Szczecin oczami blogerów. Jak złapać wspólną chemię z naszym miastem? [ZDJĘCIA]

Agata Maksymiuk
Agata Maksymiuk
Aleksandra Poncyljusz i Michał Szałkiewicz
Po pierwsze, trzeba zamieszkać w Szczecinie. Po drugie, nieco zwolnić i zacząć zwracać uwagę na otoczenie. Po trzecie, poznać Aleksandrę Poncyljusz i Michała Szałkiewicza lub chociaż ich bloga „Mieszkam w Szczecinie”. Tych dwoje doskonale wie, pod jakim kątem powinno patrzeć się na miasto i tą wiedzą chętnie się dzieli.

Czego nie zauważamy, spacerując czy raczej przemykając na co dzień przez Szczecin?

- Ola: Balkonów! Nie zwracamy uwagi na balkony czy loggie, a dla nas to nie tylko sztuka, ale samo życie! Każdy balkon jest inny, inaczej zaaranżowany. Na jednym stoją wózki, na drugim rowery, na trzecim zachwycające rośliny. To niesamowite, a większość z nas tego nie zauważa.

- Michał: Myślę też, że ludzie, goniąc za swoimi sprawami, nie dostrzegają charakteru szczecińskich budynków. Nie dostrzegają go, póki nie zostanie im podany w atrakcyjnej formie - na zdjęciu, czy na filmie. Trzeba przyznać, że patrząc na przestrzeń w codziennych szarościach, trudno się temu dziwić. Wierzchnia warstwa naszej architektury jednak jest dość zaniedbana... Ale kiedy słońce odpowiednio rozświetla ulice, każdy się uśmiech i myśli - ten Szczecin to jednak nie jest taki zły (uśmiech). Dlatego czasem warto na chwilę zwolnić, zatrzymać się i podnieść głowę do góry.

...i zobaczyć te balkony (uśmiech).

- Michał: Właśnie! Poza tym, jeśli chodzi o balkony, to oprócz tego, że kryją w sobie mnóstwo różnych historii, to kiedy świeci słońce ich cały urok wychodzi na zewnątrz. I to dosłownie, bo okazuje się, że niektóre z nich są obudowane witrażowymi elementami. Gra światła i kolorów jaka je przeszywa jest fenomenalna.

Czy to w takich momentach łapiecie swoje kadry?

- Michał: Wiele zdjęć powstaje spontanicznie, ale wiele planujemy, wplatając je w spacer po mieście. Najczęściej wybieramy tzw. złote albo niebieskie godziny, czyli wschód i zachód słońca.

Co zadecydowało o tym, że zaczęliście prezentować na blogu to, co z takim uporem inni omijają?

- Michał: To sprawka Oli (uśmiech).

- Ola: Ale plan był inny. Chcieliśmy odwiedzać inspirujących szczecinian w ich domach i w mieszkaniach. Chcieliśmy ich
„podglądać”, słuchać historii o przedmiotach, które ich otaczają. Okazało się, że dotarcie do takich osób nie było wcale takie proste. Byliśmy dla nich anonimowi. Pytali podejrzliwie - a co to za blog? Po co wam to? Często na tym się kończyło.

- Michał: Im więcej o tym myśleliśmy, tym bardziej rozumieliśmy, że nie ma sensu zamykać się w jednej formule. Pomysły Oli na bloga zaczęły ewoluować, a potencjał każdy z nich był tak duży, że postanowiliśmy zostawić sobie otwartą furtkę.

Ale co było dla Was tym czynnikiem zapalnym? Przecież od czegoś musiało się to zacząć?

- Ola: Mój tata w 1995 roku otworzył biuro nieruchomości. Będąc nastolatką, pamiętam jego wizjonerskie i zuchwałe wycieczki w przyszłość, w której biznes przechodzi z ojca na córkę. Początkowo bardzo się temu opierałam. W końcu postanowiłam spróbować, ale na własnych zasadach (śmiech).

- Michał: Obserwując z boku tę sytuację, widziałem, że Ola wzbrania się przed wejściem do branży. W naszym społeczeństwie zawód agenta nieruchomości kojarzy się bardziej z handlowcem, niż z doradcą, który jest w stanie odnaleźć skrojoną na miarę nieruchomość do życia. Sam nie namawiałem Oli do tej pracy - uważam, że świetnie radziła sobie jako dietetyk. Ale Ola zaczęła szukać nowych wyzwań i… rozwiązań, aby odczarować tę profesję.

- Ola: Odczarować… dobre słowo. Ja naprawdę nie czułam tej branży. Z jednej strony ciągnęło mnie do niej ze względu na tatę, który od zawsze mnie inspirował, zarażał pomysłami i pozytywną energią. Z drugiej strony odpychało, ponieważ nie chciałam być postrzegana jako „pośrednik-zawalidroga”. Dlatego wchodząc w to, postanowiłam pracować na własnych zasadach. A ponieważ blog miał być moim wsparciem, wpadłam na pomysł, aby stworzyć cykl filmów i rozmów z nietuzinkowymi szczecinianami, w którym będę odsłaniać uroki osiedli Szczecina. Gdy udało nam się umówić na pierwsze spotkanie z Joanną Grodzicką, szczecińską malarką, w jej domu na Łęknie byliśmy szczęśliwi!

Jak wybieracie swoich rozmówców czy raczej miejsca, do których chcecie wejść? No i jak przygotowujecie się do takich spotkań? Trudno przewidzieć co czeka na Was w środku.

- Michał: W dużej mierze kierujemy się intuicją i… przypadkiem. Znajdujemy, bądź trafiamy na osobę, którą chcielibyśmy poznać, a następnie staramy się złapać z nią ten pewien rodzaj chemii, który sprawia, że po prostu „chce się”. Poza tym, nie wiemy, co kryje się w miejscu, w którym nasz bohater pracuje lub żyje na co dzień. Wchodząc do środka jesteśmy zwykle miło zaskoczeni i pełni zachwytu nad przestrzenią oraz jej detalami, szczegółami, które noszą w sobie cząstkę historii. Ten entuzjazm, ta chemia, którą łapiemy z przestrzenią, zwykle udziela się rozmówcy. Oczywiście, to nie zawsze działa, bo zdarzyło się, że potencjał miejsca był duży, ale zabrakło tej więzi między nami a właścicielami.

- Ola: Na szczęście, pisząc potrafię te osoby odczarować tak, że dziś, czytając tamten artykuł i przeglądając zawarte w nim zdjęcia, jestem zachwycona zarówno miejscem, w którym byliśmy, jak i ludźmi, których w nim spotkaliśmy. Tak czy inaczej, każde spotkanie ładuje nasze baterie, a mnie dodatkowo… wzrusza. Kiedy umawiamy się na rozmowę z rana, pozytywnej energii starcza nam jeszcze na cały dzień, czasem nawet tydzień (uśmiech).

Zdarzyło się, że zaproszono Was do środka, ale nie pozwolono opublikować na blogu zdjęć, opisu, adresu... generalnie tego, na czym Wam zależało?

- Ola: Tak, mieliśmy sytuację, w której bardzo zależało nam na rozmowie i sesji zdjęciowej, jednak wciąż nas zbywano. Wraz z rozwojem bloga, te osoby w końcu same zaczęły upominać się o tę rozmowę. Niestety, było za późno, odmówiłam. Nie czułam już magii. Postanowiliśmy zająć się innymi tematami. A ponieważ Szczecin ma w sobie wiele możliwości, zawsze istnieje alternatywa.

- Michał: Ciężko pracujemy i jesteśmy uczciwi wobec naszych rozmówców i odbiorców - w zamian oczekujemy tego samego. W momencie kiedy spotykamy się z ignorancją, wolimy odpuścić.

A która odsłona naszego miasta jest Wam bliższa? Której szukacie - tej starej przedwojennej czy współczesnej? Widziałam na blogu, że „zwiedziliście” obydwie.

- Michał: Bardziej szukamy tego, co ma w sobie historię do opowiedzenia. Jeśli ta historia jest za krótka, to idziemy dalej. Zwykle te najbardziej zniszczone obiekty pociągają nas najbardziej, prowokują, żeby przyjrzeć im się bliżej i rozwikłać ich zagadkę.

- Ola: Zdecydowanie celujemy w okres przedwojenny.

- Michał: Tak, choć nie wykluczamy żadnego miejsca, bo ta chemia, której szukamy może pojawić się wszędzie.

Na przykład na blokach? Je przecież też odwiedziliście.

- Ola: Tam to dopiero są balkony i loggie! Poza tym, jadąc rano na trening zawsze jestem zachwycona ich widokiem, te małe rozświetlone okienka na tle ciemnego nieba. Bloki są niesamowite.

- Michał: I to największy ból związany z takimi miejscami, bo kiedy z lato, to najchętniej zamiast do pracy czy na trening, skręcalibyśmy w uliczki i tylko robili zdjęcia. Zresztą, zdarzyło się kilka razy, że na siłownię pojechaliśmy z aparatem i po drodze mieliśmy kilka przystanków. Światło było idealne.

Jak ludzie reagowali na te zdjęcia? Bloki zachwycają odbiorców tak samo, jak kamienice?

- Ola: To trudny temat, ale zamierzamy się nim zająć, tak jak kamienicami. Na razie widzimy, że ludzie nie są na to gotowi. Bloki wciąż nas straszą, a powinny zachwycać. Gdy na YouTube opublikowaliśmy wideo, na którym przedstawiamy uroki Świerczewa i Gumieniec, otrzymaliśmy komentarz - piękna kobieta, ale te bloki... nie bardzo. Dla mnie to były naprawdę piękne kadry!

- Michał: Może to też kwestia tego, gdzie się mieszka. My nie mieszkamy w bloku i przyznam, że nie chciałbym wyprowadzać się na blokowisko. Jednak z daleka potrafię dostrzec w tej przestrzeni piękno. Rozumiem zatem, że osoby, które spędziły lata między takimi budynkami, zamiast sztuki widzą w nich tylko beton. W takim przypadku najpiękniejsze zdjęcia nie pomogą.

- Ola: Mimo to, nie wykluczamy bloków. Czekamy na dobry moment.

Istnieje w ogóle coś takiego jak dobry moment? Zdaje się, że do pracowni fotograficznej Andrzeja „Graby” Grabowieckiego do nieco przypadkiem.

- Ola: To prawda, tyle razy byliśmy na tej ulicy, ale zawsze ustawialiśmy „nie po tej stronie, co trzeba”, żeby zauważyć pracownię pana Andrzeja. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że na przeciwko jest inna, piękna kamienica (uśmiech). Przypadkiem, bo przypadkiem, ale na szczęcie się udało. Pojechaliśmy tam w weekend, chcieliśmy zobaczyć malatury, które są w prześwicie bramowym. Na miejscu okazało się, że trzeba przejść przez dwie bramy, a wszystkie są zamknięte. Michał obszedł budynek dookoła i już chciał odpuścić, kiedy zdecydowałam, że zadzwonię domofonem na chybił trafił do czyjegoś mieszkania. W takich sytuacjach zwykle mówimy - ulotki! Ale tu coś mnie tknęło i przedstawiłam nas jako dziennikarzy. W odpowiedzi usłyszałam - a to zapraszam. Weszliśmy do środka, zaczęliśmy oglądać malatury, Michał przygotowywał się do zdjęć, kiedy na klatce usłyszeliśmy kroki. Zapytałam - czy to pan nas wpuścił do środka? Nieznajomy odpowiedział tylko - no a kto? Zaczęłam dopytywać - czy pan tu mieszka? Na co on odpowiedział, że ma tu pracownię, atelier fotograficzne. W tamtym momencie oczy mi się zaświeciły. Nasz „nieznajomy” zaprosił nas na górę i... oniemieliśmy. U Graby spędziliśmy kilka ładnych godzin.

Podtrzymujecie kontakty z bohaterami swoich materiałów?

- Ola: Pan Andrzej zaprosił nas na Andrzejki, ale my jesteśmy nieimprezowi, więc podziękowaliśmy (uśmiech). Niedawno do niego zadzwoniłam zapytać o zdrowie. Co jakiś czas spotykamy się z panem Lechem Turkowskim z pracowni lamp. Michał nawet niedawno dostał od niego taki mały stary nożyk na pamiątakę. Mamy w domu tablicę, do której przywieszamy te wszystkie pamiątki od naszych rozmówców (uśmiech). Ciepło wspominam też Karolinę Marczak, właścicielkę „Lodów Marczak”. Po pierwszym spotkaniu narodziła się między nami przyjaźń. Dziś rozmawiamy regularnie.

A kiedy tych relacji nie ma, bo w danym miejscu po prostu nie ma ludzi, to zdarza Wam się wymyślać historie tych przestrzeni? Zauważyłam, że opisy nieruchomości zamieszczane na blogu są bardzo literackie. Aż się prosi, żeby dodać tam nieco fabuły.

- Ola: Czasem kusi, żeby to zrobić, szczególnie, kiedy o danym miejscu nie wiem zupełnie nic. Niedawno odwiedziliśmy jedną z kamienic, Michał robił zdjęcia, gdy wyszedł do nas jeden z jej lokatorów i zaczął opowiadać - ta kamienica powstała w tym i w tym roku, mam na to takie i takie dokumenty... Pomyślałam sobie wtedy - ale ja nie chcę tego wszystkiego wiedzieć. Chcę z tego miejsca stworzyć poezję. Wróciliśmy do domu nie wiedząc więcej, niż to że ta kamienica jest stara, a jej wnętrze piękne. Usiadłam do komputera i... powstał z tego wiersz.

Macie swojego faworyta wśród miejsc, które poznaliście? Takiego, którego polecilibyście do odwiedzenia, do nakręcenia filmu, napisania książki, czegoś istotnego?

- Ola: Jeśli chodzi o film, to widziałbym w nim ulicę Kolumba i okolice dworca PKP. To chyba najciekawsze miejsce... Poszczególne elementy tam są niesamowite.

- Michał: Chyba za dużo budynków widzieliśmy, żeby wybrać faworyta. Wskazanie jednego wyjątkowego miejsca byłoby nieuczciwe.

- Ola: No tak, a ja pewnie i tak wskazałabym ostatecznie jeden z balkonów (uśmiech).

Szczepienia mają przyspieszyć. Szczepionki nie będą marnowane

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie