Szczecin jakiego nie znacie. Rozmowa z autorką albumu Kamienica w lesie [ZDJĘCIA]

Agata Maksymiuk
Agata Maksymiuk

Wideo

Zobacz galerię (92 zdjęcia)
Nie ma nic gorszego od robienia tego, czego się nie lubi - z takiego założenia wyszła Monika Szymanik po czym zakasała rękawy, wzięła aparat i ruszyła w miasto. Nie minęło sporo czasu jak wróciła z gotową książką o Szczecinie i jego architektonicznych tajemnicach. „Kamienica w lesie” to jednak nie akademickie dzieło, a efekt ciężkiej pracy pasjonatki.

Podobno zanim to wszystko się zaczęło, była Pani „szczęśliwą kurą domową”. Co sprawiło, że postanowiła Pani ruszyć w miasto?

- Proza życia. Trzy lata temu kupiliśmy z mężem dom Joanny i Jana Kulmów w Strumianach. Wzięliśmy go na kredyt, który po pewnym czasie okazał się sporym obciążeniem dla naszego budżetu. Mąż zdecydował, że jeśli chcemy zachować dom w Strumianach i nasze mieszkanie przy św. Wojciecha w Szczecinie, muszę porzucić życie „kury domowej” i pójść do pracy. Pomyślałam, że skoro jestem już po 40. i nie mam aż tylu możliwości przed sobą, to zanim podejmę etatową pracę, spróbuję zająć się czymś związanym z moją pasją. Mąż dał mi rok na realizację tego planu, a ja od razu pomyślałam o napisaniu książki o przedwojennych „pozostałościach” Szczecina. Początkowo miała to być opowieść o kamienicy przy ulicy św. Wojciecha i jej mieszkańcach, ale im głębiej wchodziłam w miasto, tym bardziej docierało do mnie, że pierwsza książka powinna być o tym wszystkim, co zachwyciło mnie w Śródmieściu, nie tylko o jednym miejscu.

Skąd Pani wiedziała, że to się uda, że ktokolwiek zainteresuje się tym pomysłem?

- Nie wiedziałam, dlatego postanowiłam dowiedzieć się tego przez media społecznościowe (uśmiech). Koleżanka pokazała mi zdjęcia, które jej brat robi telefonem. Były piękne! Od razu stwierdziłam, że chciałabym taki sam telefon, bo do tej pory miałam „przedpotopowy” (śmiech). Wymieniłam komórkę i założyłam konto na Instagramie, chociaż wcześniej zupełnie nie korzystałam z aplikacji. Zaczęłam chodzić na spacery, wyszukiwać ciekawe miejsca i tak to się potoczyło.

Zachwyt Śródmieściem pojawił się od razu? Kamienicy przy św. Wojciecha łatwo dać się oczarować, ale budynkom przy Piastów, Pocztowej czy Krzywoustego raczej trzeba dać trochę czasu.

- Zachwyt narastał we mnie latami, tak samo jak chęć napisania tej książki. Wspomniała pani o ulicy Krzywoustego - mieszkaliśmy tam przez kilka lat, więc doskonale znam tę przestrzeń. Kamienica na św. Wojciecha jest piękna, ale nie jest doskonała. Powiedziałabym raczej, że jest dobrze zachowana. I właśnie dlatego mnie tak zachwyca. Być może to takie moje wariactwo, że dla mnie w budynku najważniejsza jest widoczność śladów przeszłości. Kamienice odrestaurowane „po nowemu” nie są w stanie mnie zatrzymać, bo to właśnie te zaniedbane kryją w sobie największy urok.

https://www.instagram.com/p/BwygsSpAXWm

Urok wystarczył, żeby zacząć działać czy potrzebna była też wiedza historyczna, artystyczna, może architektoniczna?

- Przy każdej okazji podkreślam, że jestem zupełnym amatorem w temacie architektury. Nie jestem ani historykiem, ani architektem, ani nawet fotografem czy przewodnikiem miejskim. Chociaż w lutym zaproponowano mi oprowadzanie wycieczki po naszym mieście. Jednak nigdy nie przygotowywałam się profesjonalnie do tego, czym dziś się zajmuję. Dla mnie najważniejsza jest szczerość, autentyczność… Nie będę udawać, że jestem historykiem, albo że znam się na architekturze. Po prostu zachwycam się otoczeniem, tak jak może się nim zachwycić każdy jeden mieszkaniec. Na rynku jest wiele specjalistycznych i niesamowicie fascynujących publikacji o Szczecinie.

Mimo to ma Pani dużo do powiedzenia. Dysponuje Pani wiedzą na temat poszczególnych kamienic, której nie ma każdy jeden mieszkaniec Szczecina.

- Bo kiedy już coś mnie zachwyci, to zaczynam szukać szczegółów. Czasem zobaczę coś przez przypadek, zatrzymam się i szukam wszelkich dostępnych informacji na ten temat. Kiedy publikuję zdjęcia na Instagramie, zawsze staram się zostawiać dokładne adresy wybranych miejsc. W ten sposób mogę odkryć kolejne ciekawostki, ale też zbudować więź z tą przestrzenią. Do tego moi odbiorcy mogą tam po prostu pójść, nie muszą szukać.

A Pani zdarza się szukać konkretnych miejsc? Czy cała galeria opiera się na przypadku i zachwycie?

- Miejsca, na które trafiam przypadkiem, zawsze cieszą i zadziwiają najbardziej. Doskonałym przykładem jest prześwit bramowy przy Alei Jana Pawła II nr 42. Sklepienie jest tam absolutnie niesamowite, bardzo nietypowe jak na kamienicę. Oczywiście, odkąd działa mój Instagram dostaję dużo wiadomości z nowymi adresami, z sugestiami miejsc, które powinnam odwiedzić czy zapytaniami o radę. Jednak przyznam, że kiedy wiem czego się spodziewać, to odkrycie nie cieszy tak, jak kiedy dzieje się przypadkiem.

Od spacerów przez Instagram dotarła Pani do druku książki „Kamienica w lesie”. Jak czytamy na Pani stronie - dochód ze sprzedaży jest przeznaczony na przywrócenie do życia wyjątkowej, „stareńkiej” przestrzeni przy ul. Pocztowej 19. Co to dokładnie za przestrzeń?

- Przyznam, że wciąż brakuje mi tego „jednego” słowa na określenie tej przestrzeni. Na pewno będzie to miejsce, w którym będę czekać na gości ze swoją książką, a także innymi książkami szczecińskich autorów. Na miejscu chciałabym też nawiązać do działalności Joanny Kulmowej, która niestety jest trochę zapomniana. Oczywiście, będzie też można napić się kawy i zjeść kawałek ciasta. Poza tym myślałam o prezentowaniu zdjęć, nie tylko moich, ale i tych przedwojennego Szczecina. Chciałabym też, żeby na miejscu były lampy pana Lecha Turkowskiego z pracowni przy ulicy Bohaterów Getta Warszawskiego i żeby regularnie organizować tam spotkania z ciekawymi ludźmi z naszego miasta… Mam wiele pomysłów, bo przede wszystkim zależy mi, aby ta przestrzeń żyła, żeby pojawiali się w niej twórcy, artyści, wszystkie osoby z Instagrama, które poznałam. Po prostu chciałabym, aby to było takie nasze miejsce.

https://www.instagram.com/p/B8KMro3JRl1

Czyli to będzie taki trochę otwarty dom artystyczny?

- W sumie… Tak! Można tak powiedzieć, bo nie będzie to tylko kawiarnia czy tylko księgarnia.

Na razie trwa remont. Postawiła Pani na szkołę konserwacji, która mówi, że należy odtwarzać czy tę, którą głosi, aby odbudowywać i dobudowywać nowe rzeczy do tych starych?

- Prace nad remontem koordynuje architekt i rzeczywiście był taki moment, kiedy trzeba było się zdecydować na konkretny kierunek. Padła nawet propozycja, żeby domalować zniszczone płytki na ścianie, ale ten pomysł był tak niespójny z tym, co we mnie siedzi, że powiedziałam - nie. Chcę wszystkie zostawić tak jak jest. Dotyczy to też posadzki, na której wyraźnie widać ślad miejsca, w którym dawniej stała lada rzeźnika czy zamurowanych kiedyś drzwi. Ta przestrzeń właśnie tak żyła, taki był jej los. Nie będziemy tego zamalowywać, przebudowywać i zmienić. Przez chwilę mieliśmy pomysł, żeby dostać się do tynku i odkryć przedwojenną cegłę. Niestety, jest to niemożliwe, bo mogą runąć płytki, a one są dla mnie priorytetem.

Wspomniała Pani, że w tym miejscu działał rzeźnik… Skąd Pani to wie?

- Byłam w archiwum przy św. Wojciecha, widziałam plany zagospodarowania tego miejsca oraz plany architektoniczne budynku. Poza tym nie trzeba być wielkim znawcą, żeby to wiedzieć (uśmiech). Jeśli ktokolwiek widział wcześniej przedwojenny punkt rzeźniczy, to od razu zwróci uwagę na bardzo charakterystyczne płytki, które tam zostały.

Tylko gdzie w tym wszystkim odnaleźć ten tytułowy las?

- Tytułowy las to oczywiście mój dom w Strumianach, bo gdybynie on, to książka pewnie by nie powstała. Zamysł był taki, żeby pokazać dwa różne światy, bo przecież to, że kocham miasto nie znaczy, że nie kocham wsi. Co prawda nigdy wcześniej nie myśleliśmy z mężem, że będziemy żyć na przedmieściach, a już na pewno nie na skraju lasu, ale kiedy zobaczyłam ten dom, wiedziałam, że to moje miejsce. Chciałam pokazać innym, że nie zawsze trzeba wybierać między jednym a drugim.

https://www.instagram.com/p/ByYSa5AI2a1

A nie zazdrości Pani innym miastom? Berlin, Wrocław, tam stare kamienice w centrum i budynki na przedmieściach mają się znacznie lepiej, niż u nas.

- Według mnie porównywanie Berlina do Szczecina nie ma sensu. Może i po wojnie możliwości finansowe Berlina Wschodniego nie były takie, jak Zachodniego, ale jednak w ludziach była silna potrzeba ratowania tego, co zostało. W Szczecinie tej potrzeby nie było, nie było nawet za dużej akceptacji na to, co zostało. Jednak nie brałabym tego za coś negatywnego, bo w pewien sposób stworzyliśmy przestrzeń wyjątkową. Jeśli chodzi o Wrocław, to rzeczywiście sytuacja naszego miasta była podobna. Osoby, które się osiedliły, zmagały się traumą, przez wiele lat nie były pewne granic, w których żyją. To, co zostało w mieście, traktowały jako niemieckie, nie polskie. Rozbierano budynki, zamalowywano freski, w piecach palono dawnymi, zabytkowymi szyldami. Nie da się tego porównać do sytuacji innych miast, ale też nie ma co załamywać rąk. Inaczej być nie mogło, trzeba to zaakceptować.

A co z nowymi budynkami? Co Pani myśli, patrząc na wyrastające w centrum szklane biurowce?

- Jeśli chodzi o wyremontowane nowoczesne zabudowania, to pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to biurowiec Posejdon. Nie ukrywam, że trochę musiałam się do niego przyzwyczaić, ale rozumiem, że musimy iść do przodu (uśmiech). Może tylko gdyby to ode mnie zależało, to chyba zostawiłabym front biurowca od strony al. Wyzwolenia w tym starym stylu. Obecny charakter budynku jest dla mnie trochę za bardzo nowoczesny. Ale nie ma tego złego! Cieszę się, że chociaż neon z logo jest w stylu retro i nawiązuje do historii budynku. Zawsze staram się szukać pozytywów, szkoda mi życiowej energii na narzekanie.

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

O
Ola
14 marca, 23:06, Maciej:

serio w dobie koronawirusa potrzebna jest nam na głównej ukryta płatna promocja jakiejś tam książki??? między informacjami o kolejnych chorych i o tym, co się zmienia w naszym życiu?

Ukryta płatna promocja książki? Macieju a słyszałeś kiedyś o spotkaniach autorskich, o wywiadach z autorami książek, o miłośnikach miast i architektury? Wiesz, że ludzi na prawdę ciekawi ich praca i to co mają do powiedzenia? Wiesz, że to wszystko odbywa się bezpłatnie? W dobie koronawirusa takich materiałów też nam potrzeba, bo jeśli będziemy faszerować się TYLKO kolejnymi raportami to najprawdopodobniej wszyscy zwariujemy :) Życzę więcej luzu i obiektywizmu!

M
Maciej

serio w dobie koronawirusa potrzebna jest nam na głównej ukryta płatna promocja jakiejś tam książki??? między informacjami o kolejnych chorych i o tym, co się zmienia w naszym życiu?

G
Gość

Jeszcze raz w kntekscie poprzedniego mojego wpisu - ta sliczna chatynka w podworzu Żupanskiego stoi jeszcze nadal?

G
Gość

Chodzlismy niemal tymi samymi drogami z 60 letnia niemal tylko roznica czasowa. Rozpoznaje szereg elementow mimo uplywu lat i ciesze sie, ze nie wszystko zostalo zniszczone. Sam zniszczylem cala turystyczna torbe rolek 24x36 czarno bialych oczywiscie, bo wkurzylem sie na to miasto do tego stopnia. Przez ludzi czywiscie, ktorzy naplyneli i traktowali je jak swoj lup. Widac to zreszta dosknale i dzis. Coraz niechetniej wiec wracam po latch, bo miasto z roku na rok traci swoj wspanialy dawny klimat i robi sie prowincjonalna senna / zasypia tuz po robocie/ wiocha upozosana na metropolie. Gratuluje wie albumu i moze jak znow wpadne, to zajde do ktorejs z ocalalych ksiegarn np. na pl. Zolnierza - no, jesli sie jeszcze tak nazywa.

Dodaj ogłoszenie