Zenon Ćwiertnia: Sukcesem będzie podium, ale marzę o mistrzostwie

Jakub Lisowski
Sercem ja za Tobą gonię, Sławy Twojej wciąż mi mało i o jednym tylko marzę, byś osiągnęła doskonałość - tak o Pogoni Szczecin pisze Zenon Marcin Ćwiertnia, Pionier miasta i od zawsze sympatyk sportu i Portowców. To dla nich napisał mnóstwo wierszyków, fraszek czy limeryków.

Pogoń zostanie w tym sezonie pierwszy raz mistrzem Polski?

Zenon Marcin Ćwiertnia: Jak ja bym tego chciał, ale przyznam się, że przed tym pierwszym meczem to mam obawy. Z natury jestem optymistą, ale obawiam się, że zespół został bez strzelca, a bez niego ciężko o tytuł. Trener Runjaic ma kim grać, ale jeden jest po kontuzji, a Grek w sumie mało grał i nic nie strzelił. Dobrze, że pierwsza ósemka jest pewna, bo uważam, że wystarczy nam 40 punktów, by grać w grupie mistrzowskiej.

A może pomocnicy wyręczą napastników w zdobywaniu bramek?

Nie mam nic przeciwko. Srdan Spiridonovic mi się podoba, sporo potrafi z piłką, zdobywa ładne bramki, ale to bardziej skrzydłowy lub pomocnik, a nie napastnik. Może faktycznie będzie takim ważnym graczem, ale ja wciąż żałuję, że klub nie zdecydował się zatrzymać zimą Adama Buksy. To był dobry napastnik.

Szykuje Pan może nowe fraszki na ewentualny sukces?

Na razie nie mam nic przygotowanego, ale jak się skoncentruję, to nie ma problemu. Wiele jest takich, które można „podłożyć” pod każdego zawodnika np. „Gryz trawy każdy kęs, o to co znaczy sukcesu sens”. Przygotowanie nowych też pójdzie sprawnie.

Kiedy zaczął Pan pisać wierszyki na część piłkarzy Pogoni?

Z wojska wróciłem w 1957 roku i wtedy to tak pomalutku jakoś się zaczęło. Ja jestem samoukiem, nie uczyłem się tego, nie chodziłem na żadne kursy. Przed wojskiem - nie pisałem, a podczas służby grałem na perkusji. Trafiłem do Wrocławia, później na dwa lata do Bydgoszczy i tam trafiłem do orkiestry wojskowej. To było nawet trochę dziwne, bo wcześniej studiowałem ekonomię, ale jej nie skończyłem. W nauce dominował marksizm i leninizm, a rodzice mnie do kościoła wysyłali każdej niedzieli. W końcu wkurzyłem się i zrezygnowałem ze studiów. To był 1953 r. - chodziłem na Mickiewicza i nie rezygnowałem, bo groziło mi wyrzucenie. Po powrocie z wojska kolega mnie namówił na pracę w Urzędzie Celnym. I tak - przez 42 lata bez paru miesięcy - pracowałem zawodowo w Szczecinie. Będąc w urzędzie żałowałem, że tej ekonomii nie skończyłem. Jakbym miał te studia, to więcej bym osiągnął, a tak byłem tylko kierownikiem zmiany. Ale był też czas, by sportem się zająć. Organizowałem mecze między wydziałami, różnych oddziałów w kraju, a mój szczeciński zespół był nawet wicemistrzem Polski w piłce nożnej. Sędzia ukradł nam zwycięstwo w finale. W polu bramkowym faul na bramkarzu, ale puścił i tak rywale zdobyli zwycięskiego gola. To był 1995 r. i wtedy byłem kierownikiem zespołu.

A fraszki, limeryki i wierszyki?

Jak powiedziałem - na żadne kursy literackie nie chodziłem. Sam to pisałem. W Urzędzie Celnym tworzyłem zespół sportowy i zespół muzyczny. Graliśmy muzycznie po urzędach, na różnych imprezach. Byłem bardzo aktywny.

Gdzie się Pan urodził?

Duszniki Wielkopolskie, tam skąd nasz Piotrek Lisek pochodzi. Nawet ostatnio myślałem, by jakiś kontakt z panem Piotrem nawiązać... Miałem 5 lat, gdy Niemcy wygonili nas z domu - tak rozpoczęła się dla nas II wojna światowa w 1939 r. Dali nam pięć minut byśmy się spakowali i się wynieśli. Trafiliśmy do Generalnej Guberni - zamieszkaliśmy w Jędrzejowie za Kielcami - i tam spędziliśmy całą wojnę. W czasie okupacji ojca nie było, był wywieziony na prace przymusowe. Ja musiałem pomagać w utrzymaniu rodziny. Brat starszy o 2 lata hodował króliczki, a ja rozwoziłem gazety po rynku lub pomagałem w pracach ogrodowych. Zarabiałem pieniądze - małe, ale pomagałem w domu. W kwietniu 1945 ojciec przyjechał po raz pierwszy do Szczecina, ale miasto jeszcze nie było polskie, więc musiał wyjechać. Wrócił w lipcu i już został. Mieszkał przy ulicy Generała Karola Świerczewskiego. W 1967 przeprowadziliśmy się na Niebuszewo i tu mieszkam już pół wieku. Ja przyjechałem do Szczecina pierwszy raz pod koniec sierpnia 1945 r. i zostałem. Przyjechałem z mamą, bratem Januszem i siostrą Marią, która urodziła się kilka miesięcy przed wybuchem wojny. W 1947 r. - już w Szczecinie - urodziła się Renia, najmłodsza z mojego rodzeństwa. Teraz rodzice, brat i starsza siostra już nie żyją. Zostałem ja i Renia.

Jak został Pan kibicem sportowym w Szczecinie?

Takie zamiłowanie do sportu musiałem odziedziczyć po ojcu, który jeszcze przed wojną uprawiał lekkoatletykę w Orle Duszniki. Od dzieciaka mnie to interesowało i do dziś nie mogę bez sportu żyć. Sportowcem nie byłem, ale bardzo mnie on interesował, czytałem mnóstwo prasy, książek. I tak jest też teraz.

Pierwsza impreza?

W 1945 r. byłem na pierwszym meczu piłkarskim w Szczecinie, a było to na placu Helskim. Dopiero co przyjechałem do miasta, ale tak mnie ciągnęło, że pojechałem. Nie mogłem usiedzieć w domu, taki byłem ciekawy życia. Nie przerażało mnie, że wokół gruzy, pełno Niemców, sporo było jeszcze Żydów i ogólnie niebezpiecznie. To były czasy, że Rosjanie panoszyli się i nie było na nich rady. Robili co chcieli i lepiej było ich unikać. W tym pierwszym meczu Odra grała z Pocztowcami. Paru znanych później piłkarzy już zagrało w tym meczu. A zespoły miały stroje, które małżonki piłkarzy szyły z flag nazistowskich. Później już regularnie na mecze chodziłem.

Kiedy został Pan kibicem Pogoni?

Od początku, ale przecież w latach 50. to masę spotkań Gwardii (Arkonii) w Lasku Arkońskim zobaczyłem. To ten klub była wtedy mocniejszy, grał w rozgrywkach ligowych.

A był Pan na meczu, który dał Pogoni pierwszy awans do ekstraklasy?

Oczywiście. Graliśmy ze Śląskiem, do przerwy 0:3, a później Jerzy Słowiński, Piątek i Zdzisław Nowacki zdobył decydującą bramkę. Remis nam wystarczał do awansu. Każdego zawodnika upamiętniłem we fraszkach.

Liczył Pan kiedyś na ilu meczach Pogoni był?

Nigdy się nie odważyłem. Chodziłem na wszystkie mecze. Przestałem, gdy zacząłem mieć problemy z sercem. Za bardzo się emocjonowałem i zdrowie zaczęło mi dokuczać. W 2009 miałem zawał. Później chodziłem na mecze, ale już nie na wszystkie. Miałem zabronione chodzenie na mecze przez lekarzy, ale mimo to pojawiałem się, bo to było silniejsze. Ostatni raz byłem dwa lata temu. Nie chcę ryzykować zdrowiem. Za bardzo się denerwuję. Ale cały czas jestem kibicem. Teraz muszę być mądrzejszy. 86 lat na karku i zamiast nerwów na stadionie to mam swoje marszobiegi na Głębokie. Jadę tramwajem do Szafera i od Arkonki marszobieg. Idę i biegam na zmianę. Staram się jednak pilnować, bo trochę kłopotów z nerkami mam.

A małżonka co myślała o pana pasji?

Nic. O sporcie nie chciała rozmawiać, bo się nie interesowała. Jej ojciec zginął, gdy wracał z jakiegoś meczu. Zraziła się na zawsze. Synowie - Paweł i Piotr - kibice jak cholera, za mną. Piotr pływa na promie, ale mecze obserwuje. Paweł - geodeta, interesuje się, ale na mecze nie chodzi. Mam cztery wnuczki i jednego już prawnuka. Kubuś nie ma jeszcze 3 latem, ale jak mu piłkę zarzucę, to kopie.

Którego z piłkarzy, trenerów wspomina Pan najlepiej?

Najbardziej ceniłem nestora - Floriana Krygiera, ale po napisaniu hymnu zaprzyjaźniłem się też z Jerzym Kopą. Najbardziej jednak związany byłem z Marianem Kielcem i dyrektorem Pogoni Andrzejem Rynkiewiczem. Zawsze serdecznie do mnie podchodzili.

Hymn powstał w 1981 r. Jak do tego doszło?

Pogoń była moim życiem, interesowałem się drużyną i klubem, a w 1981 r. nasi grali ładnie, byli rewelacją sezonu. Napisałem i wysłałem do redakcji „Głosu” słowa hymny. Uznali, że ciekawy i zaapelowali, by znalazł się kompozytor, by muzykę napisał. Premiera była późną jesienią 1981 r. podczas spotkania z Wisła Kraków. Na stadionie szum, gwarno, a hymn puścili z głośników. Nagłośnienie było jednak słabe, a wykonywał go chór dziecięcy. Razem z autorem muzyki widzieliśmy, że słabo słychać i postanowiliśmy, że zaśpiewamy przez mikrofon. Trochę lepiej wyszło, brawa dostaliśmy, a dzieciaki to nawet autografy chciały zbierać.

Najlepszy piłkarz Pogoni w historii to dla Pana...?

Marian Kielec. Znaliśmy się, gdy grał w Pogoni i żył w Szczecinie. Później wyjechał, ale jak wracał starałem się zawsze z nim spotkać. Oficjalnie wybrano go najlepszym na 50-lecie klubu. W 2008 r. byłem na gali i baletach z okazji 60-lecia. Chciałem nawet zatańczyć wtedy z córką Mariana, ale odmówiła. W ostatnich obchodach - na 70-lecie - nie uczestniczyłem, ale po prostu nic takiego nie było. Działacze takich integracyjnych imprez nie chcieli zrobić. Szkoda, bo dzwoniłem i chciałem się włączyć, jakiś występ zaproponować. Trochę mi zabrało takiej gali na 70-lecie, tak jak kiedyś oficjalnie - na Zamku czy w innym lokalu.

Może coś będzie po sukcesie w tym sezonie?

Czekam. Do tej pory cieszyłem się dwa razy z wicemistrzostwa Polski - w 1987 i 2001, a to było za Leszka Jazierskiego i Mariusza Kurasa. W 1984 byliśmy na trzecim miejscu za kadencji Eugeniusza Ksola. Raz byliśmy mistrzem, ale po I rundzie i było to w 1981 r. Później spadliśmy na 6. miejsce. Kadencja Jerzego Kopy. Powiem panu, że w tym sezonie sukcesem będzie podium, ale marzy się mistrzostwo. Malec wrócił do obrony, lewa noga zawsze się przyda. Zech - dla mnie najpewniejszy w obronie. Kostas to dla mnie niewiadoma, bo długo nie trenował. I nie wiadomo co z Kozuljem. Pewnie nie zagra w Płocku, ale oby szybko wrócił do formy. Jest dobry, choć jesień miał słabszą. Ale ten chłopak potrafił z dystansu tak uderzyć, że ręce same składały się do oklasków. Brakuje snajpera - Buksa połowę bramek zapewniał. Nowy Cibicki nie jest typowym strzelcem. Raczej może być skrzydłowym. Boję się trochę tego meczu w Płocku. W domu nie mam Canal Plus, ale w razie czego pójdę do kolegi. Prezes mówi, że idą na mistrza. Fajnie, że apetyt jest, ale mogli chociaż wypożyczyć jakiegoś strzelca. Może jeszcze coś w tym kierunku podziałają. Ósemka to pewnie nikogo nie zadowoli.

Lampkę wina Pan wypije za podium?

Ja już, za powodzenie. A jak będzie podium, to może coś nawet mocniejszego.

Ciekawi mnie czy będzie Pan potrafił odnaleźć się na nowym stadionie Pogoni?

Ile ja czekałem na nowy stadion... Zadaszenie mnie cieszy, ale przyznam, że zawsze myślałem, że w Szczecinie powstanie obiekt na 30 tys. - kiedyś tylu kibiców na mecze przychodziło. I ja - tym żyłem. Jak Pogoń wygrywa, to cały dzień miałem zrobiony. Szybciutko sobie tabele pisałem. Jak przegrywała to bolało mnie wszędzie. I tak pozostało.„Patrzę, słucham, czytam, piszę - w stronę diabła się kołyszę”. W tym wieku już chyba mogę to tak spuentować...

Rozmawiał Jakub Lisowski

Gigantyczne kary dla sieci fitness

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie