Rok temu Andrzej Duda kroczył po prezydenturę. Pod kilkoma względami można uznać ten rok za stracony

Agaton Koziński
Pierwszy rok prezydentury Andrzeja Dudy to niekończący się ciąg zaniechań. Prezydent nie przebił się z żadnym swoim pomysłem
Pierwszy rok prezydentury Andrzeja Dudy to niekończący się ciąg zaniechań. Prezydent nie przebił się z żadnym swoim pomysłem Piotr Smoliński
Rok temu Andrzej Duda wygrał pierwszą turę wyborów prezydenckich. Dwa tygodnie później ostatecznie pokonał Bronisława Komorowskiego. A jednak ostatni rok pod wieloma względami może uznać za stracony.

Równo rok temu byliśmy świadkami jednej z najbardziej absurdalnych decyzji politycznych po 1989 r. Dokładnie 13 maja 2015 r. Bronisław Komorowski podpisał się pod projektem organizacji referendum w sprawie wprowadzenia w Polsce jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW). Fakt, że ówczesny prezydent zdecydował się rozpisać to referendum (o tym, jak to był fantasmagoroczny pomysł, najlepiej świadczy frekwencja - wzięło w nim udział 7,8 proc. uprawnionych do głosowania), można wyjaśnić tylko jednym: że był ciągle w szoku po wydarzeniach, które rozegrały się trzy dni wcześniej.

Wtedy cały czas nikt w otoczeniu Komorowskiego nie umiał racjonalnie zrozumieć wyników pierwszej tury wyborów prezydenckich, w której Andrzej Duda nieoczekiwanie wyprzedził urzędującego prezydenta. Ówczesny prezydent był wielkim faworytem tej rywalizacji, jeszcze na początku ubiegłego roku powszechnie zastanawiano się, z jaką przewagą uda mu się zakończyć tę rywalizację w pierwszej turze. Tymczasem nie dość, że do drugiej tury doszło, to Komorowski przystępował do niej nie jako faworyt, tylko pretendent próbujący zatrzymać pochód Dudy.

Bez skutku. Kampania Andrzeja Dudy w tym momencie była już jak fregata, która złapała wiatr w żagle, rozstawiła cały takielunek na wszystkich czterech masztach i błyskawicznie zbliżała się do portu. Komorowski tylko właściwie jednym momencie mógł łudzić się, że zdoła się z nim zrównać - po pierwszej debacie prezydenckiej. Ale po drugiej, gdy Duda zaskoczył go kompletnie pomysłem z postawieniem przy nim proporczyka z logo Platformy Obywatelskiej, było jasne, że zwycięzca tej rywalizacji może być tylko jeden.

Andrzej Duda nie został prezydentem tylko dlatego, że poprowadził kampanię sprawniej niż rywal. Wykazał się także dużo lepszym od niego słuchem społecznym, składając obietnice celniej trafiające w nastroje i oczekiwania Polaków niż Komorowski. Jeśli dołożyć do tego fakt, że obecny prezydent jest zwyczajnie lepszym mówcą niż jego poprzednik, że korzystniej wypada w telewizji, czy przy mównicy, to otrzymamy listę argumentów, które doprowadziły Dudę do zwycięstwa. Zwycięstwa bardzo zaskakującego, ale - jak pokazały to późniejsze wybory parlamentarne - świadczącego bardziej o złej ocenie sytuacji w kraju przez polityków i liderów opinii niż o tym, że Komorowski przegrał wybory, których przegrać nie miał szans. Wszyscy uwierzyli w zaklęcia o tym, że to zwycięstwo jest czymś oczywistym i przestali prawidłowo analizować fakty - i to była główna przyczyna szoku po ogłoszeniu wyników, a nie zaskoczenie, że PiS jest w stanie dobrze przygotować kampanię wyborczą.

6 sierpnia przysięgę prezydencką składał polityk, z którym wiązano nadzieję jak z mało którym jego poprzednikiem. Zresztą na fali popularności i zaufania, jaka wyniosła go do Pałacu Prezydenckiej, Andrzej Duda surfuje do dziś - kwietniowy sondaż CBOS pokazał, że jest on politykiem, który cieszy się największym zaufaniem wśród Polaków (ufa mu 58 proc. respondentów, drugiej Beacie Szydło - 52 proc.). Ale próbując oddzielić emocje od faktów, subiektywne poczucie zaufania od obiektywnej oceny dokonań, to trudno wskazać przyczyny, które sprawiają, że Duda ciągle ma tak wysokie oceny. Owszem, trudno mówić o jakiś wyraźnych potknięciach. Tylko sprawa nocnego zaprzysiężenia trzech sędziów Trybunału Konstytucyjnego może być oceniona jednoznacznie jako dowód na podporządkowanie prezydenta PiS-owi - ale już w innych kwestiach do prezydenta przyczepić się trudno, nie da się jednoznacznie mu zarzucić błędów, czy porażek. Bo już nawet kwestii ułaskawienia Mariusza Kamińskiego - aczkolwiek kontrowersyjna - nie da się zinterpretować w kategoriach błędu, czy to politycznego, czy prawnego. To inna kategoria niż sprawa przyjmowania przysięgi od sędziów.

Jak więc to możliwe, że jeden fakt (oddzielna sprawa, że bardzo wymowny, mogący doprowadzić Dudę nawet przed Trybunał Stanu) wystarczy, by o roku jego prezydentury mówić wyłącznie źle? Bo prezydent przez ten czas nie zrobił właściwie nic więcej. Okres jego prezydentury to jak do tej pory jedno wielkie pasmo zaniechań. W kampanii miał sporo różnych pomysłów, ale póki co właściwie żadnego nie udało mu się wcielić w życie. Nawet takiego drobiazgu jak obowiązek posiadania orzełka na koszulkach przez polskich sportowców, co Komorowski w szybkim tempie przeforsował na początku swojej kadencji. Nic. Pierwsze dziewięć miesięcy jego prezydentury to jedno wielkie pasmo zaniechań. Poniżej przedstawiamy pięć największych:
Zaniechanie nr 1: trybunał
Zaprzysięganie trzech sędziów o 2 w nocy, w dodatku wybranych przez Sejm zaledwie kilka godzin wcześniej, ustawiło opinię o prezydenturze Andrzeja Dudy - dokładnie odwrotnie niż on sam to sobie planował. Bo jeszcze 17 godzin przed tym zdarzeniem prezydencki minister Andrzej Dera w wywiadzie radiowym sugerował, że „duży pałac” będzie próbował wypracować kompromisowe rozwiązanie całego konfliktu. Stało się dokładnie odwrotnie - prezydent wykonał ruch, który do dziś jest najgrubszą kością niezgody w tym konflikcie i którego nawet nowa kompromisowa wersja ustawy o TK nie zatrze.

Ale fakt, że go wykonał, to jedno. Drugi istotny fakt związany jest z tym, że Andrzeja Dudy w sporze o TK właściwie nie ma. Co jakiś czas powraca do tego tematu, najczęściej pytany o niego w wywiadach. Kilka razy zdarzyło mu się powiedzieć, że będzie próbował wypracować jakieś rozwiązanie konfliktu - ale na słowach się kończy. Nie udokumentowano jego żadnego ruchu, żadnego działania, które by do tego prowadziły. Być może ciągle czeka z prezentacją własnego pomysłu w tej sprawie, aż możliwości negocjacyjne zostaną wyczerpane na poziomie parlamentu - ale nawet jeśli przyjął taką strategię, to na pewno na tym nie zyskuje.

Zaniechanie nr 2: autonomia
Oczekiwania, że akurat prezydent będzie próbował rozładować ten konflikt, są o tyle naturalne, że w świetle podziału władz wynikającego z konstytucji, właśnie on ma rolę najlepiej predestynującą go do tego. Nie ma wystarczająco silnej pozycji, by móc prowadzić samodzielną politykę, w oderwaniu od rządu, czy Sejmu, ale nie ma też jej tak słabej, by być jedynie notariuszem poczynań parlamentarnej większości (a tak najczęściej dziś definiuję się obecną prezydenturę). Jest ona skrojona właśnie pod odgrywanie roli rozjemcy w napiętych sytuacjach.

Oczywiście, trzeba pamiętać o ograniczeniach, jakie ma Andrzej Duda. Jego prezydentura (podobnie jak rząd PiS) jest pod dużo silniejszym ostrzałem ze strony opozycji i mediów niż miało to miejsce w analogicznych sytuacjach, gdy duży i mały pałac w tym samym momencie zajmowały SLD, czy PO. Trudno się dziwić Dudzie, że nie próbuje rozpychać się łokciami wewnątrz własnego obozu, gdyż w ten sposób mógłby doprowadzić do jego rozszczelnienia. Ale biorąc poprawkę na te ograniczenie i tak zaskakuje fakt, że on w żaden sposób nie próbuje poszerzyć (bardzo wąskiego) pola własnej politycznej autonomii. Jedyny przebłysk samodzielności - bardzo dobre przemówienie wygłoszone 10 kwietnia, w którym przedstawił zalążek własnego pomysłu na prezydenturę - został szybko zagłuszony. Innych prób podobnych działań nie stwierdzono.

Zaniechanie nr 3: wizerunek
Największy atut Andrzeja Dudy obecnie to jego wizerunek. Polacy go po prostu lubią - to widać na każdym spotkaniu, na którym obecny jest on i ktoś więcej niż tylko urzędnicy. Prezydent cierpliwie pozuje do kolejnych selfie, chętnie ucina sobie small-talki ze starszymi paniami, nie unika kontaktu z tłumem (jak to miało miejsce choćby przy uroczystościach 3 maja). A to wszystko przychodzi mu łatwo, pozostawia wrażenie lekkości i naturalności.

Ale nawet w kwestii wizerunkowej Duda wychodzi z założenia, że skoro ludzie go lubią, to on już sam nie musi się starać, by tę sympatię podtrzymać. Nie widać u niego żadnych działań, które by służyły umocnieniu jego wizerunku popularnego prezydenta. Widać natomiast działania odwrotne - jak choćby te dziwne nocne szarże na Twitterze, kiedy prezydent wchodzi w rozmowy dziwnej treści z przypadkowo spotkanymi internautami. Nie jest jego mocnym punktem rodzina, choć w kampanii wyborczej tak właśnie ją prezentowano. Ani żona, ani córka mu nie pomagają. Oczywiście, nie można tego od nich oczekiwać, to nie są ich obowiązki - ale w kampanii sugerowano coś innego.

Obowiązek wspierania prezydenta ma za to jego kancelaria, tymczasem ona też jego atutem nie jest. Nie ma w niej ani praktycznie nikogo, kto umiałby przykuć do siebie uwagę występem medialnym: wywiadem, czy przemówieniem. Jedynie Andrzej Zybertowicz i (później dokooptowany do kancelarii) Marek Magierowski są na tyle silnymi osobowościami, że stanowią wartość dodaną, są wzmocnieniem otoczenia prezydenta. Reszta jego współpracowników to grupa jajogłowych nudziarzy, często mających problem ze zbudowaniem zgrabnego akapitu wypowiedzi. Atutem prezydenta - przynajmniej w kwestiach wizerunkowych - na pewno nie są.

Zaniechanie nr 4: sprawy zagraniczne
To dziedzina, w której każdy prezydent miał tradycyjnie najwięcej do powiedzenia, mógł się politycznie wykazać, najłatwiej mu było przeforsować własne pomysły. Nie przypadkiem trzech ostatnich prezydentów, których politycznie różniło tak wiele, połączyło jedno - fakt, że najpiękniejsze akapity swoich prezydentur napisali na wschodzie. Aleksander Kwaśniewski świetnie włączył się w Pomarańczową Rewolucję na Ukrainie. Lech Kaczyński zapisał się w pamięci wspieraniem Gruzji, przede wszystkim lotem do Tbilisi w dniu rosyjskiej agresji na ten kraj z czterema innymi prezydentami. Bronisław Komorowski z kolei odegrał ważną rolę w rozmowach między Ukrainą i Unią Europejską w sprawie podpisania umowy stowarzyszeniowej, wspierał także Kijów przy Euromajdanie.

Jak na tle poprzedników w tym obszarze wypada obecny prezydent? Nie wypada w ogóle, gdyż jest właściwie nieobecny. Na początku prezydentury dobrze „szarpnął w sprawach zagranicznych, biorąc udział w całej serii spotkań na najwyższym dyplomatycznych szczeblu (m.in. na kolacji przy okazji zgromadzenia ogólnego ONZ siedział przy jednym stoliku z Barackiem Obamą). Jednak im dalej w las, tym było gorzej. Owszem, prezydent jest ograniczony agendą, musi koncentrować się przede wszystkim na przygotowaniach do (ściągniętego do Warszawy przez jego poprzednika) szczytu NATO. Ale nawet biorąc pod uwagę tę okoliczność można i należy od prezydenta oczekiwać szerszego oglądu sytuacji niż tylko koncentrowanie się na jednej sprawie.

Tymczasem tego brakuje. Nie słychać o żadnych pomysłach prezydenta, ani związanych z Unią Europejską (choć europejskie koleje losu stają się coraz bardziej zagmatwane i tym bardziej potrzebne są głosy w dyskusji o przyszłości UE), ani z sytuacją na wschodzie (choć na Ukrainie doszło do politycznego przesilenia i zaangażowanie Polski, nasze wsparcie dla niej jest szczególnie ważne). Od kilku dobrym miesięcy w sprawach zagranicznych prezydent nie istnieje. Być może złapie wiatr w żagle w tej materii przy okazji szczytu NATO - ale póki co nie dał żadnego argumentu na rzecz tego, że rzeczywiście zdoła tego dokonać.
Zaniechanie nr 5: inicjatywa
Na koniec listy zaniechanie najbardziej ogólne. Jego echo pobrzmiewało we wcześniejszych punktach, ale to kwestia na tyle istotna, że zasługuje na kilka zdań oddzielnego omówienia. Właściwie nie widać tematów, w których prezydent byłby gospodarzem. Z jego strony nie pojawiają się żadne propozycje rozwiązań poszczególnych spraw, nie widać żadnych jego inicjatyw służących uporządkowaniu bałaganu w jakiejś dziedzinie. Dudzie, który nie jest liderem swojego środowiska politycznego, nie jest o to łatwo - ale takimi liderami nie byli także ani Lech Kaczyński, ani Bronisław Komorowski, a jednak i jeden, i drugi szukał swojej szansy, przestrzeni dla siebie do działania. U Andrzeja Dudy nie widać nawet prób szukania dla siebie tematów, którymi mógłby się zająć. Jedynie w kwestiach dotyczących wrażliwości społecznej (biedne dzieci, o których mówił w expose, ciężki los inwalidów, o których wspomniał 3 maja) widać jakąś konsekwencję - choć też raczej retoryczną niż praktyczną, liczoną projektami rozwiązań systemowych. Poza tym prezydent to prostu wywiązuje się ze swoich obowiązków: przygotowuje Polskę do szczytu NATO, prowadzi politykę orderową, przyjmuje listy żelazne od ambasadorów.

Jedyny temat, w którym próbuje robić coś więcej, związany jest z problemami „frankowiczów” - ale ta sprawa posuwa się do przodu bardzo opornie. Inne postulaty zgłaszane przez niego w kampanii wyborczej, czyli obniżenie wieku emerytalnego i wyższa kwota wolna od podatku utknęły - a jeśli powracają do dyskusji to za sprawą rządu, nie prezydenta. Głowa państwa na początku kadencji złożyła kilka propozycji ustaw, ale one utknęły gdzieś na poziomie sejmowych komisji. Nikt za nimi nawet nie płacze.

Bo nie ma z kim przegrać?
Paradoks sytuacji polega na tym, że gdyby wybory prezydenckie miały się odbyć dziś, Andrzej Duda pewnie znów by w nich wygrał. Ale jego własnej zasługi w tym najmniej. Jego triumf byłby jedynie wypadkową logiki obecnego układu politycznego, który jest podzielony na dwa silnie spolaryzowane obozy. PiS, póki co, ma wyraźną przewagę nad rywalami, więc prezydent - jak osoba przez tę partię wspierana i obdarzona talentem do kampanii przedwyborczych - miałaby spore szanse na sukces.

Tym bardziej, że dziś nie widać kandydata na rywala dla niego. Ale wystarczą dwie-trzy wpadki obecnej władzy, dwa-trzy dobre pomysły przeciwników, aby nastrój się zmienił. To, że opozycja dziś nie ma swojego kandydata, nie oznacza, że nie zdoła go znaleźć. Bo grono potencjalnych kandydatów na kandyta jest jednak spore. Może próbować swoich sił Bronisław Komorowski - choć on jest politycznie poobijany, co jego szans nie zwiększa. Może swoich szans szukać Donald Tusk, któremu w 2019 r. skończy się druga kadencja w roli szefa Rady Europejskiej. Może Ryszard Petru uznać, że nosi w plecaku buławę prezydencką i że chce ją pokazać Polakom. Dziś nie ma podstaw do tego, by przekreślać szanse Pawła Kukiza, który w rok temu zanotował świetny wynik i widać, że ciągle duża grupa Polaków właśnie w nim lokuje swoje nadzieje na polityczną zmianę.

Nie można też wykluczyć, że opozycja zacznie się rozglądać za kandydatem z grona dzisiejszych 40-latków i szukać kogoś mniej znanego, kto powtórzy „efekt Dudy” sprzed roku. Osoba o takim profilu jak Robert Biedroń (obecny prezydent Słupska - Aleksander Kwaśniewski mówi o nim jako o kandydacie marzeń), czy Adam Bodnar (Rzecznik Praw Obywatelskich - akurat jego kandydatura w 2020 r. jest mało prawdopodobna, gdyż wtedy kończy się jego kadencja jako RPO) miałaby realne szanse w starciu z obecnym prezydentem, gdyż po jej stronie byłyby dokładnie te same atuty, które dały Andrzejowi Dudzie prezydenturę.

Prezydent w starciu z takim rywalem miałby duże problemy. Świeży, nieopatrzony przeciwnik w naturalny sposób przyciągałby spojrzenia i rozbudzał nadzieje. W ten sposób rozbroiłby Dudę z jednego jego najważniejszych walorów: młodości i energii. Dodatkowo miałby pełne prawo atakować go za wszystkie zaniechania, do jakich dopuścił się w czasie prezydentury. A obecny lokator Pałacu Prezydenckiego na razie nie zrobił nic, co mógłby pokazać jako swoje osiągnięcie w 2020 r. Cały czas zachowuje się tak, jakby wychodził z założenia, że wystarczy być. Jak w znanym filmie (na podstawie opowiadania Jerzego Kosinskiego) z Peterem Sellersem w roli głównej. Jednak nie po to, Polacy wybrali go na prezydenta w ubiegłym roku.

Wideo

Materiał oryginalny: Rok temu Andrzej Duda kroczył po prezydenturę. Pod kilkoma względami można uznać ten rok za stracony - Polska Times

Komentarze 48

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

s
sony

Komorowski, aby przegrać wybory, musi przejechać po pijaku ciężarną zakonnicę. Zobacz typowanie Michnika sprzed roku!

 

 

 

Równo rok temu, na pięć miesięcy przed wyborami prezydenckimi, spotkali się w telewizji publicznej Tomasz Lis i Adam Michnik. Ten pierwszy zapytał tego drugiego, co by musiało się wydarzyć, aby Bronisław Komorowski przegrał wyścig o fotel prezydenta. Michnik wówczas odpowiedział, że Komorowski przegra wybory jeśli na pasach, po pijanemu przejedzie niepełnosprawną zakonnicę w ciąży... Co prawda tego nie zrobił, ale i tak przegrał   :lol: 

 

p
polak
W dniu 15.05.2016 o 16:25, purpurat napisał:

to ile procent Polaków głosowało na tego Pana, że został prezydentem, może ktoś ma takie dane?


A do czego to Ci jest potrzebne? Czyżby Prezydent Tobie się nie podobał?Szukasz haków? No to zobacz jak wielkie jest zainteresowanie Twoim tematem pozdrawiam i życzę dużo zdrowia i dobrego samopoczucia
p
purpurat

to ile procent Polaków głosowało na tego Pana, że został prezydentem, może ktoś ma takie dane?

G
Gość

Stracony rok dla polski.

j
jan

minal rok prezydentury i co wycieczki jakie otwarcia jakies dekoracje a gdzie obiecane reformy /wiek emerytalny-kwota podatku /nic nie zrobil i nic nie zrobi bez zgody Kaczynskiego a mial byc prezydentem wszystkich Polakow a to prezydent PISOWSKI partyjny marionetka ktora steruje Kaczynski . Jaki prezydent takie panstwo a na dzien dzisiejsza nijaki  nie mowiac juz o tym ze prezydent prawnik a prawo ma gdzies/trybunal konstytucyjny/ a co mamy w zamian wycieczki  w gory panstwowym samochodem na prywatna wycieczke a kto za to placi ja i inni polacy nie zgadzam sie finansowac prywatnych wycieczek pana prezydenta

O
OPPELner

A.Duda to pierwszy prezydent Polski, z przetartymi nogawkami na kolanach !?.

w
wróżka

Najsłabszy Prezydent jaki mam się przytrafił.Wszystko pod dyktando Prezesa staczając kraj do przepaści.W oczach świata stajemy się reżimem gorszym jaki reprezentuje Putin.Oby jeszcze nie doszło do izolacji Państwa na arenie międzynarodowej i rozlewu krwi.Kościół również przyczynia się do pogorszenia wizerunku i panujących nastrojów.Za to wszystko przyjdzie mam kiedyś znów zapłacić.

r
rebeliant

to on dlatego nie wstaje z kolan ?.

H
Hans bleib do

a teraz rządzi jakaś postpańszczyżniana chłopska duda.
Prawdziwa Polska Ludowa

g
gość

Sorry, to taka uroda. Karykatura Maliniaka tylko bez charakteru.

g
gość

No i mamy prezydenta szmatę, który wokół schizofrenika skacze w lansadach jak pajac i ośmiesza nasz kraj.

G
Gość

Nie udało się ustabilizować belwederskich finansów, zrujnowanych i rozkradzionych przez
poprzednika oraz jego zorganizowaną grupę przestępczą z rodowodem PO-PZPR.

H
Hans bleib do

dać zegarek małpie w czerwonym"

s
sceptyk

Mam wątpliwości ;-)

t
ten

głupkowaty śmiech w rozmowie z żołnierzem Kanadyjskim, nic tylko sie pociąć a jeszcze wczoraj broszkowa mówi o Papieżu "mówiłam mu" wiocha jakich mało i ta klępa z tym ironicznym uśmieszkiem jak takie buraki mogły dostać sie do rządzenia tak pięknym krajem ? ale suweren katolicki wie podobno lepiej no i te 50 baniek dolków w plecy - dobra zmiana :)

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3