Zmiany w Polskiej Fundacji Narodowej, czyli o sensie pudrowania trupa

Agaton Koziński
Filip Rdesiński
Filip Rdesiński Slawomir Seidler/Polskapresseslawomir Seidler/Polskapresse
Udostępnij:
Polska Fundacja Narodowa jest obciążona kolejnymi wpadkami oraz zakleszczona w konflikcie politycznym. Dziś trudno sobie wyobrazić, żeby była w stanie skutecznie funkcjonować. Czy nowy prezes zdoła to zmienić?

Kilka lat temu niejaką popularność zdobył hollywoodzki film „Człowiek, który gapił się na kozy”. Reżyser Grant Heslov zgromadził gwiazdorską obsadę, główne role zagrali George Clooney, Ewan McGregor, Jeff Bridges, Kevin Spacey. Film opowiadał o tajnym projekcie „New Earth Army” - elitarnej jednostce amerykańskiej armii, nad której utworzeniem super tajne prace prowadzono przez kilka lat. Ten nowy oddział z założenia miał zrewolucjonizować sposób prowadzenia wojen poprzez wykorzystanie pananormalnych zdolności. Jednym z elementów przygotowań tego nowego oddziału było tytułowe patrzenie się na kozy.

O hollywoodzkim filmie ostatnio było głośno także w Polsce - za sprawą Polskiej Fundacji Narodowej (PFN). Jej nowy szef Filip Rdesiński zapowiedział powrót do koncepcji wyprodukowania w Stanach Zjednoczonych filmu mówiącego o naszej historii. „Pierwszym, podstawowym celem, jakie sobie [PFN] założyła, było stworzenie dużej produkcji hollywoodzkiej, która dotarłaby do bardzo szerokiego grona odbiorców i pokazywałaby w pozytywnych aspektach historię Polski, Polaków” - mówił Rdesiński w wywiadzie dla radiowej „Jedynki”. Jednocześnie wywiadu dla branżowego hollywoodzkiego magazynu „Variety” udzielił Piotr Śliwowski, kierownik programu filmowego w fundacji, który opowiadał o szczegółach potencjalnej współpracy fundacji z amerykańskimi producentami.

Słuchając tych zapowiedzi można odnieść wrażenie, że wygłaszane są one na poważnie. Ale trzeba pamiętać, że mówimy o PFN - fundacji, która jak do tej pory dała się poznać w Polsce jedynie jako dostarczyciel „lol contentu”, gdyż właściwie każde jej posunięcie wywoływało w Polsce jedynie salwy śmiechu, dostarczając paliwa satyrykom, kabareciarzom i scenarzystom „Ucha prezesa”. Sam fakt, że doszło w niej do zmian kierownictwa wcale nie daje gwarancji zmiany jakości pracy PFN. Rozmówcy „Polska The Times”, którzy znają Filipa Rdesińskiego, zgodnie podkreślają, że żadnej gwarancji wyższej jakości funkcjonowania fundacji on nie daje. - Szybko zatęsknimy za Maciejem Świrskim - mówi osoba związana z PFN, która prosiła o zachowanie anonimowości.

Do Hollywood z 70 mln dolarów
Wywiad, którego Śliwowski udzielił „Variety” - opublikowano go w ubiegłym tygodniu - mógł zrobić wrażenie. Producent wyraźnie zaznaczył w nim, że strona polska dysponuje budżetem w wysokości 70 mln dolarów, który zamierza wyłożyć na projekt o polskiej historii. Tę sumę „Variety” wrzuciła do tytułu artykułu będącego zapisem rozmowy ze Śliwowskim. W materiale jest też mowa o tym, że z każdym kolejnym rokiem budżet będzie się powiększał o kolejne 20 mln dolarów. Wszystko po to, żeby w Hollywood powstał anglojęzyczny film o polskiej historii.

„Mamy ambicję, żeby wyprodukować film o uniwersalnym przesłaniu, który zainteresuje widzów na całym świecie, ale który zwiększy zainteresowanie polską historią i Polską jako taką” - mówił producent. Podkreślił jednocześnie, że polskie władze w żaden sposób nie zamierzają ingerować w ten projekt. „Prawdę mówiąc nie wyobrażam sobie sytuacji, w której polski rząd produkuje film lub mówi hollywoodzkim scenarzystom, co mają napisać” - zaznaczył Śliwowski, dodając jednak, że chciałby, aby ta produkcja była w swoim wydźwięku podobna do filmu „Patriota”, w którym główną rolę zagrał Mel Gibson. W innej części rozmowy położył z kolei akcent na skomplikowaną polską historię w XX wieku - być może to sugestia, że właśnie tego okresu powinna dotykać hollywoodzka produkcja.

Śliwowski w tym roku został szefem programu filmowego PFN. Nominację otrzymał jeszcze od poprzedniego zarządu fundacji - tymczasem od kilkunastu dni mamy nowy skład zarządu. Odszedł z niego Maciej Świrski, dotychczasowy wiceprezes PFN, któremu przypisywano większość mało udanych - pisząc eufemistycznie - jej akcji. Dotychczasowy prezes Cezary Jurkiewicz stracił tę funkcję, choć miejsce w zarządzie zachował. Nowym szefem został Filip Rdesiński, do tej pory prezes radia Merkury w Poznaniu.

O tym, że Maciej Świrski zostanie odsunięty od kierowania PFN mówiło się właściwie od początku roku. Czarne chmury zbierały się nad nim już od pierwszej kampanii fundacji, gdy zorganizowała ona akcję „Sprawiedliwe sądy”, która uzasadniała konieczność reformy wymiaru sprawiedliwości w Polsce - mimo że PFN powołano do promocji Polski zagranicą. Później Świrski był krytykowany za to, co fundacja robiła (choćby pomysł promocji 100-lecia niepodległości za pomocą jachtu pływającego po całym świecie z Mateuszem Kusznierewiczem jako skipperem), ale także za to, czego nie robiła - przede wszystkim całkowity brak umiejętności skutecznego działania w chwili potężnego kryzysu wywołanego nowelizacją ustawy o IPN.
Świrskiego i całego zarządu fundacji bronił Piotr Gliński, który jako minister kultury sprawuje nad nią osobistą pieczę. Świrski był jego bliskim współpracownikiem od chwili, gdy wicepremier zaangażował się w politykę - był m.in. rzecznikiem jego gabinetu cieni, gdy PiS jeszcze w opozycji. Gliński był wobec niego lojalny do samego końca, m.in. broniąc w mediach najbardziej kontrowersyjne działania fundacji.

Jednak Gliński w końcu musiał ustąpić. - Nie miał wyjścia, ciśnienie było ogromne. Za odwołaniem Świrskiego byli Joachim Brudziński i Adam Lipiński. Bronili go jedynie Gliński i Mariusz Kamiński - mówi osoba z rządu, która współpracuje z PFN. Świrski miał stracić swoją funkcję już dwa miesiące temu, jednak wtedy na przeszkodzie stanęły kwestie formalne. Udało się je przezwyciężyć dopiero teraz - stąd zmiany w zarządzie fundacji.

Maciej Świrski
Maciej Świrski fot marek szawdyn/polska press

Samotna wyspa PFN
To, że PFN wymaga radykalnych zmian, widać gołym okiem. Ale czy Rdesiński jest człowiekiem, który będzie umiał ustawić fundację na właściwe tory i pchnąć we właściwą stronę? Wątpliwe. Przede wszystkim jest problem z samym umocowaniem fundacji. Podlega ona bezpośrednio pod Glińskiego, który strzeże jej niczym niepodległości - w tym sensie, że nie dopuszcza, by choć częściowo miał na niego wpływ ktoś inny.

To sprawia, że PFN zamienił się w samotną wyspę na oceanie państwowych instytucji. Z jednej strony agendy rządowe - podlegające premierowi, czy innym ministrom - nie mają potrzeby współpracy z fundacją, bo i tak z tego nic nie mają. Z drugiej PFN nie szuka współpracy z nimi, gdyż obawia się, że będzie musiała z nimi dzielić się swoim imponującym budżetem (szacowanym na 220 mln zł na cztery lata). W ten sposób powstaje podwójne zapętlenie instytucjonalne de facto paraliżujące działalność fundacji. Każda akcja promocji Polski ma sens tylko wtedy, gdy jest wpisana w szerszy kontekst, gdy podstawowe założenia realizują poszczególne agendy państwowe. Gdy każda z nich funkcjonuje jak samotna wyspa, powstaje wrażenie kakofonii, braku synergii, chaosu. O żadnym efekcie promocyjnym mowy nie ma.

Pytanie, czy Rdesiński będzie w stanie przełamać impas. Oczywiście, nowemu prezesowi należy dać czas, pierwsze 100 dni na ogarnięcie się w nowej funkcji, by miał sposobność odcisnąć swoje piętno na stylu jej funkcjonowania. Tyle, że istnieje ryzyko, że on nie będzie w stanie nic zmienić. Seria rozmów z osobami z szeroko rozumianej prawicy, które poznały wcześniej Rdesińskiego, nie wystawia mu, delikatniej mówiąc, najlepszej opinii. - On ma opinię rażąco niekompetentnego - twierdzi dziennikarz, który przyglądał się z bliska jego pracy w Radiu Merkury w Poznaniu.

Prezesem tego radia był dwukrotnie - i za każdym razem zapamiętano go tylko z tego powodu, że zwalniał z niego dziennikarzy, którzy nie odpowiadali mu ze względu na poglądy. Ich kompetencje zawodowe nie miały przy tym żadnego znaczenia. Najgłośniej o Rdesińskim było, gdy zwolnił z pracy dziennikarza za to, że zadawała niewygodne pytania europosłowi Ryszardowi Czarneckiemu, m.in. pytał go o to, jak często bywa na dyżurach poselskich w Poznaniu (w 2014 r. Czarnecki został eurodeputowanym właśnie z okręgu poznańskiego).

Zanim jeszcze Rdesiński zajął się radiem, próbował w Poznaniu przebić się jako polityk, m.in. tworzył w tym mieście struktury Solidarnej Polski. Mimo wsparcia Zbigniewa Ziobry, który osobiście pojawiał się w Poznaniu, by wesprzeć kampanię, lista przygotowana przez Rdesińskiego poniosła klęskę.

Najciekawsze są spekulacje, w jaki sposób Rdesiński w ogóle znalazł się w PFN, w dodatku na możliwie najbardziej eksponowanym stanowisku. Żaden z rozmówców nie umiał jednoznacznie tego powiedzieć, skazani jesteśmy jedynie na domniemania. W rozmowach zarysowały się trzy scenariusze. Pierwszy - że do tej funkcji doprowadziły go związki z „Gazetą Polską”, w której Rdesiński kilka lat temu pracował. Ta wersja wydaje się jednak najmniej prawdopodobna, krążą wręcz opinie, że rozstał się on z „Gapolem” w mało przyjaznych relacjach. Druga wersja mówi o tym, że Rdesińskiego Piotr Gliński „przyniósł” z saloniku Anny Bieleckiej - mieszkania przy Wilczej, w którym regularnie spotykają się najważniejsze osoby prawicy. Trzecia (choć wcale się ona z drugą nie wyklucza), że jego nazwisko zaproponowało małżeństwo Przyłębskich - Julii, prezes Trybunału Konstytucyjnego, oraz Andrzej, ambasadora Polski w Berlinie. Przyłębscy są związani z Poznaniem, podobnie jak Rdesiński - stąd trop, że to właśnie oni zaproponowali Glińskiemu jego nazwisko.
Polska soft power
Gdzie upatrywać nadziei dla PFN? Chyba tylko w tym, że nowy prezes okaże się człowiekiem zdolnym do wykonania misji niemożliwej. Dzisiaj bowiem fundacja jest synonimem obciachu - a tymczasem nawet nie zmieniono jej nazwy. Nie słychać też nic o tym, że zmienić się ma styl jej pracy. Do tej pory PFN próbowała się szczelnie schować za murem, chciała ukryć przed opinią publiczną tak podstawowe dane jak to, ile kosztowała kampania „Sprawiedliwe sądy” (sprawa z tym związana stanęła aż w sądzie). Na pewno taka postawa nie ułatwia jej pracy i pozyskiwania zaufania do swoich posunięć.

Jeśli gdzieś szukać optymizmu, to tylko w cytacie z wywiadu, jakiego Rdesiński udzielił „Jedynce”. „Zdecydowanie bardziej daleki marsz, a nie gaszenie pożarów” - powiedział pytany o jego pomysł na działalność fundacji. Na pewno tego typu instytucja jak PFN powinna w ten sposób działać. Polsce dzisiaj zdecydowanie brakuje miękkiej siły oddziaływania - bardzo dobitnie pokazał to kryzys przy okazji nowelizacji ustawy o IPN. Swoją soft power będziemy budować bardzo długo, wymagać to będzie delikatnych, umiejętnych ruchów, zdolności do pozyskiwania sojuszników w środowisku międzynarodowych liderów opinii. Na to wszystko potrzeba czasu, pieniędzy, pomysłów i cierpliwości.

Problem w tym, że Rdesiński do tej pory nie dał się poznać jako osoba wyróżniająca się cechami, które są niezbędne w tej funkcji. Po Poznaniu krąży do dzisiaj opowieść o tym, jak na organizowaną w latach 90. kontrmanifestację środowisk patriotycznych przeciwko marszowi 1 maja, podczas której przypominano o zbrodniach z lat PRL, przyszedł w stroju białego misia. Z nikim tego nie uzgodnił, natomiast groteskowym przebraniem dość skutecznie popsuł nastrój powagi chwili, którą chcieli zbudować kontrdemonstraci.

To jedno. Drugi problem to sama Polska Fundacja Narodowa. Aż trudno uwierzyć, że w obozie władzy nikt nie widzi, w jak głębokim kryzysie znajduje się ona po kolejnych wpadkach. PFN jest instytucjonalnym trupem - a działania, które są wobec niej podejmowane są jedynie próbą przypudrowania plam opadowych. Póki co nie widać działań, które pozwoliłyby ją przywrócić do żywych. Górę bierze logika polityczna. Pod swoje skrzydła fundację chętnie by przejął Mateusz Morawiecki. Także z tego powodu ciągle znajduje się ona pod wyłączną pieczą Piotra Glińskiego - logika, która zawsze kieruje się Jarosław Kaczyński, polegająca na tworzeniu wzajemnie konkurujących ze sobą środowisk, daje o sobie znać także w tym przypadku. I ta logika jest nadrzędna wobec kwestii stworzenia sprawnie funkcjonującej instytucji budującej polską soft power.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Materiał oryginalny: Zmiany w Polskiej Fundacji Narodowej, czyli o sensie pudrowania trupa - Polska Times

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

F
Fiu fiu fiu
Śliwowski - to gość, który z zawodu jest dyrektorem. Mniej więcej za rok zobaczymy go na kolejnym stanowisku dyrektorskim, np. na odcinku sportu i turystyki, albo na odcinku wspierania przedsiębiorczości.
31 węzłowy Burke
To bardzo pro polski człek. Inteligentny , kulturalny, wielki erudyta i człowiem honoru...31
W
Wisła
przecież to nieistniejący twór.. i ludzie typu "nikt" bez dorobku mający swoje pięć minut..
Więcej informacji na stronie głównej Głos Szczeciński
Dodaj ogłoszenie