Teresa Hulboj - jedyna szczecinianka uhonorowana za działalność na rzecz wolnej Polski

Fot. Marcin Bielecki
Fot. Marcin Bielecki
Teresa Hulboj jedne święta wielkanocne spędziła w celi. W więzieniu siedziała za drukowanie bibuły.

- Mówiłaś, że święta wielkanocne są dla ciebie szczególnie szczęśliwe.

- Bo zawsze w okolicy właśnie tych świąt coś miłego mnie spotyka. Parę dni temu otrzymałam z rąk prezydenta RP Krzyż Komandorski Odrodzenia Polski. To najwyższe odznaczenie cywilne. Ale myślę, że ten order dostałam trochę z klucza, bo siedziałam w Fordonie, a to było więzienie o obostrzonym rygorze.

- Jak się znalazłaś w tym więzieniu?

- To było w 1982 roku. Czasy Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Byłam jedną z osób, które na Wyższej Szkole Pedagogicznej w Szczecinie (późniejszy Uniwersytet Szczeciński) zakładały to stowarzyszenie. Byliśmy pochłonięci pracą w tym nowym samorządzie studenckim, a przecież każde z nas normalnie jeszcze studiowało. Organizowaliśmy spotkania z ludźmi z opozycji i kultury. Pamiętam spotkanie z Jackiem Kuroniem, Stanisławem Barańczakiem, Jackiem Kaczmarskim czy Haliną Mikołajską. Na te spotkania przychodzili nie tylko członkowie NZS. Sale przeważnie były wypełnione po brzegi. Drukowaliśmy też swoje pisma, jakieś ulotki. I właśnie podczas akcji drukowania jakiegoś pisma, w sierpniu wpadła drukarnia przy ul. Lubeckiego.

- Jak wpadła?

- To był czysty przypadek. Drukarnia była w wynajmowanym od jakiegoś kierowcy mieszkaniu. Ten kierowca popełnił wykroczenie. Milicja przyszła do mieszkania, szukając właśnie jego. A tam wtedy byli drukarze Tomek Wyrzykowski i Adam Jeżewski. Drukowaliśmy jakieś pismo podziemne. Mnie jeszcze w środku nie było. Milicja zapukała do drzwi, ale chłopcy udawali, że nikogo nie ma. Miałam klucze do tego mieszkania. Szłam tam z rulonem do sita w ręku. Jak otwierałam drzwi kluczem, z wyższego piętra zszedł milicjant. Spytał czy tu mieszkam. Powiedziałam, że nie, że właśnie przyszłam podlać kwiatki. Więc on poprosił mnie, abym zeszła z nim do radiowozu. Mieszkanie było na pierwszym piętrze. Wiedziałam, że jak tylko zejdziemy ze schodów, na klatce po lewej stronie jest drugie wyjście z kamienicy na podwórko. Wydawało mi się, że właśnie tym wyjściem uda mi się uciec. Po schodach szłam grzecznie. Milicjant też. Na parterze zaczęłam uciekać. Nie wiedziałam, że milicjantów było kilku. Stali też przed wejściem do kamienicy. Zaczęli mnie gonić. Ja krzyczałam. Zresztą świadomie, bo wiedziałam, że w mieszkaniu na górze są przecież chłopcy. Oni na szczęście zorientowali się o co chodzi. Niestety, milicjanci mnie złapali. Odwieźli na przesłuchanie do komendy przy ul. Małopolskiej. I gdyby nie ten trzymany w rękach rulon do sita, może udałoby mi się wyłgać, że rzeczywiście w tym mieszkaniu podlewałam tylko kwiatki. Rulon był jednak dowodem.

- Co się stało z chłopcami?

- Już wcześniej, na wszelki wypadek, przygotowana była specjalna lina, którą chłopcy spuścili się z mieszkania na podwórko. Ich też milicja złapała, ale nie przed samym domem, tylko w okolicy. Mieli po tej linie pokrwawione ręce.

- Jak długo trzymali cię w areszcie?

- Jakieś 3-4 miesiące. Do wyroku. Dostałam 2,5 roku, ale w rygorze obostrzonym. Chłopcy dostali po rok, może półtora. Rygor obostrzony polega na tym, że przez cały dzień siedzi się w zamkniętej celi i tylko raz dziennie wychodzi na godzinny spacer. Bez rygoru, w więzieniu rano otwierają cele i można wszędzie chodzić.

- I co całymi dniami robiłaś w celi?

- Grałyśmy w kości, zresztą do dziś mam taki zeszyt, gdzie zapisywałyśmy wyniki tej gry. Koleżanka, z którą siedziałam przez cały czas - Renia - uczyła mnie języka angielskiego. Dużo też czytałam, na szczęście tam była bardzo dobrze wyposażona biblioteka więzienna.

- A ile kobiet było z tobą w celi?

- Z Renią byłam przez cały czas, ale czasami siedziałyśmy we trzy, cztery. Pamiętam też dobrze Marylkę. Kiedy wychodziłam z więzienia podarowała mi taki namalowany przez siebie obrazek, na którym podpisały się wszystkie moje koleżanki z celi. Jak byłam na uroczystości wręczania orderu w pałacu prezydenckim, to Renię spotkałam, ale Marylki nie było. Nie wiem co się z nią stało.

- Z Renią się zżyłaś?

- Była starsza. W tym czasie miałam 25 lat. Wielu rzeczy nie rozumiałam. Inaczej, pewnie trochę młodzieńczo, wiele spraw przeżywałam. Zresztą byłam tam jako jedyna szczecinianka. Dziewczyny były z Gdańska i okolic. One się znały. Było im łatwiej. Renia mnie podtrzymywała na duchu. Było mi ciężko. Ta godzina spaceru dziennie w więzieniu, to było bardzo mało. Jedynie właśnie na święta pozwalali nam trochę więcej razem pobyć. Pamiętam święta wielkanocne 1983 roku. Każda z nas dostała paczki z kościoła. Były tam szynki, wędliny i różne łakocie. Z rzeczy z tych paczek zrobiłyśmy sobie świąteczne śniadanie. Pozwolono nam wystroić stół w więziennej świetlicy i wtedy też pozwolono nam trochę dłużej przy tym stole wielkanocnym posiedzieć. Śpiewałyśmy, wspominałyśmy rodzinę. To był taki miły dla mnie dzień w Fordonie. To właśnie dlatego tak dobrze mi się kojarzy Wielkanoc. I do tego, zaraz po świętach, 16 kwietnia wyszłam na tzw. przerwę zdrowotną. Moja mama postarała się o jakieś fikcyjne zaświadczenie lekarskie. Dostałam miesięczną przepustkę. Później przedłużono mi tę przepustkę, a w lipcu objęła mnie amnestia.

- Wyrzucili cię z uczelni?

- Otrzymałam z uczelni papier, że mnie wyrzucili, a ja przecież jeszcze przed aresztowaniem skończyłam studia. Nie udało mi się tylko obronić pracy magisterskiej.

- I co zrobiłaś?

- Poszłam do pracy. Wiedziałam, choć nic nie dostałam na piśmie, że nie pozwolą mi pracować jako nauczycielce w szkole, więc zatrudniłam się w poradni dla dzieci z wadami słuchu. Kompletnie się na tym nie znałam, ale powiedziałam sobie, że mi musi się udać i że nauczę się tego. Po roku otrzymałam wiadomość z uczelni, że jednak mogę przystąpić do obrony pracy magisterskiej. W 1985 roku obroniłam się. Ale praca z dziećmi z wadami słuchu bardzo mnie wciągnęła. Szkoliłam się w tym kierunku, a co najważniejsze i co jest dla mniej najbardziej cenne to to, że widziałam efekty swojej pracy.

- To uważasz za swój największy sukces życiowy?

- Właśnie to, że udało mi się tak poprowadzić dzieci z wadami słuchu, że wiele z nich normalnie mówi i funkcjonuje w życiu ludzi słyszących. Kilkudziesięciu młodych ludzi nauczyłam mówić, a oni skończyli szkoły, często studia. Uczyłam ich trochę intuicyjnie, ale we mnie była wiara, że się im i mnie uda.

- Teraz masz firmę i nadal uczysz mówić dzieci z wadami słuchu. Dlaczego założyłaś firmę?

- Bo chciałam zrobić więcej. Chciałam bardziej się rozwijać. A zresztą był to rok 1991 i sporo osób postanowiło, że pójdzie na swoje. Wtedy obowiązywało hasło: to co nie zakazane jest dozwolone.

- I nie żałujesz?

- Początkowo się bałam. Przecież musiałam się z tego utrzymać. Postanowiłam, że założę taką świetlicę dla dzieci a przy tej świetlicy będzie poradnia logopedyczna. Szybko okazało się, że świetlicą nikt specjalnie nie jest zainteresowany, a właśnie gabinet logopedyczny przynosi więcej satysfakcji no i pieniędzy.

- Twoją pracę zauważyło ministerstwo edukacji i zaproponowało ci napisanie poradnika.

- Rzeczywiście. Napisałam taki poradnik dla nauczycieli, którzy uczą dzieci niesłyszące. Ale pisałam go z koleżankami Marzeną Kowalską, Urszulą Buryn i Tamarą Klimowską. Później jeszcze raz ministerstwo poprosiło mnie o publikację z dziedziny nauczania dzieci z wadami słuchu.

- Co czułaś, gdy po ponad 25 latach otrzymałaś Krzyż Komandorski?

- Wzruszyłam się, byłam dumna, byłam zadowolona, że ktoś pamięta, że ktoś docenia. Przez te wiele lat nigdy nie szukałam kontaktu z dziewczynami, z którymi wtedy siedziałam w Fordonie. To nie był okres mojego życia, do którego chętnie wracałam myślami. Zresztą zaangażowałam się w sprawy zawodowe. Te odznaczenie było dla mnie wielkim zaskoczeniem. Jakieś trzy tygodnie wcześniej dostałam pismo z kancelarii prezydenta zapraszające mnie na uroczystość wręczenia orderów i odznaczeń. Nie było w tym piśmie ani słowa, czy w ogóle jakieś odznaczenie otrzymam. Nawet nie napisali z jakiej okazji mnie zapraszają. Więc jak mnie wyczytali, to było to dla mnie ogromne zaskoczenie. Dla mnie ten czas sprzed ćwierć wieku, to były przede wszystkim chwile pracy w NZS-e. Bo wtedy coś budowaliśmy, o coś nam szło, coś tworzyliśmy. Zresztą najlepszym dowodem na to są przyjaźnie, które przetrwały. Mamy przecież wiele wspólnych wspomnień.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie