze wspaniałym polonistą, który był też aktorem, jeździliśmy na konkursy kabaretowe, więc przez chwilę byłem właśnie aktorem i to sprawiało mi mnóstwo przyjemności. Może byłaby to recepta na odreagowanie i utrzymanie higieny mojego umysłu.

Na pewno zainteresuje czytelników, czym jeździsz na co dzień. Jesteś teraz kojarzony z najszybszym w Polsce samochodem klasy R5, co oprócz aut WRC jest najszybszą kategorią rajdową.
Wcześniej na co dzień jeździłem Škodą Octavią RS z napędem 4x4 z silnikiem Diesla, a obecnie mam do dyspozycji Superba 2.0 TDI 4x4/190 KM Sportline. Ten model jest większy i bardzo komfortowy. Służy mi zarówno do zapoznawania się z trasami rajdów, jak i do jazdy na co dzień. Jestem z niego bardzo zadowolony. Wybieram Diesle, bo pokonuję około 120 tys. km rocznie, a nie lubię często zatrzymywać się na stacjach. Zresztą ten silnik jest bardzo dynamiczny, a jednocześnie oszczędny. Średnie spalanie mam na poziomie 7 l. Zwracam na to uwagę, ponieważ ekodriving to też jest taka moja mała pasja. Może to trochę dziwne, że potem wsiadam w auto rajdowe i pędzę, ile się da, ale tak to już ze mną jest.

A jakie Miko Marczyk ma marzenia?
Zawsze odpowiadam na to pytanie w taki sam sposób. One nie są związane z konkretnymi tytułami czy zwycięstwami. Życie nauczyło mnie, że nie cel jest najprzyjemniejszy, a droga do niego. Marzy mi się, żeby móc startować w seriach rajdowych adekwatnych do moich umiejętności. Nie powiedziałbym w tej chwili, że WRC jest moim marzeniem, bo nie wiem, czy jestem na tyle dobry. Gdyby był ktoś lepszy, wolałbym, żeby to on tam jeździł. Teraz czuję, że mistrzostwa Europy to jest poziom odpowiedni do moich możliwości. I to jest moje marzenie na ten moment. Liczę, że wraz z moim rozwojem będzie się ono zmieniało. Jak widać, moje marzenia związane są z motorsportem. Tak się stało, że to jest całe moje życie i bardzo się z tego cieszę.

To życzymy Ci spełnienia tych marzeń i niech będą one jak największe.

Peter Schmeichel z wizytą w Polsce

Wideo

Materiał oryginalny: Miko Marczyk: Życie nauczyło mnie, że nie cel jest najprzyjemniejszy, a droga do niego. Nie powiem w tej chwili, że WRC jest moim marzeniem - Sportowy24

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3