MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Jakub Schenk, rozgrywający Trefla Sopot: Każdy finał miał innego x-factora

Jakub Lisowski
Jakub Lisowski
Jakub Schenk
Jakub Schenk Jakub Steinborn/Polska Press
King nas dochodził, ale potrafiliśmy pokazać jaja i na ten złoty medal zasłużyliśmy - mówi Jakub Schenk, MVP finałów Orlen Basket Ligi. W latach 2018-19 i 2020-22 reprezentował Kinga Szczecin.

Kiedy Pan uwierzył, że finał wygracie?
Jakub Schenk: Chyba dopiero po wolnych Paula Scruggsa na niespełna minutę przed końcem. Wcześniej nie, bo w tym sezonie grałem z Kingiem 11 razy i wiedziałem, że jest to drużyna, której potrzeba 40-50 sekund by wrócić do gry i walczyć na styku. Byli bardzo niebezpieczni i mimo, że prowadziliśmy 12-14 punktami to mówiłem do kolegów, by zachowywać koncentrację, by się nie rozluźniać, by uśmiechy znikały z ich twarzy. I King znów nas dochodził, było już tylko 5 dla nas, ale potrafiliśmy pokazać jaja, odpowiadaliśmy świetnie i pokazaliśmy, że na ten złoty medal zasłużyliśmy.

Trefl wygrał formą Jakuba Schenka? Świetnie się Pan odrodził po pierwszym meczu, gdy w końcówce z desperacji wyrzucał Pan piłkę z rąk, a później potrafił ją kontrolować, punktować...
Dziękuję za miłe słowa. Co mogę powiedzieć: starałem się wykonywać swoją pracę i wykorzystać to, jak byłem postrzegany przez kolegów. Przez cały sezon zbudowaliśmy fajną wieź, wierzyli, że w najważniejszych momentach udźwignę odpowiedzialność, ale każdy z finałów potrzebował innego x-factora. U nas było ich kilku - Scruggs w piątym czy szóstym meczu, Jarek Zyskowski, który wrócił do gry od drugiego meczu, Andy van Vliet i jego jego skuteczność w szóstym meczu, Aaron Best świetnie rozpoczął siódme spotkanie i dał nam dobry impuls. Każdy chciał mu dorównać i też każdy dołożył do tego mistrzostwa swoją cegiełkę. Może zabrzmi to banalnie i nie chcę wyjść na przesadnie skromnego, ale każdy z nas miał ogromny wpływ na wynik. Świetnie pracowaliśmy w obronie, nawet kosztem punktów w ataku. Nasza praca dała nam złoto.

W trakcie finałów nie został Pan powołany do kadry na przedolimpijski turniej. Trener Tabak nie chciał, by Pan o tym mówił, ale widać było, że zareagował Pan pozytywnie.
Szczerze i pozostawiam to do oceny czytelnikom: na początku zrobiło mi się ciepło od emocji, ale po 5-10 minutach przeanalizowałem to i pomyślałem, że ten czas spędzę z rodziną. Żona i moje dzieciaki cały czas chcieliby mnie więcej w domu, co w czasie sezonu, a szczególnie na jego zakończenie, jest niemożliwe. Teraz trochę to nadrobimy. Reprezentacji kibicuje, trzymam kciuki za awans na igrzyska, ale nie mam już żalu, że kadra beze mnie.

A jeszcze była "afera", bo za mocno Pan skrytykował kolegów po czwartym meczu.
Pseudo afera, nadinterpretacja słów, by była większa klikalność. To były zwykłe słowa, chłopaki też spokojnie to przyjęli, a po czwartym meczu mieliśmy fajne spotkanie między sobą. Zjednoczył nas cel.

Jaki wpływ na Pana formę miał fakt, że w finale graliście właśnie z Kingiem?
Żaden. W rundzie zasadniczej zagraliśmy cztery mecze, w finałach siedem. Po prostu chciałem wygrać złoty medal, a rywal nie miał znaczenia. Nie mam żadnych emocji związanych z rywalizacją z Kingiem.

To było najlepsze "5 minut" w dotychczasowej karierze?
Tak, nie ma co tego umniejszać. Cieszę się z sukcesu, nagrody MVP finałów, bo to wielka rzecz. Ciężar tych sukcesów trzeba będzie udźwignąć w przyszłym sezonie.

Rozmawiał Jakub Lisowski

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Sensacyjny ruch Łukasza Piszczka

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na gs24.pl Głos Szczeciński