Czy to najbardziej tajemnicze śmierci w górach w historii?

materiał partnera
A gdyby tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady... Im bliżej morza, tym bardziej płasko – a jednak im dalej do gór, tym większa tęsknota za nimi, szczególnie zimą – więc i w Szczecinie znajdą się tacy, którzy najchętniej przenieśliby swoją część Zachodniopomorskiego pod nogi góry. To właśnie dla nich góry co roku zabierają nogi za góralski pas i przybywają nad morze. 2-4 lutego odbędzie się już 7. Przegląd Filmów o Górach „O! Góry”.

Góry to nie tylko piękny krajobraz, który nie mieści się w kadrze, ani też przeźroczyste powietrze idealne do zapierania tchu w piersiach – to też tajemniczy świat, który rządzi się swoimi prawami i często bywa bezwzględny nawet dla doświadczonych. O tym przypominają filmy oparte często na prawdziwych historiach. Razem ze sklepem Spy Shop, który mieści się przy ul. Bolesława Krzywoustego 51 w Szczecinie przygotowaliśmy dwie mrożących krew w żyłach opowieści. Gotowi na górską przeprawę?

Odkąd w drugiej połowie XIX wieku Tatry stały się bardzo modnym kierunkiem wypoczynkowym, znaleziono tam już wiele zgubionych przedmiotów pozostawionych przez zaginione osoby. Tak jak i wielu turystów z gór już nigdy nie powróciło, a niektóre historie do dziś budzą emocje – szczególnie te z czasów, gdy turyści czy wspinacze nie byli wyposażeni w odpowiedni sprzęt i choćby lokalizatory GPS czy mini kamery, które obecnie mogą od razu rozwiać wszelkie tajemnice.

Co zabiło dwóch mężczyzn i chłopca, a nie zabiło jednej kobiety?

Jest wczesny sierpień 1925 roku. Małżeństwo Kaszniców razem z 12-letnim synem chodzi po górach. Nie są w tym zbyt wprawieni, więc asekuruje ich doświadczony taternik Ryszard Wasserberger. Wędrują przez Lodową Przełęcz (znajduje się ona na 2372 m n.p.m., ale obecnie jest bardzo popularnym szlakiem) – tam pogoda się zmienia. Wicher i silny deszcz utrudniają drogę. Wydaje się, że największe trudności ma pan Kasznica, ale to jego syn zaczyna skarżyć się na problemy z oddychaniem. Schodzą jednak do Żabiego Stawu Jaworowego, gdzie wykończony Kasznica siada na głazie i ogłasza, że dalej nie da rady iść. Kasznicowa zwraca się do Wasserbergera z nadzieją, że jej pomoże – ale on niespodziewanie również mówi, że czuje się słaby... Zaniepokojona Kasznicowa zaprowadza taternika i swojego syna za głaz, żeby uchronić ich przed wiatrem – częstuje ich czekoladą i odrobiną koniaku, chcąc im jakkolwiek pomóc. Wasserberger majaczy w agonii i próbuje wstać, ale kobieta zmusza go do pozostania na ziemi, po czym wraca na chwilę do męża – ale on już nie żyje. Biegnie z powrotem do syna – on też nie żyje. Nieco niżej leży Wasserberger – również martwy. Kasznicowa spędza przy ich ciałach następne 37 godzin – dopiero wtedy w całkowitym otumanieniu schodzi z gór i alarmuje ratowników.

Oficjalnym powodem śmierci panów był obrzęk płuc. Ale dlaczego młody i zdrowy taternik dosłownie padł trupem w czasie rutynowego schodzenia z przełęczy, podczas gdy słabsza fizycznie kobieta czuła się zupełnie dobrze? Oczywiście jednym z podejrzanych był koniak, którego jedynie Kasznicowa nie piła, ale według sekcji zwłok, wszyscy trzej byli w stanie agonalnym jeszcze przed skosztowaniem specjałów monopolowych pani Kasznicy, która jednocześnie stała się jedynym świadkiem zdarzenia.

Śmierć na Przełęczy Diatłowa

W całą masę legend i teorii spiskowych obrosła jedna z najbardziej zagadkowych górskich śmierci w historii. Jednak wytłumaczenie okazało się być banalnie proste. Jest zima 1959 roku, góry Ural. Grupa dziewięciu zaprzyjaźnionych alpinistów dowodzona przez Igora Diatłowa zamierza dotrzeć na szczyt Otorten, ale z powodu pogarszającej się pogody rozbijają obóz na zboczu góry Chołatczachi, która w języku lokalnego ludu nazywana jest „Martwą Górą”, bo nie ma na niej ani roślinności ani zwierząt ani ludzi ani nawet lawin – w skrócie nic oprócz śniegu na niej nie występuje. Ten postój jest ostatnią rzeczą, którą wiadomo na pewno – jest to ostatni zapisek w dzienniku – to co działo się późniejszej nocy było przez długie dekady owiane mgłą tajemnicy i zakłamań.

Grupę znaleziono na skraju lasu, w śniegu. Wszyscy byli zamarznięci. Większość z nich nie miała na sobie kompletu ubrań – ktoś był w samej bieliźnie, ktoś inny miał tylko jeden but, a niektóre rzeczy były napromieniowane. Troje z nich miało obrażenia głowy i połamane żebra, jak po wypadku drogowym. Ich ślady prowadziły gęsiego na skraj lasu – co sugerowało, że nie była to ucieczka, a powolny marsz. Nie znaleziono też śladów innych ludzi ani zwierząt. W lesie znaleziono natomiast pozostałości po ognisku, 1,5 km od namiotu, a sam namiot został rozcięty od wewnątrz. Co w takim razie się stało? Obecnie alpiniści wyposażeni są w doskonałe latarki czołowe, lokalizatory GPS, a czasem nawet mini kamery, które w takiej sytuacji byłyby w stanie łatwo wyjaśnić całą sprawę, nie mówiąc już o znacznie szybszym zlokalizowaniu i dotarciu do całej grupy. Ale w 1959 roku młodzi studenci – choć doświadczeni w podobnych warunkach – nie mogli liczyć na taki sprzęt. Cała historia padła więc ofiarą „głuchego telefonu”, w którym fakty były pomijane albo przeinaczane. Co więc zabiło turystów? Tajny projekt militarny, którego nie powinni byli zobaczyć? Promieniowanie lub ultradźwięki, które spowodowały panikę? A może yeti? Prawda jest jednak dużo prostsza.

Grupa Diatłowa rozbija namiot na zboczu góry, ale żeby schronić się przed porywistym wiatrem, wydrążają w śniegu głęboką niszę i w niej umacniają namiot. Wichura zniża temperaturę do -40 stopni, a pokrywa śnieżna zbija się w „deskę”, której 1m3 waży niemal 0,5 tony. Właśnie taka płyta zmrożonego śniegu zsuwa się w nocy na namiot, przygniatając trzy osoby. Pozostali rozcinają ścianę namiotu i wyskakują na zamieć, starając się wydostać poszkodowanych. Chaos. Ciemność. Mróz. Wichura. Nie wiedzą co dokładnie się stało i czy nie zejdzie kolejna lawina. Zostawiają 55 kg swoich rzeczy i ruszają do lasu – powoli, gęsiego, trzymając się za ręce, żeby się nie zgubić. Tam rozpalają ognisko z wcześniej przygotowanych gałęzi i zapasów, które zostawili w tym miejscu na drogę powrotną – próbują się rozgrzać, ale przy tak niskiej temperaturze odmrożenia na odsłoniętej skórze pojawiają się już po 5-10 minutach. Grupa dzieli się na trzy podgrupy – troje, po przygnieceniu przez małą lawinę, jest w ciężkim stanie. Opiekuje się nimi kolejna trójka, która oddaje im swoje części ubioru. Najsilniejsza trójka, w tym Diatłow, rusza do namiotu po ich rzeczy, ale wszyscy po drodze zamarzają w hipotermii. Niedługo potem zamarzają również pozostali, a ich ciała zostają znalezione dopiero w czasie wiosennej odwilży.

Jeśli jesteście ciekawi kolejnych górskich opowieści, zapraszamy na szczeciński Przegląd Filmów o Górach „O! Góry”. A zanim sami wybierzecie się zdobywać szczyty, zajrzyjcie do sklepu Spy Shop przy ul. Bolesława Krzywoustego 51 – najnowsza technologia pozwoli Wam czuć się jeszcze bezpieczniej

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.