Upadły sportowiec czeka na wyrok. Piłkarz odpowie za śmierć przyjaciółki. Grozi mu 12 lat więzienia.

Mariusz Parkitny
Robert M. od 10 miesięcy siedzi w areszcie. Ma tam dobrą opinię. - Ja kochałem Cześkę. Byliśmy o siebie zazdrośni. Nigdzie bez siebie nie wychodziliśmy - mówił.
Robert M. od 10 miesięcy siedzi w areszcie. Ma tam dobrą opinię. - Ja kochałem Cześkę. Byliśmy o siebie zazdrośni. Nigdzie bez siebie nie wychodziliśmy - mówił. Fot. Marcin Bielecki
Niecodzienna sytuacja na procesie byłego piłkarza oskarżonego o spowodowanie śmierci przyjaciółki. Dwa zespoły psychiatrów nie mogą się porozumieć w kluczowej dla wysokości kary sprawie.

Rozbieżności między biegłymi spowodowały, że w środę nie udało się zakończyć procesu 42-letniego Roberta M. Według prokuratury, mężczyzna jest winy śmierci swojej dziewczyny. W lipcu ub.r. w Szczecinie miał ją skopać i pobić.

Ale proces, obok wątku kryminalnego, ma też drugie tło. Pokazuje dzieje niegdyś świetnie zapowiadającego się piłkarza Arkonii Szczecin. W wieku 21 lat został inwalidą. Od tego momentu rozpoczyna się historia jego upadku zakończona pobiciem i śmiercią Czesławy S.

Spór między psychiatrami dotyczy poczytalności Roberta M., w chwili, gdy uderzył przyjaciółkę. Według jednego zespołu biegłych, poczytalność oskarżonego była znacznie ograniczona, a według drugiego zespołu - nie. Wczoraj przez prawie dwie godziny przekonywali sąd do swoich racji. Efekt: będą nowe badania mózgu Roberta M.

Mężczyzna pochodzi z rozbitej rodziny. Nie był wcześniej karany. Ma dobrą opinię. Skończył zawodówkę. Jego pasją była piłka nożna. W latach 80-tych rozpoczął grę w Arkonii Szczecin. Formalnie był zatrudniony na etacie milicjanta w oddziałach ZOMO. Ale w praktyce grał. Zdaniem trenerów, miał duży talent i mógł zrobić karierę.

W 1998 r. w niejasnych okolicznościach wypadł z okna bloku na ulicę. Doznał stłuczenia mózgu. Został inwalidą z pierwszą grupą i zakazem pracy. Zaczął pić. Po wypadku zostawiła go dziewczyna, Czesława S.

Po kilku latach znów się zeszli. Piją oboje. Dużo. Dochodzi do awantur, czasem rękoczynów.

- Miał takie ciągi alkoholowe. Nie mogłam czasem wejść do ich mieszkania, bo zamykali je od środka. Ale nie był agresywny po trzeźwemu. On się załamał, bo nie mógł grać - wspominała wczoraj Barbara G., matka oskarżonego.

Sąsiedzi mają o nim dobre zdanie. Podkreślają, że oboje z Czesławą S. kochali się. - To była miłość. Mówił do niej misiu, kiciu. Wszędzie razem wychodzili. Wiele razy mi pomagali, robili zakupy, opiekowali się moimi dziećmi. O swoich awanturach opowiadali ze śmiechem. Że ona mu przyłożyła, a on jej - mówi Izabela Ch., sąsiadka.

W lipcu ubiegłego roku wracali z imienin. Byli mocno pijani. Na ul. Krzywoustego w Szczecinie w niejasnych okolicznościach Czesława S. spadła ze schodów. On próbował ją podnieść. Gdy nie reagowała, uderzył ją w twarz. Twierdzi, że tylko dwa razy. Ale według lekarzy ciosów musiało być więcej. Świadek słyszał, gdy Robert M. mówił, że ją "zajeb...". Kobieta zmarłą kilka dni później.

- Gdyby nie alkohol, nie byłoby przeszkód, aby mógł normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Ale z drugiej strony nie wykazał skruchy po tym co zrobił - opisywał skomplikowaną osobowość oskarżonego, dr Jerzy P., biegły psychiatra. Ostatnia rozprawa na początku września.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie