To jest diamentowa para

Hanna Nowak-Lachowska
W drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia w domu państwa Kaszewskich przy stole zasiądą trzy córki Nina, Krystyna i Teresa, ich mężowie oraz wnukami jubilatów Agnieszka, Kinga, Marek, Tomek, Piotr i prawnuki Ola, Kuba i Kacper.
W drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia w domu państwa Kaszewskich przy stole zasiądą trzy córki Nina, Krystyna i Teresa, ich mężowie oraz wnukami jubilatów Agnieszka, Kinga, Marek, Tomek, Piotr i prawnuki Ola, Kuba i Kacper.
Pani Helena żartuje, że wyszła za pana Józefa, żeby miał ją kto odprowadzać z pracy do domu. Jej mąż zaraz dodaje, że ożenił się, bo potrzebował kogoś, żeby mu gotował obiady.

Od lat mieszkają na Warszowie. Szukając ich, zadzwoniłam do jednego z domków jednorodzinnych. W drzwiach stanął młody chłopak.

- Szukam domu z numerem jeden - zawołałam.

- Nie wiem, gdzie to jest. Ale chyba musi pani jechać dalej w stronę rynku - odparł chłopak.

- A znasz może państwa Kaszewskich? Bo to ich szukam - dodałam jeszcze.

- A to pewnie. Trzeba było tak od razu - uśmiechnął się chłopak w drzwiach. - Mieszkają tu obok nas. O w tym białym domu.

Z dwoma córkami

Helena i Józef Kaszewscy dom wybudowali sami. Nawet pustaki sami robili. Dom jest duży. Mieszkają w nim razem z dwoma córkami i ich rodzinami. Trzecia córka mieszka w Gryfinie.

- Mamy już pięcioro wnuków - dodaje pani Helena i zaczyna wyliczać: - Agnieszka, Kinga, Marek, Tomek i Piotrek. Dwóch chłopaków już po studiach, jeden jeszcze w trakcie. Porządne chłopaki. Zresztą, jak wszystkie nasze wnuki.

Uciekał przed ludową armią

Pani Helena przyjechała z rodzicami do Świnoujścia w 1948 roku. Wcześniej mieszkali w Poznaniu. Pan Józef rok wcześniej. Pochodzi z Kresów. Walczył w AK, brał udział w Powstaniu Warszawskim. Potem długo się ukrywał, bo nie chciał iść do Ludowego Wojska Polskiego.

- Szedłem za frontem - wspomina. - Zanim dotarłem do Świnoujścia, przez jakiś czas byłem w wielu innych miejscach. W samym zachodniopomorskim w Nowogardzie, Szczecinie, dłuższy czas w Sępulnie.

Zaczęło się od jaśminu

Poznali się w Wielkanoc 1948 roku, a w Boże Narodzenie już brali ślub.

- Helenę poznałem na jaśminie - śmieje sie pan Józef, a widząc moje zdziwione spojrzenie dodaje: - No nie wie pani? To taki kwiat, krzew. To było na dzisiejszej ulicy Wojska Polskiego. Poznałem ją i tak się zaczęło.

Pani Helena żartuje, że zgodziła się wyjść za mąż za pana Józefa, bo w mieście było wtedy dużo radzieckiego wojska i bała się wieczorami wracać sama do domu.

- A tak, to miał mnie kto odprowadzać - śmieje się.

Już na poważnie dodaje, że pan Józef ujął ją swoją opiekuńczością.

- Bardzo dbał o mnie - mówi.

Klękał, nie klękał

Gdy pytam, jak wyglądały oświadczyny, oboje się uśmiechają.

- Poszedłem do rodziców i poprosiłem o rękę Heleny - mówi krótko pan Józef.

- A klęknał pan? - pytam ciekawa.

- Nie. Nie klękałem - odpowiada pan Józef.

- Jak to nie?! - reaguje zaraz pani Helena. - Już nie pamiętasz? Pewnie, że klękałeś.
Najpierw wzięli ślub cywilny. To było 18 grudnia. Tydzień później kościelny. Oboje mówią, że przez całe wspólne życie właśnie datę tego drugiego traktowali jako swoją rocznicę. Bo cywilny, to tylko papier. A kościelny, to już co innego. Zresztą, oboje są wierzący, więc to zrozumiałe, że prawdziwy ślub to dla nich jest w kościele.

- Po tym cywilnym, to Józef nawet nie przyszedł do mnie do domu na kolację - żartuje pani Helena.

Sakramentalne "tak" powiedzieli sobie w kościele pw. Gwiazdy Morza przy ulicy Piastowskiej. Z domu mieli blisko, więc poszli na pieszo.

Zaczynali od łyżek

Gdy zaczynali wspólne życie, nie mieli właściwie nic, prócz pustego niemal mieszkania.

- Dorabialiśmy się dosłownie od łyżki - mówi pan Józef. - Do dziś mam widelec jeszcze z czasów kawalerskich.

Dodaje, że dzisiaj młodzi, którzy się pobierają, za dużo wymagają. Wszystko chcą mieć natychmiast.

- A dorobić się! - mówi pan Józef. - To jest dopiero coś!

- Zresztą, jak młodzi tak od razu wszystko mają, to zdarza się, że małżeństwo szybko się kończy. Takie wspólne dorabianie się jednak łączy ludzi - wchodzi mu w słowo żona.

Przez pierwsze lata małżeństwa pani Helena zajmowała się wychowywaniem córek i domem. Poszła do pracy dopiero, jak wykształcili córki, pomogli przy wnukach. Przez 10 lat pracowała w służbie zdrowia. Pan Józef budował m.in. przedsiębiorstwo Połowów Dalekomorskich i Usług Rybackich "Odra". Dziś już nie istnieje.

- Serce mi się kraje, jak patrzę teraz na te opuszczone, zniszczone budynki - mówi.
Każdy musi szukać sam

Oboje żyją skromnie, bo jak mówią, przedmioty materialne nie są ich potrzebne do szczęścia. Mają emerytury. Jednak dużo pieniędzy idzie na lekarstwa. Pani Helena ma 82 lata. Pan Józef 86. Jest po dwóch zawałach serca i wylewie. Jak na swój wiek i przebyte choroby, trzyma się znakomicie.

- Jeszcze dwa lata temu nie mogł chodzić, mówić - w oczach pani Heleny widać smutek i troskę. - Ale na szczęście jakoś doszedł do siebie.

Na pytanie o receptę na szczęśliwe małżeństwo pan Józef odpowiada krótko: - To niesamowicie trudne pytanie. Nie można dać jednej odpowiedzi. Każdy musi sam szukać takiej recepty.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

g
gostek

G R A T U L A C J E ! ! !

Dodaj ogłoszenie