Zwierzę polityczne

    Zwierzę polityczne

    Krystyna Pohl, 18 kwietnia 2003 r.

    Głos Szczeciński

    Aktualizacja:

    Głos Szczeciński

    Jan Sylwestrzak, wicewojewoda zachodniopomorski, z żoną Zofią.

    Jan Sylwestrzak, wicewojewoda zachodniopomorski, z żoną Zofią. ©Marcin Bielecki

    Kiedy w poniedziałek Jan Sylwestrzak odbierał w Warszawie nominację na wicewojewodę zachodniopomorskiego, w Szczecinie jego żona Zofia stała przy stole laserowym.
    Jan Sylwestrzak, wicewojewoda zachodniopomorski, z żoną Zofią.

    Jan Sylwestrzak, wicewojewoda zachodniopomorski, z żoną Zofią. ©Marcin Bielecki

    Jest okulistką, szefem pracowni laserowej w klinice i przeprowadzała kolejną operację.
    Parę dni wcześniej na wieść, że Jan będzie wicewojewodą, powiedziała ze śmiechem. - Ależ mnie mój emeryt zaskoczył.
    Znała polityczne pasje męża, nie miała złudzeń, że na emeryturze będzie częściej w domu, ale nie przypuszczała, że jeszcze będzie pracował na takim stanowisku.

    Życiowy sukces

    Nominacja właściwie go nie zaskoczyła, bo media od rozpadu koalicji prowadziły spekulacje. Zresztą, w Poznaniu wicewojewodą też został dziennikarz - Jerzy Błoszyk. Również pochodzi z Partii Ludowo-Demokratycznej.

    - No, to teraz będziemy oglądać Janka częściej w telewizji niż w domu - westchnęła teściowa Teresa Grzecznowska. I dodała, że szkoda, bo Janek to taki dobry zięć i lubi z nim rozmawiać.
    Grzecznowscy mieszkają razem z Sylwestrzakami w połówce bliźniaka na szczecińskich Gumieńcach. Jan Sylwestrzak uważa go za życiowy sukces. Dom został zbudowany na początku lat siedemdziesiątych. Wzięli dwa kredyty, spłacali je przez dwadzieścia lat, ale budowa trwała tylko pół roku.
    - I to jest ten sukces - śmieje się Jan Sylwestrzak. - Wtedy trzeba było wszystko zdobywać, załatwiać, a dziś bez problemu można kupić każdy rodzaj śrubki.

    Hodowca kłopotów

    W przestronnym pokoju na parterze stoją rustykalne meble a przy kominku wygodne fotele. Na zielonych ścianach wiszą słoneczne obrazy, prezenty od przyjaciół.
    Na podjeździe przed domem stoi poczciwy fiat 125 p. - Ma trzynaście lat, przejechał sto siedemdziesiąt tysięcy kilometrów beż żadnej awarii - chwali auto Sylwestrzak.

    Może kupiłby jakiś inny samochód, ale wszystkie pieniądze utopił w Stolcu (nazwa zawsze wywołuje kaskady śmiechu), małej popegerowskiej wiosce pod Szczecinem. Wraz z byłymi pracownikami nieistniejącego PGR założył spółkę. Hoduje krowy, owce, świnie. Ale więcej z tym kłopotów niż korzyści.

    Rolnictwo zawsze go interesowało, podobnie jak polityka. Najpierw chciał być leśnikiem, ale po Technikum Leśnictwa wybrał Wyższą Szkołę Rolniczą w Szczecinie. Wtedy miał jeszcze jedną pasję - teatr. Marzył o aktorstwie. Rodzice przekonali go, że lepiej gdy mężczyzna ma konkretny zawód. Pozostał teatr studencki. W "Skrzacie" grał i reżyserował. Z przedstawieniami jeździli po Polsce, zdobywali nagrody na festiwalach. Gdzieś w pudłach jest pełno dyplomów z tamtego okresu.

    Od kurcząt do telewizji

    Po studiach jedynie dwa lata przepracował w zawodzie. W Szczecińskich Zakładach Drobiarskich nadzorował powstawanie pierwszych ferm kurcząt brojlerów. Potem całkowicie pochłonęło go radio a stamtąd był tylko krok do telewizji.

    - Ściągnął mnie do radia nieżyjący już Witold Lendzion - wspomina. - Robił rolnicze audycje i zaproponował, abym spróbował. Spróbowałem, zważywszy, że przez jakiś czas pracowałem w studenckiej rozgłośni. W parę lat później Lendzion namówił mnie na telewizję. Był początek lat 70. i zostałem jednym z realizatorów Telewizyjnego Technikum Rolniczego. Szczecińska telewizja miała największy udział w przygotowywaniu tego ogólnopolskiego programu. Było to jedyne takie przedsięwzięcie na świecie. Dzięki tym audycjom 220 tysięcy młodych ludzi miało możliwość zrobienia matury.

    Rolnictwo i ochrona środowiska to główne problemy, którymi się zajmował. Po trzydziestu latach pracy w TV odszedł na emeryturę. Cieszył się, że nareszcie będzie miał więcej czasu na politykę.
    - Nastąpiło zmęczenie, zniechęcenie a nawet rozgoryczenie - tak mówi o pracy dziennikarskiej. - Robiłem to samo, co zawsze, ale gorzej niż na początku kariery.

    Rywalka żony

    Czegoś takiego jednak nie mówi o polityce. Przyznaje, że polityką żyje. Przekonuje, że jest ona motorem wszystkiego, co się dzieje. Nie rozumie, a wręcz krytykuje ludzi, którzy mówią o sobie, że są apolityczni. On w polityce tkwi od zawsze. Najpierw w strukturach ZSL, potem PSL, a od pięciu lat w Partii Ludowo-Demokratycznej. "Zwierzę polityczne", tak określają go przyjaciele.

    - Czasem czuję się tak, jakbym miała rywalkę - śmieje się Zofia. - Kiedyś z takim błyskiem w oku mówił o mnie, a dziś - o polityce.
    Poznali się, gdy ona była studentką pierwszego roku Pomorskiej Akademii Medycznej a on już znanym dziennikarzem. Od razu spodobała mu się śliczna blondynka o oczach wielkich jak spodki. Ale ona zupełnie nie zwracała na niego uwagi.

    - Był przystojny, zresztą jest nadal, znany, otoczony wianuszkiem dziewcząt, ale miał 25 lat i mnie, osiemnastolatce, wydawał się strasznie stary - wyjaśnia Zosia.

    Parę razy się spotkali, ale zaiskrzyło między nimi dopiero w czasie studenckich połowinek. Jej chłopak wypłynął w morze, więc zaprosiła przystojniaka, który tak wzdychał. Biegł jak na skrzydłach. Od 33 lat są małżeństwem. Mają dwóch dorosłych synów. Starszy Andrzej, elektronik, pracuje i mieszka w Warszawie. Piotr, absolwent prawa, ma pracę w Szczecinie. Mieszka oddzielnie, ale często zagląda do rodziców, bo mama fenomenalnie gotuje. Dziś trafił na popisowe danie. Łosoś pieczony na warstwie cebuli pod pierzynką z ziół. To jakby przedsmak smakołyków, które pojawią się na wielkanocnym stole.

    Czytaj treści premium w Głosie Szczecińskim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    GS24 poleca:

    Wideo