Urodziła i zabiła

Agnieszka Kuchcińska-Kurcz, 1 kwietnia 2005 r.
20-letnia Iwona J. mieszkała w S. Od trzech lat uprawiała seks, zawsze, jak podkreślała z zabezpieczeniem, w strachu przed ciążą. Ale raz "poszła się przespać bez niczego" i stało się...

Kobieta, która kilka tygodni temu wyrzuciła w Szczecinie na śmietnik ciało swojego dopiero co narodzonego dziecka, wciąż przebywa na obserwacji w szpitalu psychiatrycznym. Nie można jej przesłuchać, nie można dowiedzieć się, dlaczego to zrobiła.

Co jakiś czas media donoszą o podobnych, makabrycznych odkryciach, na śmietnikach w całej Polsce. Nieważne, czy są to małe miasteczka, czy centra wielkich miast. Matki, które prędzej, czy później znajduje policja, mają od kilkunastu do trzydziestu kilku lat, różne wykształcenie, przeważnie podstawowe.

W rozmowie z biegłymi psychiatrami sądowymi patrzą tępo przez siebie, nieobecne, odpowiadają lakonicznie na pytania, jakby opowiadały nie swoją historię. Albo są zimne i logiczne, relacjonując szczegółowo, chwila po chwili wszystko, co działo się od porodu, aż do pozbycia się dziecka, nieważne czy jeszcze żywego, czy nie.

Urodzić potwora

Ewa Kramarz, biegły psychiatra sądowy twierdzi, że liczba przypadków pozbywania się dzieci zaraz po porodzie w drastyczny sposób, rośnie. W ciągu 30 lat pracy na Pomorzu Zachodnim poznała około 20 kobiet, które zabiły noworodki. Tylko w ciągu ostatnich dwóch lat badała sześć takich przypadków.

Jeśli kobieta zabije dziecko w okresie porodu i pod wpływem jego przebiegu, stawia się jej zarzut dzieciobójstwa. Kiedy biegli stwierdzą, że na postępek poród nie miał żadnego wpływu, kobieta odpowiada za zabójstwo. W pierwszym przypadku matce grozi od 3 miesięcy do pięciu lat więzienia, w drugim od ośmiu do piętnastu lat, a nawet dożywocie.

- Szok poporodowy, który może wpłynąć na postępowanie kobiety następuje wtedy, gdy poród jest drastyczny, bardzo bolesny, przebiega w okropnych warunkach, albo na świat przychodzi dziecko z zespołem wad rozwojowych takich, że z trudnością przypomina człowieka człowieka - wylicza psychiatra. - Mam wątpliwości w zdecydowanej większości przypadków, czy takie okoliczności miały miejsce. Przeważnie kobiety, z którymi rozmawiałam mówiły: chciałam się "tego" pozbyć. No, to się pozbyły.

Do śmietnika, a potem na egzamin

20-letnia Iwona J. mieszkała w S. Od trzech lat uprawiała seks, zawsze, jak podkreślała z zabezpieczeniem, w strachu przed ciążą. Ale raz "poszła się przespać bez niczego" i stało się. Twierdzi, że do końca nie wiedziała, że jest w ciąży. Miesiączkowała nieregularnie, więc brak okresu nie zmartwił jej. Nie chodziła do ginekologa, tylko trochę przytyła. Pewnej nocy bardzo rozbolało ją podbrzusze.

Doczekała ranka, momentu, aż wszyscy domownicy poszli do pracy, a w domu została tylko 80-letnia babcia. Iwona wzięła krople na ból brzucha i poszła do łazienki. - I nagle poczułam, że to coś ze mnie schodzi - relacjonowała przebieg wydarzeń w rozmowie z psychiatrą.

- Widziała pani płeć dziecka?

- Nie przyglądałam się. Ale potem zauważyłam, że jeszcze urodziło się łożysko.

Iwona mówi, że dziecko nie ruszało się. Zawinęła je w ręcznik i położyła na szafie. Sama poszła się wykąpać, poleżała trzy godziny odpoczywając po porodzie. Ponieważ zbliżała się godzina powrotu domowników, ubrała się ciepło, wzięła zawiniątko z dzieckiem i wyszła z domu. Wróciła, przespała spokojnie całą noc, a na drugi dzień poszła zdawać prawo jazdy. Udało się.

W śmietniku przy domu Iwony grzebał miejscowy włóczęga. Gdy zobaczył wystającą rączkę, pomyślał, że to laleczka. Ale to nie była laleczka.

Sekcja zwłok wykazała, że dziecko urodziło się zdrowe. Zmarło z powodu braku pokarmu i wyziębienia.

Spuchła mi wątroba

Anna B., matka 8-letniego dziecka, mieszkanka małej podszczecińskiej miejscowości, z mężem współżyła rzadko. Kiedyś spotkała znajomego. Opowiadała później, że zaprosił ją do siebie, pokazywał jakieś obrazki i ugościł tak serdecznie, że jak się szybko okazało, zaszła w ciążę.

Przeraziła się. Próbowała spędzić ciążę "domowymi" sposobami - a to ciężary nosiła, a to wieszała pranie długo trzymając ręce w górze. I nic. Ułożyła sobie plan: w dzień porodu pojedzie do pobliskiego miasta, urodzi i zostawi dziecko w szpitalu. Ale co będzie, gdy lekarze zechcą zatrzymać na dłużej? Co powiedzieć mężowi?

- Brzuch ci urósł - dziwił się mąż, a sąsiedzi patrzyli uważnie.
- To nie brzuch, spuchła mi wątroba - mówiła i ubierała coraz luźniejsze ubrania.

To był wieczór, gdy poczuła, że zaczynają się bóle porodowe. Wzięła brezentowy płaszcz. Powiedziała mężowi, że musi wyjść za potrzebą i że trochę jej nie będzie, bo ma biegunkę.

Urodziła prawie natychmiast. Żeby dziecko nie płakało przycisnęła je buzią do klatki piersiowej. Trzymała długo, może nawet dziesięć minut, aż przestało się ruszać, oddychać. Zauważyła tylko, że to była dziewczynka. Owinęła ciałko w jakąś szmatkę, położyła w wychodku na półce i wróciła do domu.

- O, brzuch ci jakoś wklęsł - zauważył mąż.

- Przecież ci mówiłam, że miałam biegunkę, już mi przeszło - uspokoiła go i położyła się spać. Następnego dnia, gdy gotowała zupę, poszła po zwłoki dziecka. Wrzuciła je na palenisko, żeby całkiem się spaliło, żeby nie został żaden ślad. Ale ludzie zaczęli gadać.

- Jak wyobraża sobie pani powrót do wsi i patrzenie ludziom w oczy? - zapytała Annę B. dr Ewa Kramarz.

- Normalnie, a co? - zdziwiła się.

Żyje, nie żyje, żyje

Krystyna W. ze Szczecina pierwszy raz była w ciąży dwa lata temu. Nikomu nic nie powiedziała. Gdy zaczęła rodzić w mieszkaniu, zdumiona siostra wezwała karetkę i odwiozła ją do szpitala. Dziecko urodziło się martwe.

Kilka miesięcy potem Krystyna zorientowała się, że znowu jest w ciąży. Podobnie, jak za pierwszym razem, nic nie powiedziała rodzinie. Tylko siostra zorientowała się, co jest grane, bo gdy raz wpadła na Krystynę w drzwiach, wyczuła jej duży brzuch. Ale o nic nie pytała.

Niespełna rok temu Krystyna zeszła do toalety, gdy wszyscy spali. Tam urodziła, ale jak potem powiedziała, dziecko nie dawało oznak życia. Po dwóch godzinach przyniosła ciałko do kuchni, włożyła do miski i nakryła poszewką. Przerażeni domownicy wezwali karetkę.

Sekcja zwłok wykazała, że chłopczyk urodził się żywy, ale matka nie odcięła pępowiny od łożyska i nie okryła go. Zmarł wskutek wykrwawienia i wyziębienia. Umierał 30-45 minut.

Dwa lata temu Ośrodek pomocy społecznej w małej podszczecińskiej miejscowości zawiadomił policję, że jedna z mieszkanek była w ciąży, a teraz już nie jest i nic nie wiadomo o dziecku. 26-letnia Wanda B. zmieniała zeznania.

Raz mówiła, że nie była w ciąży, potem, że była, ale urodziła martwe dziecko. Na pytanie, co z nim zrobiła najpierw powiedziała, że zakopali je z mężem w obejściu, a potem, że spalili w piecu kaflowym, w pokoju, w którym odbywał się poród.

Wanda B. miała już trójkę dzieci - 2-3- i 4-letnie. Gdy była w 34-35 tygodniu ciąży próbowała namówić lekarza na wykonanie aborcji. W końcu przyznała, że urodziła samotnie pod kołdrą dziecko i oddała mężowi. Ten przyznał, że nie sprawdził,czy dziecko żyje - włożył ciało do pieca i spalił.

Biegli psychiatrzy stwierdzili u obojga małżonków lekkie upośledzenie umysłowe, charakteropatię, ograniczoną zdolność rozumienia czynu i konsekwencji swego postępowania, a u Wandy B. jeszcze depresję. Sprawa częściowo została umorzona - na podstawie ludzkich szczątków wydobytych z pieca nie można było stwierdzić, czy dziecko urodziło się żywe, czy martwe. Zgodnie z zasadą domniemanej niewinności uznano, że nie żyło, gdy przyszło na świat.

Rodzina zawsze wie

- Większość kobiet, które w sposób drastyczny pozbywają się swoich dzieci, to osobowości bierno-zależne, mające nierozwiniętą uczuciowość wyższą i niewielką wiedzę - mówi dr Ewa Kramarz. - Ale część z nich wie dużo o ciąży, porodzie, są świadome tego, co się dzieje.

Cztery lata temu mieszkaniec jednego z miast Zachodniopomorskiego wyszedł wieczorem na spacer z psem. Usłyszał dźwięk, jakby jakaś rzecz uderzyła o beton. Niczego nie zauważył, pomyślał, że ktoś coś wrzucił do pobliskich pojemników PCK z używaną odzieżą. Na drugi dzień rano kilka metrów dalej, policjanci znaleźli na betonie zmaltretowane ciało noworodka. W wyniku śledztwa okazało się, że maluch został wyrzucony poprzedniego wieczora przez okno, z IX piętra.

Matką była 23-letnia Iza K. Zaszła w ciążę wiosną, ale dokładnie nie wiedziała kiedy. Nie chodziła do ginekologa. Nikt nie widział, że jest w ciąży, nawet schudła. Potem mówiła, że chciała urodzić w szpitalu i zostawić dziecko, ale poród zaskoczył ją w domu, miesiąc przed przypuszczalnym terminem rozwiązania.

Tego wieczoru ojca w domu nie było, została z bratem. Poczuła bóle. Poszła do łazienki. Mówiła, że nic nie pamięta. Straciła przytomność, obudziła się w kałuży krwi. Zobaczyła dziecko. Zawinęła je w ręcznik. Weszła do pokoju i wyrzuciła przez okno.

Brat zeznał, że niczego nie słyszał. Dziwił się tylko, że mimo późnej pory - było po 22-siostra zaczęła odkurzać, Powiedziała, że ma bałagan w pokoju. Gdy ojciec wrócił, dzieci już spały.

Mniej więcej w tym samy czasie, co Iza K., w małym podszczecińskim miasteczku dziecko urodziła Beata M. Skarżyła się na bóle, więc jej matka wyszła z domu po tabletki. Beata zaczęła rodzić. Na świat przyszedł chłopczyk. Beata M. owinęła go w prześcieradło i zaczęła systematycznie uderzać pięścią. Potem sekcja zwłok wykazała jeszcze, że na głowie maluch miał ślady po uderzeniu ostrym narzędziem. Beata M. zawinęła zwłoki w prześcieradło, włożyła do reklamówki, a następnie do torby podróżnej i włożyła za szafę.

Dostała krwotoku. Gdy matką wróciła i zobaczyła, co się dzieje, natychmiast wezwała kartkę.

- Pani jest po porodzie - stwierdził lekarz badający Beatę. Zaprzeczyła. Dopiero policjantom, którzy zostali wezwani przez lekarza przyznała, że urodziła. A dziecko, jeśli chcą je zobaczyć, jest za szafą.

Ewa Kramarz twierdzi, że nie doszłoby do wielu tragedii, gdyby kobiety miały wsparcie.

- Nie wierzę, że rodzina nie wie, iż córka, czy żona jest w ciąży - mówi psychiatra. - Może po prostu bliscy nie chcą wiedzieć, bo wtedy trzeba byłoby wspólnie rozwiązać problem.

Niedawno do Centrum Psychiatrycznego przy ul. Żołnierskiej w Szczecinie przyszło niemłode małżeństwo, które długo nie mogło pogodzić się z tym, że ich córka, zdolna, obiecująca nastolatka, zaszła w ciążę. Zostawili ją samą sobie przez osiem miesięcy. Potem jednak porozmawiali z dziewczyną. Powiedzieli nawet: ty urodzisz, a my wychowamy. Nie wiadomo, jak skończyłaby się ta historia, gdyby nie gest rodziców.

Brak zainteresowania ze strony rodziny, to jeden powód tragedii, drugi, to brak wsparcie ze strony partnerów. "Bałam się, że go stracę, gdy powiem o ciąży"', najczęściej mówią dziewczyny w czasie rozmów z biegłymi.

- Jak zachowują się tacy partnerzy? Gdy słyszą, że dziewczyna jest w ciąży mówią: a może to nie moje, ja nie mam już z tobą nic wspólnego, planowałem bycie razem najwyżej na kilka miesięcy - wylicza Ewa Kramarz. - To oni w dużej mierze ponoszą odpowiedzialność za późniejsze tragedie.

Taką opinię może potwierdzać przypadek sprzed dwóch lat, który wstrząsnął Szczecinem. Tym razem nie chodziło o noworodka. 33-letnia Halina B. zabiła dwoje dzieci, 16-letniego syna Mateusza i 13-letnią córkę Basię. Podała im śmiertelną dawkę środków nasennych. Pilnowała, żeby nie wymiotowały, a gdy po sześciu godzinach przestały oddychać, podcięła sobie żyły. Nieskutecznie.

Dzieci były upośledzone umysłowo, urodziły się z nierozpoznanym porażeniem mózgowym, rozwój umysłowy chłopca zatrzymał się na poziomie 3-latka, a dziewczynka cierpiała na autyzm. Mąż porzucił Halinę, nie kontaktował się z dziećmi. Kobieta zdana na siebie z roku na rok traciła siły, coraz bardziej zapadała na zdrowiu, w końcu stwierdzono u niej ciężką depresję z objawami psychotycznymi.

Była pewna, że niedługo umrze. Przeraziły ją doniesienia prasowe o złym traktowaniu dzieci w domach dziecka i zakładach dla upośledzonych. Chciała oszczędzić swoim dzieciom cierpień i upokorzeń, wybrała dla nich śmierć. Sam siebie nie umiała zabić. Długo była w zakładzie psychiatrycznym.

Do dziś jest tam kobieta, o której szczecińskie gazety pisały trzy tygodnie temu. Sama wskazała śmietnik, do którego wyrzuciła ciało noworodka. Wprawdzie sekcja zwłok wykazała, że urodziła martwe dziecko, ale jak powiedział prok. Stanisław Felsztyński, badania trwają nadal. Być może w organizmie dziecka znajdą się jakieś substancje toksyczne, które spowodowały zgon, gdy było jeszcze w łonie matki.

Odpowiedź na to pytanie nie wyjaśni jednak, dlaczego wyrzuciła je na śmietnik.

dane osobowe kobiet opisywanych w tekście zostały zmienione

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie