Konrada Pawickiego niedawno oglądaliśmy w „Pijanych” czy „Fanny i Alexander”, które zamykały rok, w Teatrze Współczesnym w Szczecinie, a już rozmawiamy o „Seksie dla opornych” czy „Godzinie Spokoju”, które otwierają rok. Widzieliście już te spektakle? Koniecznie musicie zobaczyć jeszcze raz. To samo przedstawienie, oglądane po raz drugi nigdy nie jest tym samym.

Gdyby musiał Pan wybrać pomiędzy graniem przez całe życie wyłącznie ról komediowych a graniem w spektaklach dramatycznych, na co by padło?

- Wybrałbym role komediowe. W ostatnim czasie tak się poukładało, że dość często jestem w nich obsadzany i dobrze się z tym czuję. Szczerze mówiąc, nigdy nie przypuszczałem, że będzie to moja „specjalizacja”, mój znak rozpoznawczy. Nie sądziłem, żebym miał szczególne predyspozycje do grania w komediach. Przyznam, że zawsze zazdrościłem mojemu serdecznemu koledze z garderoby – a wcześniej ze szkoły teatralnej - Arkowi Buszko, który oprócz charakterystycznej vis comica ma jeszcze to nieuchwytne „coś”. Wchodzi na scenę i już jest śmiesznie. A tu proszę, większość komediowego repertuaru na moich barkach. Przepraszam – na barkach moich koleżanek i kolegów oraz moich.

Za sprawą ostatnich ról przylgnęła do Pana łatka aktora komediowego. Łatki przeszkadzają?

- Najważniejsze, żeby się nimi nie przejmować. Dla mnie największą wartością w aktorstwie jest wszechstronność. Wspomniałem już Arka Buszko - potrafi umiejętnie wykorzystać swoją charakterystyczność w bardzo wszechstronny sposób – być nieodparcie zabawny, a kiedy trzeba, przejmująco tragiczny lub niezwykle groźny. Umiejętność przemiany to podstawa. A jeśli potrzeba więcej przykładów, to można sięgnąć do wielkiego świata i wskazać choćby Bruce'a Willisa. Przypięło mu się łatkę twardziela - zabijaki, który ratuje świat, miasto lub chociaż małą dziewczynkę z rąk bandytów. A wystarczy zobaczyć go w „Moonrise Kingdom”, Wesa Andersona, by odczarować ten wizerunek. Nie wspominając już o „Szóstym zmyśle”. Oczywiście nie jest tak, że każdy aktor zagra wszystko. To jak w orkiestrze – kocioł nie zagra partii skrzypiec i na odwrót.

Wychodzi na to, że duża odpowiedzialność w tej kwestii spoczywa na reżyserach, producentach.

- Tak, ponieważ sztuką jest obsadzanie aktorów w spektaklu. Potrzeba do tego intuicji i znajomości zespołu, z którym się pracuje. Dla przykładu - w „Fanny i Alexander” reżyserka Justyna Celeda wybrała mnie do roli Oscara Ekdahla. Pracujemy ze sobą od dłuższego czasu. Justyna dobrze zna mnie nie tylko jako aktora, ale jako człowieka. Przy takiej pracy to po prostu nieuniknione, ale też pomocne. Oscar Ekdahl okazał się postacią bardzo mi bliską, co nie oznacza, że przygotowanie do roli było szczególnie proste, ponieważ Oscar to człowiek, który bawi innych, a sam ma smutek w sercu. Znamy zresztą mnóstwo takich przykładów. Choćby mój ukochany Peter Sellers.

Trudno rozśmieszyć naszą publiczność? Z jednej strony uwielbiamy kabarety, ale z drugiej kochamy pogrążać się w depresji i nadmiernej patetyczności.

- Myślę, że ludzie przychodzą do teatru, żeby „zapomnieć o tym całym ciężkim świecie na zewnątrz” (cyt. „Fanny i Alexander”). Z drugiej strony staramy się oferować nie tylko zapomnienie, ale też czasami przypominać pewne ważne rzeczy. O nas, o tym jacy jesteśmy i z czym się zmagamy. Śmiech dla samego śmiechu to nieraz trochę za mało. Chociaż też jest potrzebny. Tak, mamy dziś istny zalew kabaretów. Zdarzają się wśród nich prawdziwe perły, ale ogólnie rzecz biorąc sztuka kabaretowa chyba poszła w ilość.

W teatrze nie ma spektakli robionych tylko dla śmiechu?

- To nie tak, oczywiście, że zdarza nam się tworzyć spektakle, których głównym celem jest rozrywka. Wystarczy przywołać „Wszystkie dzieła Szekspira”, które gramy na Zamku Książąt Pomorskich z Pawłem Niczewskim i Arkiem Buszko już od 15 lat. Pamiętam jak prezentowaliśmy ten spektakl na festiwalu „Walizka” w Łomży. Wróciliśmy z tego wydarzenia nie tylko z nagrodą, ale też z najcelniejszą i najcenniejszą recenzją autorstwa nieżyjącej już Hanny Baltyn. Napisała - cytując: „zaczyna się jak u cioci na imieninach, a kończy jak na ostrej popijawie w burdelu. Słowem - dzicz”. I tak jest. Chociaż proszę sobie wyobrazić, że okazało się, iż spektakl mający nieraz cechy bardzo jarmarcznej rozrywki, może mieć też funkcję terapeutyczną. To właśnie po przedstawieniu „Dzieł Wszystkich...” pani Małgorzata, która pojawiła się na widowni „aby zapomnieć o ciężkim świecie na zewnątrz”, założyła grupę CZESŁAW. Wyszła z teatru zupełnie odmieniona.

Podobno równie skutecznie działa „Seks dla opornych”?

- „Seks dla opornych” zagraliśmy już chyba 120 razy i z wiarygodnych źródeł wiemy, że uratowaliśmy kilka małżeństw. Na widowni zasiadają różni ludzie, różne pary, związki w różnym stanie. Granie komedii jest najtrudniejszym z zadań z jakim aktor może zmierzyć się w teatrze, ale jeśli się to uda, będzie to najwdzięczniejsze zadanie. Nagroda pojawia się od razu. Widzimy, jak ludzie wychodzą z teatru po „Seksie dla opornych” i wyglądają, jakby ubyło im lat i kłopotów.

No właśnie, Teatr Współczesny przygotował kilka propozycji, które mają wprowadzić nas w dobry nastrój wraz z Nowym Rokiem. W repertuarze znajdziemy choćby „Godzinę Spokoju” czy wymieniony „Seks dla opornych”. Do którego ze spektakli ma Pan większy sentyment?

- Trudno powiedzieć, nawet bardzo trudno. Jeśli powiem, że „Seks...” poczuję, że nie doceniam „Godziny spokoju”. A jeśli powiem, że „Godzinę…”, to pewnie przypomni mi się „Pocałunek”, w którym uwielbiam grać, a którego w styczniu jeszcze nie ma w repertuarze. Chyba wymigam się od tej odpowiedzi (uśmiech).

A dla społeczeństwa? Który spektakl szybciej trafi do osób, które na pytanie - kiedy ostatni raz byłeś w teatrze, odpowiadają - w szkole podstawowej?

- Myślę, że obie sztuki, ponieważ w równym stopniu bawią i są dobrze przyswajalne, a do tego dają widzom to „coś”. „Seks dla opornych” to historia, która doczekała się nawet swojego sequela. Ale zostając przy pierwszej części, opowiada ona o małżeństwie Lane. Alice i Henry przechodzą przez kryzys. Po 25. latach Alice postanawia odmienić ich życie, zwłaszcza życie seksualne. Uważa, że w tym leży problem. Zabiera męża na wycieczkę do luksusowego hotelu, co ma być receptą na naprawienie wszystkich błędów. To, co się dzieje w hotelu, to trzeba już zobaczyć z widowni. Jeśli chodzi o „Godzinę Spokoju”, to historia o konsekwencji budowania swojego życia na kłamstwie. Główny bohater przeżywa tu absolutną katastrofę. Jest to katastrofa niezwykle śmieszna dla oglądających ją widzów i straszna dla bohatera. Myślę, że wielu osobom ta opowieść może być bliska. Historia zaczyna się dość banalnie. Główny bohater przybiega z rynku ze świeżo zakupioną, unikalną płytą. Jest audiofilem, więc radość jest tym większa. Ma akurat godzinę wolnego czasu i chcę ją wykorzystać na przesłuchanie muzyki. Czy to się uda?

Wprowadzenia do spektakli brzmią zachęcająco - z czego może wynikać strach ludzi przed przyjściem do teatru?

- Może z tego, że ludzie boją się, że czegoś nie zrozumieją, albo że będzie nudno. W końcu „lepiej pójść do kina, bo tam się dużo dzieje”. I to prawda. Czasem w kinie dużo się dzieje. Oczywiście to zależy od tego, co rozumiemy przez słowa „dzieje się”. Dla jednych to auta i strzelaniny, dla innych relacje międzyludzkie. I to nie tak, że chodzenie do kina na filmy ze strzelankami to dyshonor dla konesera sztuki (śmiech). Ja również lubię kino, również takie ze strzelankami. Zdarza mi się być małym chłopcem. Bez przerwy mógłbym oglądać „Gwiezdne Wojny”, najlepiej pierwszą trylogię. A teatr - absolutnie nadąża za wciąż zmieniającą się rzeczywistością. Nieustannie zmienia się sposób dotarcia do ludzi, zmienia się język teatru, zmienia się też technologia tworzenia spektakli. Powstają dziś tak zaawansowane technicznie i wizualnie atrakcyjne przedstawienia, że nawet dla zobaczenia tego czarodziejstwa warto wstąpić do teatru. Chociaż na poziomie międzyludzkich relacji niewiele zmienia się od tysiącleci i to też pokazuje teatr. Jest cały czas opowieścią o świecie. Opowieścią snutą na różne sposoby. To też jest jego wartość.

Są spektakle, które mogą zrazić?

- Bywają przedstawienia nieprzyjemne. Jeśli spojrzymy na świat pod odpowiednim kątem, zobaczymy ile złych rzeczy dzieje się wokół nas. Teatr jest opowieścią o świecie, więc to nieuchronne, że i takie spektakle muszą się pojawić. Mnie wystarczy, że obejrzę wiadomości. Wole oglądać sztuki i grać w sztukach, które dają nadzieję, że aż tak źle nie jest. Pokazują, że gdyby przyjąć – bez odpowiedniego dystansu – wizję świata oferowaną przez niektórych twórców, to nic, tylko iść i się powiesić. Jest taki fragment spektaklu „Pijani”, cytując - „po co mamy sobie ciągle polewać głowę gównem?”. Ale wszystko jest kwestią wyboru, jeśli ktoś chce się trochę pokatować, to czemu mu tego odmawiać?

A może są spektakle, które mogą znudzić? Po kilku latach grania tych samych ról, tych samych scen nie wkrada się monotonia?

- Powiem tak, są widzowie, którzy oglądają wielokrotnie to samo przedstawienie. Wspomniana założycielka grupy CZESŁAW, pani Małgorzata obejrzała „Seks dla opornych” już ponad 50 razy. Myślę, że gdyby ktoś z nas zapomniał tekstu - co raczej się nie zdarza, pani Małgorzata byłaby gotowa wejść na scenę i nas zastąpić (śmiech). Widzowie oglądają to samo przedstawienie, bo to samo przedstawienie nigdy nie jest tym samym przedstawieniem. I to chyba jest jedna z tych najwspanialszych cech teatru. To jest też to, co różni teatr od kina.

Czyli „Seks dla opornych” w kwietniu, to będzie inny “Seks dla opornych” niż ten grany w styczniu?

- Między kwietniem a styczniem na pewno zdarzy się wiele rzeczy w naszym życiu, zagramy być może role w nowych przedstawieniach, co pewnie nas nieco odmieni. Poza tym ja mogę być przeziębiony, a Beata Zygarlicka nie w humorze albo odwrotnie. Oczywiście, jesteśmy profesjonalistami i jesteśmy w stanie pokonać każdą z przeszkód, np. niedawno zdarzyło się, że Beata grała w „Raju dla opornych” jeszcze w czasie rekonwalescencji złamanej nogi. Jeśli przedstawienie jest grane naprawdę, jeśli nie jest to tylko repetycja wyuczonych wcześniej sytuacji, jeśli jest to prawdziwy dialog oparty o żywe reakcje, to spektakl będzie za każdym razem czymś innym. Ale do tego jest potrzebna pewnego rodzaju chemia między aktorami, wyczulenie na partnera. Szczerze, to ja nawet zachęcam widzów, żeby poszli dwa razy na to samo przedstawienie. Najlepiej z rocznym odstępem. Gwarantuję, że będzie to zupełnie inna sztuka.

A zdarza się Panu podglądać pracę kolegów z Teatru Współczesnego? Jeśli chodzi o komedie, to w Teatrze Współczesnym pojawią się jeszcze dwie: „Dobry wieczór Fogg” czy „Letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie”.

- Przyznaję, że nie ma na to czasu. Jeśli nie uda mi się pojawić na premierze, to trudno mi się wyrwać później. Ale tak to chyba już jest w pracy. Myślę, że styczeń to dobra okazja, żebym wybrał się na „Fogga...” i „Osy...” biorąc choćby pod uwagę znakomitą obsadę.

Po tak długim czasie spędzonym w Szczecinie zamieniłby Pan Teatr Współczesny na inny?

- Przyznam, że nawet niedawno zdarzyła mi się propozycja. Nie będę zdradzał szczegółów. Stanęło na tym, że jeśli pojawi się możliwość gościnnego występu w tamtejszym teatrze, którą będę mógł połączyć z pracą w Szczecinie, to chętnie ją przyjmę. Natomiast jeśli chodzi o przeniesienie się na stałe... raczej nie bardzo. Zespół Współczesnego jest naprawdę wyjątkowy. Tak to czujemy my, nasi widzowie, ale też ludzie, którzy do nas przyjeżdżają. Gramy do jednej bramki i świetnie to rozumiemy.
biogram

Konrad Pawicki - absolwent Wydziału Aktorskiego we Wrocławiu – filii Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie (1990). Debiutował w 1989 roku na scenie Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu (rolą Jakuba w „Akropolis” St. Wyspiańskiego). Od ukończenia studiów jest aktorem Teatru Współczesnego w Szczecinie. Współpracował także z Operą na Zamku w Szczecinie, był szefem artystycznym Piwnicy przy Krypcie. Jest prezenterem radiowym, m.in. prowadził program „Studio Bałtyk” w Polskim Radiu Szczecin. Obecnie współpracuje z Twoim Radiem. Autor tomików poetyckich „Kobietojad” (1993), „Niech żyję” (2006). Autor tekstów piosenek i wokalista. W 2016 r. wydał płytę „Zły 2 czyli noc w Muzeum”.