Reklamą w okno

Marek Rudnicki, 15 września 2004 r.
Właściciel restaruacji zamontował pod oknem jednej z lokatorek reklamę, która zasłania jej widok na ulicę.
Właściciel restaruacji zamontował pod oknem jednej z lokatorek reklamę, która zasłania jej widok na ulicę. Andrzej Szkocki
Pani Leokadia, patrząc przez okno, zamiast ulicy widzi napis "Restauracja Szpilka". Montując reklamę, właściciel restauracji odpowiadał protestującym władzom wspólnoty "Neptun": Podajcie mnie do sądu.

- Z tym panem mamy kłopoty od samego początku, to jest od chwili, gdy PŻM sprzedał mu kawiarenkę "Neptun" - mówi Kazimierz Jankowiak, członek rady nadzorczej wspólnoty "Neptun". - Zaczął od wyburzania ścian w restauracji bez patrzenia, czy są to ściany nośne czy działowe. W budynku zaczęły więc pękać ściany. W jednym przypadku trzeba było skuwać odrzwia i wymieniać drzwi na nowe.

Przepychanki z montażem

Kontrowersyjne napisy zamontowane są na daszku restauracji. Gdy robotnicy pierwszy raz weszli na daszek, lokatorzy zażądali od nich okazania zezwolenia nadzoru budowlanego. Nie mieli, więc zostali przegonieni. Następna ekipa nie zwracała już uwagi na lokatorów i przystąpiła do prac.

- Właściciel stwierdził, że zamówił już ludzi i możemy go podać do sądu, a nie zrezygnuje z montażu napisu - opowiada Aneta Dąbrowska, administrator z ramienia firmy zarządzającej wspólnotą "Maron". - Po długich negocjacjach obiecał wstrzymać prace, bym mogła spróbować negocjować z pozostałymi członkami wspólnoty, a on mi dostarczy projekt.

Gdy administrator odjechał, ekipa od razu wzięła się do pracy i zamontowała napis.

- Wynajął ochroniarzy z "Gemini", żeby straszyli lokatorów, którzy chcieli protestować - mówi Kazimierz Jankowiak. - Poszedłem do właściciela z pytaniem, gdzie jest zezwolenie z nadzoru budowlanego. Odpowiedział, że to nie mój interes, bo dach jest jego i jak mi się nie podoba, mogę iść do sądu.

Boją się złodziei

Lokatorzy, których okna wychodzą na daszek, boją się otwierać okna. Mówią, że kręcą się po nim jacyś osobnicy, zaglądają w okna.

Zdenerwowani swoją niemocą wobec właściciela restauracji wspólnotowicze wraz zarządcą skontaktowali się z Urzędem Nadzoru Budowlanego. Tu poproszono ich o pisemne zgłoszenie i obiecano natychmiastową interwencję. Dni jednak mijały i nic się nie działo, co dodatkowo zdenerwowało mieszkańców.

- Zajmujący się tą sprawą inspektor, przebywa w tej chwili na zwolnieniu lekarskim, a bez wizji lokalnej trudno mówić, czy racja jest po stronie mieszkańców czy właściciela restauracji - mówi Mariusz Czasnojć, kierownik referatu orzeczniczo-prawnego UNB. - Może zdarzyć się i tak, że mieszkańcy będą musieli wystąpić na drogę sądową.

Zderzenie racji

Nie pierwszy to konflikt członków wspólnoty z właścicielem restauracji, Mirosławem Liczbińskim. Podobnie było, gdy pomalował ściany restauracji na jaskrawo pomarańczowy kolor. Nie zabiegał też o opinię, gdy likwidował rosnące przy tarasie brzozy, które rosły tu od wielu lat. Z Mirosławem Liczbińskim nie udało nam się skontaktować. Mimo upływu kilku dni i posiadania numeru telefonu redakcyjnego, nie odezwał się.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie