Urodziła się w Berlinie, uwielbia lody, jest fanką Beyonce, boi się, że jeszcze rok będzie musiała nosić aparat na zębach, a gdyby nie była wokalistką, to pewnie dalej pracowałaby jako kadrowa w poznańskiej Ikei. W końcu to normalna dziewczyna,… tyle że obdarzona olbrzymim talentem. Rosalie – to największe odkrycie muzyczne tego roku. Czego udało nam się o niej dowiedzieć?

Rosalie wystąpi w piątek podczas eliminacji Festiwalu Młodych Talentów 2018 w K4 - szczecińskim lofcie kultury

Na liście wymagań przed koncertami Beyonce podobno można znaleźć takie życzenia, jak duży stół nakryty białym obrusem czy zestaw do parzenia herbaty z nowym dzbankiem. Z kolei jej mąż domaga się siedmiu oddzielnych pokoi w garderobie i słoika masła orzechowego. A jakie życzenia ma Rosalie?

- Zupełnie nie zwracam uwagi na takie sprawy. Najważniejsze, to przed koncertem mieć miejsce, w którym jest woda, i w którym można usiąść z zespołem. Jasne, że się cieszę jeśli czeka tam na nas jedzonko, żeby sobie trochę skubnąć, czy yerba do picia, żeby się obudzić, ale absolutnie to nie mój wymóg. Jestem dość skromną osobą, ale kto wie jak potoczy się moja kariera? Może za jakiś czas woda sodowa uderzy mi do głowy i będę życzyła sobie przed występem tytanowych słomek do napojów (śmiech).

W którym momencie, według Ciebie, kończy się debiut a zaczyna stabilna kariera?

- Ja na pewno wciąż jestem debiutantką. W tym roku wydałam pierwszy album i ten rok jeszcze trwa. Wyszłam z alternatywy i zaczęłam przepychać się do mainstreamu. Udało mi się połączyć ze sobą te dwa światy i myślę, że dzięki temu zyskałam sympatię wielu osób. Ale nie odważyłabym się powiedzieć, że w ten sposób ustabilizowałam swoją pozycję na rynku. Chcę jeszcze wiele zdziałać i dotrzeć do znacznie większej grupy ludzi. Na stabilną pozycję trzeba sobie zapracować latami ciężkiej pracy.

Jesteś na dobrej drodze - wygrałaś plebiscyt Sanki, zostałaś nominowana do Fryderyków, pojawiłaś się na Opener’ze, Męskim Graniu czy Audioriver, Twojej piosenki możemy posłuchać w ramówce TVN. Czy to nie przesuwa Cię w stronę artystów, których bilety wyprzedają się w dniu ogłoszenia koncertu?

- Często uciekają mi takie kwestie. Jako wokalistka żyję w pewnego rodzaju „bańce”. Skupiam się na tworzeniu muzyki i koncertach, a nie na rosnącej popularności. Gdybym tak robiła, pewnie za chwilę wpisałbym sobie do ridera te tytanowe słomki do napojów (śmiech). Granie na festiwalach dało mi poczucie, że scena to moje miejsce i czuję, że mogę chcieć od tego więcej. Męskie Granie, Open’er, Audioriver czy też współpraca z Reebokiem sprawiły mi ogromną radość, ale przyznam, że nie zawsze jestem w stanie zarejestrować skalę tych wydarzeń. Pamiętam jak mnie zatkało, kiedy pierwszy raz zobaczyłam się na billboardzie Reeboka w samym centrum Warszawy. Naprawdę wciąż czuję się dziewczyną z sąsiedztwa i za każdym razem, gdy słyszę jak publiczność śpiewa razem ze mną moje piosenki, nie mogę się nadziwić. To wspaniałe uczucie.

W październiku będziemy mogli się o tym przekonać, bo wystąpisz gościnnie na Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie. Tego samego dnia, na tej samej scenie wystąpią także artyści zgłoszeni do festiwalowego konkursu. Myślisz, że konkursy pomagają młodym artystom się przebić?

- Bardzo trudne pytanie. Należę do osób, które świadomie zrezygnowały z udziału w konkursach. Były dla mnie za dużym stresem. Czułam, że potrzebuję czasu, żeby wyjść na scenę, a nie konkurencji. Myśl o rywalizacji sprawiała, że chciałam być najlepsza. Nie w środku stawki i nie na końcu. Tak już mam. Jeśli chodzi o śpiew, budzi się we mnie coś takiego, co pcha moje ambicje wyżej. Uznałam, że lepiej oszczędzić sobie tych nerwów. Rozumiem jednak, że są osoby, które to lubią, czują się pewnie w takich sytuacjach. Takim wykonawcom konkursy na pewno mogą pomóc - nauczyć obycia ze sceną, występów przed publicznością. To trochę taki trening. Do tego, jeśli na widowni czy w jury są osoby wpływowe, które mogą się nimi zainteresować, to trzeba z tego korzystać.

A co z dużymi telewizyjnymi show, które przyspieszyły karierę wielu wykonawców? Psują rynek czy pomagają?

- Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby wziąć udział w takim programie. Kontrakty, które artyści zawierają na poczet tych produkcji, mogą być bardzo zwodnicze. Nawet jeśli jesteś osobą, którą chcą zdobyć i zaczynają nosić cię na rękach, to nie masz gwarancji, że tak będzie cały czas.

Był taki moment, kiedy muzycy z tych programów “zakorkowali” rozgłośnie radiowe i kanały muzyczne. Na rynku zrobiło się trochę ciasno dla innych artystów. Odczułaś to?

- Pogodziłam się z takimi kwestiami. Rozgłośnie radiowe o największych zasięgach muszą grać numery, które wpadają w ucho. Nie zawsze są to kawałki, których życzymy sobie słuchać. Jeśli nie jesteś gwiazdą dużego kalibru czy rozchwytywanym celebrytą, nie znajdziesz się na playliście. Czy mnie to martwi? - raczej nie. Jest wiele mniejszych stacji, które grają świetną muzykę. Po za tym myślę, że moja obecność w ramówce TVN, jako wokalistki, która nie pochodzi z mainstreamu, jest ważnym momentem na rynku, może nawet ciut przełomowym… główny nurt sięgnął po niszę. Jest wielu cudownych artystów, o których ludzie nie mają pojęcia. Dzięki takim krokom pojawia się szansa, że zacznie się to zmieniać.

Być mainstreamowym artystą nie jest dziś wstyd?

- Jeśli wiesz czego chcesz, jesteś konsekwentna i zwiążesz się z odpowiednimi ludźmi, to nie zrobisz nic źle. Jeśli jednak nie masz na siebie pomysłu, nie wiesz co chcesz robić i zależy ci tylko na sławie, to tak, pewnie za jakiś czas przyjdzie wstyd. Ja mam takie małe marzenie, żeby na polskiej scenie była dobra mainstreamowa muzyka. I jasne, że perspektywa drogi do osiągnięcia tego może być przerażająca, jednak myślę, że da się to zrobić. Porównajmy sobie choćby polski pop do amerykańskiego, to dwa różne światy, ale między nimi gdzieś leży złoty środek, trzeba mieć tylko odwagę go znaleźć. Jeśli wszyscy będziemy się tego bali, to wszyscy skończymy w alternatywie. A przecież każdy z nas chce dotrzeć ze swoją twórczością do jak największego grona. Bardzo, ale to bardzo chcę, żeby ludzie zrozumieli, że ambitne kawałki nie są niczym złym. Artyści ze sceny offowej robią piękną muzykę i szkoda, że tak niewiele osób potrafi do niej dotrzeć. To też nie tak, że marudzę i wytykam same minusy, nie… uważam, że na rynku jest okej, ale chcę żeby było jeszcze lepiej.

Nie obawiasz się tego rynku? Wybrałaś dość trudny jak dla polskich słuchaczy nurt r’n’b, mocno czerpiesz z lat 90, które są teraz szalenie popularne. Co będzie jak moda się zmieni i rynek wywrze na Tobie potrzebę zmiany?

- Szufladkowanie mojej muzyki w kategorii r’n’b jest niesłuszne. W mojej twórczości jest sporo soulu, trochę rapu, hip hopu, a nawet trochę popu. Nie boję się eksperymentować. Mam pewną manierę, która mocno zaciąga z r’n’b, ale też nie robię typowej muzyki z lat 90. Staram się iść z czasem, dojrzewam i mam nadzieję, że to samo będzie działo się z moją muzyką.

Czyli jest szansa, że będziemy Cię słuchać więcej po polsku? Czemu tak mocno postawiłaś na język angielski?

- Wynika to głównie z tego, że słucham dużo zagranicznej muzyki i z niej czerpię. Przez długi czas nie śpiewałam po polsku, nie pisałam po polsku i raczej też nie słuchałam polskiej muzyki. Prawda jest też taka, że pisanie tekstów w naszym ojczystym języku wymagało ode mnie ogromnego przestawienia się. Zrobienie dobrej piosenki r’n’b po polsku, tak aby nie brzmiało to kiczowato, jest “cholernie” trudne. Udało mi się to dzięki wsparciu Michała Wiraszki z Much i Arka Sitarza z Rasmentalismu. Choć nadal się tego uczę, wydaje mi się to już dużo łatwiejsze, więc teraz piszę więcej po polsku. Z tym, że nie chcę się zamykać tylko na polskich odbiorców. Moim marzeniem jest wyjść do szerszej publiczności.

Zakończyliście wakacyjną trasę koncertową, krótkie wakacje i za chwilę zaczniecie kolejną trasę. Planujecie zajrzeć też za granicę?

- To było intensywne lato i zadecydowałam, że jesienią zagramy odrobinę mniej koncertów, ale łącznie w tym roku uzbiera się około 60. Jesteśmy w trasie od lutego, dobrze jest na chwilkę odpuścić, zostawić słuchaczom trochę niedosytu. Na pewno pojawimy się i w Polsce, i zagranicą. Kilka razy występowaliśmy w Budapeszcie, tamtejsza publiczność doceniła moją muzykę i wszystko wskazuje na to, że niedługo znów zawitamy na Węgrzech. Niedawno śpiewałam też w moim ukochanym Berlinie, mam nadzieję, że i tam wkrótce wrócę. Tymczasem szykuję się na Szczecin.

Polecamy również: Weekend w Szczecinie - zobacz najciekawsze wydarzenia kulturalne [LISTA]

Zobacz również: MiauCzat odcinek 1. Fit Lovers - wersja właściwa