MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Tajemnice Pekao Szczecin Open

Rozmawiał Paweł Pązik
- Moim marzeniem jest zorganizowanie igrzysk. Mówię zupełnie poważnie, bo mistrzostwa Europy już organizowałem (w pływaniu i kolarstwie torowym - przyp. red.), a mistrzostwa świata prawie niczym się nie różnią, więc teraz moim celem są igrzyska. Chciałbym się sprawdzić przy tak ogromnym przedsięwzięciu, tylko nie wiem, czy będę jeszcze miał siły. Najbliższa okazja, to dopiero 2024 rok - mówi Krzysztof Bobala.
- Moim marzeniem jest zorganizowanie igrzysk. Mówię zupełnie poważnie, bo mistrzostwa Europy już organizowałem (w pływaniu i kolarstwie torowym - przyp. red.), a mistrzostwa świata prawie niczym się nie różnią, więc teraz moim celem są igrzyska. Chciałbym się sprawdzić przy tak ogromnym przedsięwzięciu, tylko nie wiem, czy będę jeszcze miał siły. Najbliższa okazja, to dopiero 2024 rok - mówi Krzysztof Bobala. Andrzej Szkocki
Rozmowa z Krzysztofem Bobalą, jednym z pomysłodawców i od 19 lat organizatorem trwającego obecnie turnieju tenisowego Pekao Szczecin Open, uznawanego za jeden z najlepszych challengerów na świecie

- 20 edycji, 19 lat. Szmat czasu. Gdy pierwszy raz rozgrywano szczeciński turniej to prezydentem Polski był Lech Wałęsa, Unia Europejska dopiero powstawała, ale o niej jak i o polskim tenisiście czy tenisistce w czołowej 10 światowego rankingu, mogliśmy wtedy tylko pomarzyć.

- Rzeczywiście, sporo czasu minęło. Mam mnóstwo wspomnień związanych z turniejem, a przecież to nie był mój pierwszy. Wcześniej zrobiłem sporą klapę w Gryfinie. To był turniej z międzynarodową obsadą, pula nagród ogromna jak na tamte czasy - 5 tys. dolarów. Czuliśmy się z moimi współpracownikami, jakbyśmy robili niemalże Wimbledon. Niestety, turniej był tak słaby, że nawet nie chcę o tym pamiętać. Efekt końcowy mocno minął się z moim wyobrażeniem.
Mieliśmy jednak sporo szczęścia. Organizację tego turnieju zlecała nam firma Solo. Oni byli przekonani, że następny może być tylko lepszy. Zrobiliśmy Solo Cup, czyli namiastkę zawodowych turniejów kobiet w naszym kraju. I to już wypaliło, trwało przez 5 lat. Pierwsze sukcesy odnosiły tam m.in. Magdalena Grzybowska czy Aleksandra Olsza.
Następnie pojawiła się okazja zorganizowania turnieju tenisistów. Moja agencja reklamowa obsługiwała bank, który wówczas nazywał się Pomorski Bank Kredytowy. Ludzie z firmy Masters, która budowała korty, zapytali mnie, czy udałoby się pozyskać bank jako sponsora, bo znalazł się termin i okazja na zrobienie turnieju. Cóż, udało się i tak trwamy te 20 edycji.
Jestem twardym facetem, ale jak wspominam tamte czasy, to potrafię się wzruszyć. Oglądam stare obrazki, na których widać nasz obiekt i widzę jaką drogę przeszliśmy.

- Skąd wziął się pomysł na organizowanie turniejów tenisowych?

- Tym sportem zaraziłem się w wieku 10 czy 11 lat i od tamtej pory jestem wariatem tenisowym. Moja przygoda zawodnicza zakończyła się z drobnym sukcesem na Spartakiadzie. Później nadal chciałem robić coś dla tenisa. Wspomniana klapa w Gryfinie, to okres moich czasów po studiach. Wcześniej przez 13 czy 14 lat byłem prezenterem w szczecińskich dyskotekach. To wtedy nie był ktoś taki jak współczesny DJ, tylko raczej konferansjer czy wodzirej. Pracowałem w Transie, Babilonie i innych lokalach. To mnie bardzo wiele nauczyło.
W mojej firmie Bono było nas wtedy trzech, ale jeden ze wspólników odszedł po nieudanym turnieju w Gryfinie. Przyznał, że to nie dla niego i nie chce więcej bawić się w takie imprezy. Chwała firmie Solo, że raz jeszcze nam uwierzyli. Były to trudne czasy. Jeździliśmy maluchem, ciężko było dostać wiele rzeczy w sklepach, choć to był już okres po transformacji. Dziś druk baneru reklamowego zajmuje godzinę, wtedy było to ogromne przedsięwzięcie logistyczne.

- Zdobyte doświadczenia pozwoliły rozwijać Pekao Szczecin Open w kolejnych latach, czego ukoronowaniem było zdobycie tytułu najlepszego challengera na świecie.

- Z odebraniem tej nagrody wiąże się zabawna anegdota. Działo się to w hali Bercy w Paryżu, w trakcie ważnego turnieju, którego wyniki często decydują o obsadzie finałowego turnieju Masters. Wchodzimy na salę bankietową, a tam pełno gwiazd tenisa z absolutnego topu. Nagle Sebastian Łuczak z Pekao następuje na nogę Andy Roddicka. Zawodnicy czuli się tam na tyle swobodnie, że chodzili w klapkach, więc mój kolega stanął niemal na gołą stopę tego wielkiego amerykańskiego tenisisty! Zrobiło nam się głupio, ale za chwilę atmosfera się rozluźniła, bo zostaliśmy sympatycznie przyjęci.
Moja żona Agnieszka, którą nawiasem mówiąc poślubiłem dzięki naszemu turniejowi, była platonicznie zakochana w sposobie gry i osobie Gustavo Kuertena. I proszę sobie wyobrazić, że ten brazylijski tenisista był jedną z osób, która wręczała nam nagrodę! Oprócz niego byli jeszcze Carlos Moya i wspomniany Roddick.
Dla mnie, miłośnika, historyka i absolutnego wariata tenisowego jest to niezapomniane przeżycie. A sama nagroda była tym cenniejsza, że przyznana przez zawodników i sędziów, czyli osoby bezpośrednio związane z turniejami od środka.

- Gwiazdy tenisa występowały także w Szczecinie. Czy któryś z tenisistów zasłynął nietypowymi zachciankami i tzw. "gwiazdorzeniem"?

- Znanych nazwisk rzeczywiście było u nas sporo. Największą, była oczywiście przed rokiem Carolina Wozniacka jako gość specjalny. Przyjeżdżali też m.in. Guillermo Coria, Juan Carlos Ferrero, ale nikt z tego grona nie zasłynął w negatywny sposób. Najbardziej kapryśną osobą w historii turnieju był Gael Monflis. Zostawił po sobie bardzo marne wrażenie i to nie tylko dlatego, że nie rozegrał nawet jednego pełnego meczu. Francuz sam wyraził chęć grania u nas, nie płaciliśmy mu żadnych pieniędzy za udział. Otrzymał dziką kartę, widocznie potrzebował kilku punktów do rankingu. Od początku zachowywał się jakby był Federerem, a daleko mu było do poziomu gry i klasy Szwajcara. Zresztą, taka jest różnica między gwiazdami a gwiazdkami, że Federer czy Nadal nigdy by się tak nie zachowywali. Monflis co chwilę na coś narzekał, raz mu makaron nie smakował, a to było mu za zimno. Nigdy więcej nie był już zaproszony, ale to jeden niechlubny wyjątek. Nasz turniej słynie ze świetnej atmosfery jaka tu panuje. Nazywany został kiedyś "friendly tournament", co przez jakiś czas wykorzystywaliśmy w naszych folderach reklamowych. Zresztą, czy ktoś ma prawo narzekać jeżeli śpi w Radissonie, a na korty jest odwożony lexusem?

- Organizacja takiego turnieju to ogromne przedsięwzięcie. Przygotowania do kolejnej edycji zaczynacie dzień po zakończeniu poprzedniej?

- Po zakończeniu turnieju przychodzi myśl, że nie chce się go już robić nigdy więcej (śmiech). Trzeba jednak odreagować parę dni. W trakcie trwania imprezy śpimy po 3-4 godziny i to nie tylko dlatego, że jest tak wiele pracy, ale przede wszystkim stresu, który nie pozwala zasnąć. Tradycyjnie po zakończeniu turnieju, adrenalina opada, ale dopadają mnie wirusy i trafiam do mojej pani doktor.
W październiku podsumowujemy minioną imprezę, zaczynamy przygotowywać ofertę dla sponsorów na następny rok. Od stycznia zaczynamy omawiać szczegóły, w kwietniu i maju przeglądamy i zatwierdzam layouty (wygląd - przyp.red) materiałów na kolejny turniej. Następnie bilansujemy budżet, a od lipca z małą przerwą na 2 tygodnie sierpnia zaczyna się najgorsza turniejowa masakra.

- Jaka przyszłość czeka turniej? Podobno obawia się pan, że następna edycja może się nie odbyć?

- Zawsze się martwię o kolejną edycję. 4 mln zł budżetu nie jest nigdy z góry dane. Kryzys coraz mocniej doskwiera polskim firmom. Kilka kryzysów już przeżyłem, wielokrotnie istniało zagrożenie, że turniej się nie odbędzie. Mam nadzieję, że nigdy nie dojdzie do sytuacji, że turniej zostanie zamknięty z powodów ekonomicznych. Trójstronna umowa między organizatorem, miastem i bankiem ciągle obowiązuje. Pytanie jednak, co dalej. Myślę, że bank jest zadowolony ze współpracy, sfera biznesowa turnieju mocno się rozwinęła w ostatnich latach. Jest to dobre miejsce, by załatwiać i negocjować interesy. Jeżeli bank z nami zostanie, to także miasto będzie zainteresowane, bo to jedna z podstawowych imprez w Szczecinie. Pekao jest także gwarantem dla innych dużych firm z kraju, za nim idą sponsorzy tacy jak PGE czy J.W. Construction w tym roku. Za kilka miesięcy planowane są zmiany w zarządzie banku i wtedy będziemy mogli powiedzieć coś więcej o przyszłości turnieju.
Często jestem pytany, dlaczego nie staramy się o turniej wyższej rangi. Była kiedyś nawet taka szansa. Będąc zimą na nartach otrzymałem telefon, że jest możliwość przejęcia turnieju z Brazylii, trzeba "tylko" na dzień dobry wyłożyć milion dolarów. Skąd wziąć takie pieniądze? Przypominam, że od 14 lat budżet całej imprezy wynosi około 4 mln złotych. Pamiętam, że kiedyś bodajże Bratysława porwała się na turniej dużej rangi z pulą nagród ok. 300 tys. dolarów. Zaproszono Andre Agassiego, zapłacono mu dodatkowe pieniądze za przyjazd. On odpadł jednak w jednej z pierwszych rund, turnieju już nigdy więcej nie zorganizowano. Uważam, że trzeba mierzyć siły na zamiary. W czasie, gdy my rozgrywamy nasz turniej, jednocześnie grają także w Sankt Petersburgu i Metz. Czy tam obsada naprawdę jest dużo ciekawsza od naszej i jeżeliby zorganizować coś podobnego w Szczecinie, to przyszłoby dużo więcej ludzi? Ja zawsze patrzę nie tylko na te 20 proc. gwiazd, ale również pozostałe 80 proc. które sprawia, że turniej jest wyrównany i interesujący.

- Podobno pana największym marzeniem nie jest wcale gwiazdorska obsada turnieju, lecz zwycięstwo Polaka.

- Tak naprawdę moim marzeniem jest zorganizowanie igrzysk (śmiech). Mówię zupełnie poważnie, bo mistrzostwa Europy już organizowałem (w pływaniu i kolarstwie torowym - przyp. red.), a mistrzostwa świata prawie niczym się nie różnią, więc teraz moim celem są igrzyska. Chciałbym się sprawdzić przy tak ogromnym przedsięwzięciu, tylko nie wiem, czy będę jeszcze miał siły. Najbliższa okazja, to dopiero 2024 rok
Natomiast na triumf Polaka rzeczywiście ciągle czekam. Gdy to się stanie, spełni się jeden z celów jaki przyświecał przy organizacji już od pierwszych turniejów. Chcieliśmy przede wszystkim pomóc polskim zawodnikom. Koszty wyjazdu za granicę były wtedy ogromne, a u nas nie musieli płacić nawet za hotel. Boję się jednak trochę tego zwycięstwa. Może to zakończy pewien etap w historii? Zaryzykowałbym jednak wygraną Polaka - dla nich przecież to robimy.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na gs24.pl Głos Szczeciński