Jego pierwsza płyta zaowocowała nominacją do Fryderyków. Druga porównaniem z twórczością Thoma Yorke’a. Trzecia, wydana wiosną tego roku, tuż po publikacji została obwołana albumem roku. Wojciech Grabek 15 grudnia wystąpi w szczecińskiej Filharmonii. Czym nas zaskoczy?

Zrobiłeś sobie małą przerwę od muzyki.
- No nie da się tego ukryć, nie było mnie prawie 6 lat na scenie.

Powrót jednak nie był tak trudny jak mogłoby się wydawać. Dziennikarze dość szybko zaczęli wskazywać „Day One” jako najlepszą płytę roku. Spodziewałeś się tego?

- To było bardzo duże zaskoczenie, tym bardziej, że w marcu album wydałem tylko w wersji cyfrowej. Kiedy pojawiła się pierwsza recenzja Jarka Szubrychta w Gazecie Magnetofonowej, ta płyta fizycznie nie istniała.

Po tym ukazał się artykuł, że to najprawdopodobniej jeden z najlepszych albumów tego roku. Oficjalna premiera płyty miała miejsce prawie dwa miesiące później - 18 maja, nakładem Gusstaff Records. Niedawno wyszedł jeszcze winyl.

Trochę zaskoczyłeś fanów. Myślisz, że muzyka powinna nas zaskakiwać, czy dawać nam to czego chcemy?
- Zaskakiwanie słuchaczy jest zdrowe. Tak przynajmniej mi się wydaje. Jestem przeciwnikiem stania w miejscu, powielania schematów, z których korzystałem wcześniej. To dla mnie przysłowiowe „odgrzewanie kotleta” (śmiech). Przyjąłem niepisaną zasadę, że nie będę trzymał się jednego gatunku muzyki, że będę realizował rzeczy, które siedzą głęboko we mnie. Stąd też każda moja płyta jest inna, szczególnie ta ostatnia - „Day One”. Choć gdyby się nad tym zastanowić, jeśli artysta traktuje swoją twórczość wyłącznie jako biznes, to najważniejsza dla niego będzie sprzedaż, czyli dawanie ludziom dokładnie tego czego chcą.

Tym sposobem, zaglądając na playlisty czy to radiowe, czy te w naszych iPodach znajdziemy serię banalnych piosenek o miłości walczących o pierwsze miejsce z legendami disco polo. Mamy zły gust?
- I tak i nie. Scena muzyki popularnej w Polsce jest po prostu dość jednolita. Entuzjazm wzbudza najprostsza muzyka, a skoro tak jest, to ani wydawcy, ani producenci, ani wykonawcy nie bardzo chcą to zmieniać. Co gorsza, kiedy „coś” się sprzedaje, cały rynek obraca się w tę stronę i produkuje tego więcej, aż do znudzenia. I tak w powszechnie dostępnych mediach słuchacz nie ma dla siebie za dużego wyboru, czeka na niego trzech czy czterech artystów, którzy brzmią tak samo… choć wcale nie muszą. Na przykład teraz w Polsce nastąpił wysyp męskich wokalistów, których prawdę mówiąc po zamknięciu oczu, trudno mi odróżnić. I żeby nie było - naprawdę cenię umiejętności artystów, którzy dziś biją rekordy sprzedaży tyle, że nie zawsze popieram to, jak działa machina rynkowa.

A co znajdziemy na Twojej playliście?
- Nową płytę Thoma Yorke, czyli ścieżkę dźwiękową do horroru Suspiria. Niedawno wdałem się nawet w krótką fejsbukową polemikę z redaktorem Chacińskim, który stwierdził, że jest to być może najlepsza płyta Yorke’a – dla mnie nie, choć jest na niej jedna perełka, której nie mogę przestać słuchać. (śmiech). Dalej jest też Sigur Rós, Olafur Arnalds, ale też Twenty One Pilots. Tę ostatnią formację pokazała mi córka - od strony technicznej totalnie mnie zafascynowali. To dwóch chłopaków, którzy na scenie brzmią jak porządnych rozmiarów zespół. Na liście mam też płytę „Mental Cut” Maanamu i album Milesa Davisa „Bitches Brew”.

To może czas zarazić swoim gustem innych?
- To na pewno. Myślę, że pomału można nad tym pracować (śmiech). Poza tym wydaje mi się, że naprawdę zaczyna coś się dziać. Osobiście stronię od koncertów masowych, raczej wybieram te kameralne. Można na nich odkryć wielu wspaniałych wykonawców, którzy w ogóle nie są promowani w mediach, wręcz przeciwnie - permanentnie się ich pomija. Jakiś czas temu byłem w poznańskiej Meskalinie na wyjątkowym koncercie Michała Kmieciaka, sala była pełna. Michał grał kompozycje zabarwione skrzypcami, fortepianem, typowo skandynawskie granie. Okazuje się, że scena muzyki ambitnej, mniej tendencyjnej i mniej rubasznej też całkiem nieźle sobie radzi. Szkoda tylko, że jeszcze się o niej tyle nie mówi.

Mówisz, że stronisz od koncertów masowych, a nie chciałbyś wrócić na Open'era czy na Męskie Granie?
- To, że jako odbiorca stronię od koncertów masowych, nie oznacza, że jako artysta nie chciałbym się na nich pojawiać. Dzięki takim występom mam okazję dotrzeć do szerszej publiczności. W tym roku tak się złożyło, że wydałem płytę za późno w stosunku do festiwalowego kompletowania wykonawców. Na Open'erze grałem do tej pory dwa razy - raz przed wydaniem debiutanckiej płyty, drugi już z krążkiem na koncie. Festiwal miał wtedy trochę inną formułę, ale mimo wszystko zgromadzenie 1,5 tys. ludzi o 2. w nocy przed sceną w namiocie Alter Space, jest ogromnym przeżyciem. Ktoś mógłby zapytać - jedna osoba na scenie, po co oni tam przyszli? Nuda. Zdaję sobie z tego sprawę, dlatego moje występy są dokładnie zaplanowanym performancem. Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda nam się to pokazać na dużych scenach.

Ale zanim to się stanie, 15 grudnia wystąpisz w szczecińskiej Filharmonii. Czy również możemy liczyć na taki performance?
- Oczywiście, że tak! Nie chcę za dużo zdradzać, więc powiem tylko, że tłem dla muzyki będą niezwykłe wizualizacje przedstawiające zdjęcia z występów teatralnych mojego ojca.

Skąd się wziął pomysł na tworzenie wizualizacji do występów na żywo?
- Od 10 lat współpracuję z Kasią Pawłowską, to mega utalentowana artystka ze Szczecina zajmująca się sztukami wizualnymi, a w szczególności wideo i mappingiem. Poznaliśmy się - no właśnie... w Szczecinie podczas jednego z festiwali – to był bodajże Live Act Night. Od słowa do słowa i tak wspólnie zrobiliśmy całą trasę koncertową. Kasia potrafi tworzyć prawdziwe cuda na scenie. Jej wizualizacje, tak jak muzyka, powstają na żywo. Ma ze sobą sampler, na którym łączy obrazy pod to, co gram.

Do filharmonii przyjeżdżasz z nową płytą, która jak już wcześniej wspomniałeś, jest zupełnie inna od pierwszych dwóch. Skąd tak diametralna zmiana?
- Długo miałem wrażenie, że wydanie tej płyty było bardzo spontaniczną decyzją, jednak im więcej i częściej o tym rozmawiałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że w tej produkcji niewiele jest ze spontaniczności. „Day One” to album bardzo przemyślany, wynikający z moich przeżyć na przestrzeni ostatnich lat. Od 2013 roku nie występowałem praktycznie nigdzie. Zniknąłem na chwilę. W końcu zaczęła we mnie kiełkować myśl o powrocie. Zacząłem słuchać poprzednich płyt, miałem wrażenie, że ta muzyka nie do końca jest moja - sporo brudnej elektroniki. Poczułem, że tym razem to cisza powinna być przypieczętowaniem albumu. Mieszkam na wsi pod miastem, cenię sobie spokój. Na 40. urodziny żona zabrała mnie w podróż do Islandii. Uwielbiam Skandynawię. To, co zobaczyłem, było odzwierciedleniem tego, jak sobie wyobrażam muzykę tamtych regionów - Sigur Rós, Ólafur Arnalds czy wspaniała Björk. Wróciłem i pomyślałem - już czas. To, co można usłyszeć na tym albumie, to właśnie wypadkowa tych wydarzeń.

Podczas gdy zbierałeś inspiracje, nastąpiła dość istotna zmiana „nacisku” na nośniki muzyki, i na sposób promocji. Było to dla Ciebie problemem?
- Jeśli chodzi o zmiany technologiczne, to nie. Nowe technologie są fascynujące i jestem z nimi za pan brat. Poza tym, chcę dotrzymać kroku mojej nastoletniej córce. Dla mnie muzyka nie jest tworem linearnym. Nawet jeśli na kilka czy kilkadziesiąt lat wypadnie się z obiegu, można stworzyć album, który będzie przełomowy lub chociaż interesujący. Zdarza się też, że muzyka musi zaczekać na swój moment. Weźmy nawet Góreckiego, który swoją III Symfonię - „Symfonię pieśni żałosnych”, napisał w latach 70., a największy boom na nią przyszedł w latach 90. Jak się nad tym zastanawiam, to jedyne co mnie zaskoczyło, to że wydałem płytę na CD.

Da się utrzymać na rynku, działając jedynie w serwisach streamingowych? Wielu artystów wycofuje swoje albumy z internetu.

- Z serwisów wycofują się głównie artyści, którzy mają olbrzymie zaplecze fanów i zwyczajnie nie robi im różnicy, czy na nich są, czy nie. Kiedyś zamiast Spotify czy Tidala mieliśmy MySpace. Zasada taka sama - twórca dociera do nowych odbiorców, odbiorcy odkrywają nowych twórców. I jest to bardzo pozytywne. Jeśli jednak pytasz o kwestie finansowe, to dla artystów takich jak ja czy nawet takich, którzy osiągnęli coś więcej, to wynagrodzenie za odtwarzania muzyki w serwisach w ogóle nie pozwalają na tzw. przetrwanie od pierwszego do pierwszego dnia miesiąca.

Ale dzięki nim absolutnie każdy może sprawdzić czy dziennikarskie porównania Twojej twórczości do twórczości Thoma Yorke są trafne. Od czego to się zaczęło?

- Thom Yorke jest dla mnie geniuszem, ubóstwiam jego solową twórczość, uwielbiam Radiohead. Przy okazji wydania trzeciej płyty również spotkałem się z nawiązaniami typu - polski Thom Yorke wraca z nowym albumem. Jest to miłe i zupełnie mi nie przeszkadza, o ile nie jest to bezmyślne powielane czegoś, co gdzieś kiedyś ktoś komuś powiedział (śmiech). Niestety często jest, bo „Day One” kompletnie nie ma nic wspólnego z twórczością Brytyjczyka. Mam jednak nadzieję, że osoba, która czyta takie porównania, sięga później po mój album i stara się wyrobić własną opinię. A od czego to się zaczęło? Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że od koncertu Radiohead w Poznaniu. W mediach padło hasło - Poznań mógłby wystawić Grabka jako support i tak ruszyła machina.

Myślisz, że odnalazłbyś się z Thomem Yorke w jednym projekcie, na jednej scenie?
- Tak! Bez dwóch zdań. Gdybym dostał propozycję takiej współpracy, z miejsca bym się zgodził. Zdradzę nawet, że po wydaniu pierwszego albumu doszło do mailowego kontaktu z managerem Radiohead, niestety nic więcej prócz kilku uprzejmości z tego nie wyniknęło, ale kto wie, może kiedyś?

Wojciech Grabek - multiinstrumentalista, kompozytor, producent. W 2018 roku pokazał swoje najbardziej osobiste muzyczne oblicze. Płyta „Day One” to opowieść – praktycznie bez słów – o bardzo konkretnie umiejscowionych w czasie narodzinach. Opowieść o początkach nowego – bolesnych, pięknych, czasami trywialnych, czasem chaotycznych. Grabek perfekcyjnie łączy brzmienia z pogranicza klasyki i elektroniki, syntetyczne dźwięki z wokalem i brzmieniem instrumentów akustycznych.

Koncert - Grabek - LAB_3: El-soft już 15 grudnia br. o g. 19. w Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie.