Profesor Zieliński pierwszy w Polsce przeszczepił wątrobę

    Profesor Zieliński pierwszy w Polsce przeszczepił wątrobę

    Anna Miszczyk

    Głos Szczeciński

    Aktualizacja:

    Głos Szczeciński

    Profesor Stanisław Zieliński, szczeciński transplantolog, opowiada o swojej pierwszej operacji przeszczepu wątroby.
    Taka operacja nie jest wolna od ryzyka. Ale warto to robić, jeśli to jedyne wyjście, by uratować komuś życie - mówi prof. Zieliński.

    Taka operacja nie jest wolna od ryzyka. Ale warto to robić, jeśli to jedyne wyjście, by uratować komuś życie - mówi prof. Zieliński. ©Andrzej Szkocki

    Stanisław Zieliński

    Stanisław Zieliński


    Absolwent szczecińskiej Akademii Medycznej (1954 r.), profesor medycyny, chirurg-transplantolog; szkolił się w ośrodkach zagranicznych; jako pierwszy przeszczepił w Polsce wątrobę. Zasłynął też jednoczesnym przeszczepem nerki i trzustki.



    - Jak się czuje człowiek, który dokonał pierwszego przeszczepu wątroby w Polsce?
    -
    Zupełnie zwyczajnie. To było wiele lat temu, w roku 1987. Operacja jak każda inna, choć w Polsce nie była wykonywana, a na tak zwanym zgniłym Zachodzie robiono to rutynowo. Nie jest to żaden mój wynalazek, tylko przeniesienie tego, co robili w krajach bardziej rozwiniętych do nas.

    - Jednak nikt przed Panem tego nie zrobił. Skąd u Pana taka odwaga, a może determinacja?

    - No odwaga, ale i ryzyko. Sporo można się nauczyć z książek i podglądania mistrzów, ale potem trzeba to zrobić samemu i to jest co innego. Pewne ryzyko się w tym kryje. Nasz pierwszy chory, którego przeszczepiliśmy w grudniu 1987 r., zmarł po kilku dniach. Nie wiedzieliśmy dlaczego. Teraz to już wiemy. Był to zator tętnicy wątrobowej. Powody do podjęcia takiej ryzykownej operacji były bardzo poważne. Chory miał olbrzymiego raka położonego w centralnej części wątroby i szans na przeżycie kilku tygodni to już nie miał, więc powiedzieliśmy pacjentowi, że ryzyko jest duże, że leczenia lepszego nie ma, to jeśli chce zaryzykować, to my się takiej operacji podejmiemy. No i zrobiliśmy to. Takie operacje oglądałem w Niemczech w Goeteborgu u lekarza, który był wówczas kimś w rodzaju nieformalnego mistrza Niemiec. Mieliśmy wtedy już doświadczenie z przeszczepami nerek, które robiliśmy od bodajże siedmiu lat. Po początkowych kłopotach to szło dobrze. Poza tym istniała taka potrzeba. Byli chorzy, dla których to było jedyne wyjście, gdy wątroba jest zupełnie zniszczona. I tych ludzi jest około 700-800 w Polsce rocznie. Jak się nie doczekają przeszczepu, a to czekanie wiąże się ze znalezieniem odpowiedniego dawcy, to umierają.

    - Ile można czekać na przeszczep?

    - Nie ma reguły. Jeden może czekać 3 dni, a inny dwa lata. To wszystko zależy od rodzaju schorzenia.

    - Ale to chyba nie było takie proste przeniesienie tego, co robią na Zachodzie? To była Polska lat 80-tych.

    - Tak. Zachód to był inny świat. Wszystko było zorganizowane, niczego nie brakowało. A u nas nie było prawie wszystkiego. A czego potrzeba, żeby były te przeszczepy? To nie jest żadna tajemnica. Trzeba, żeby zwierzchność miała ochotę...

    - A miała?

    - Nie. Trzeba też, żeby były finanse, co później zostało zrobione (ale znacznie później), żeby byli wyszkoleni lekarze. No i wreszcie: to jest zajęcie nie dla jednego człowieka, tylko całego zespołu i wszyscy muszą pracować. Zwykle przeszczepy zdarzają się z piątku na sobotę czy soboty na niedzielę, bo wtedy są najczęściej wypadki. Wtedy trzeba wszystko szybko zorganizować. W Polsce rocznie jest ok. 5 tys. zgonów na drogach. Gdybyśmy w połowie uzyskali zgodę na pobranie narządów, to moglibyśmy zaopatrzyć pół Europy. Na razie jesteśmy bliżej końca niż początku Europy. Wyprzedzamy Albanię. Lekarzy mamy jednak nie gorszych niż nasi sąsiedzi.

    - Wspomniał Pan, że, aby zaistniały przeszczepy wątroby w Polsce, lekarzom musiało się chcieć to robić.

    - Lekarzom nie chciało się w tym sensie, że nie znano tego problemu. Na przeszczepy szkoda było pieniędzy. Niech lepiej lekarz pisze prace naukowe. Sama organizacja akademii medycznych jest tego rodzaju, że jakoś lekarzy trzeba ocenić. W jaki sposób? Ilością publikacji naukowych. Wystarczą dwie prace rocznie i nieważne, czy to dotyczy wyciskania pryszczy czy przeszczepiania nogi na głowę. Stąd niechęć. Poza tym są większe miasta niż Szczecin, gdzie tych przeszczepów nie robią, bo przy tym trzeba się spocić, bo to jest olbrzymi wysiłek. A opłata, co prawda, nie jest mała, ale jak się to podzieli na ludzi, którzy przy tym pracują, lekarstwa, to nie jest dużo. Nie jest to najbardziej opłacalne finansowo zajęcie dla chirurga, który może robić klasyczne operacje i na tym dobrze wyjść. Ale jak ktoś lubi nowości, tak jak my, to ma to urok specjalny. Nam udało się zdobyć fundusze. Pomagał nam dyrektor szpitala PSK nr 2, pan Romanowski, który sam był anestezjologiem. Przychodził do nas, widział jak to się robi. Podobało mu się to i zaczął nam pomagać. Akademia nie chciała się o tym za bardzo dowiedzieć. Kilka razy zapraszaliśmy władze uczelni, żeby zobaczyły jak to wygląda, ale jedni mówili, że nie mają czasu. Inni, że widok krwi jest dla nich straszny (śmiech). Później, w Szpitalu Wojewódzkim na Arkońskiej atmosfera już była inna. To już było parę lat od rozpoczęcia przeszczepów nerek, ludzie o tym czytali, kiwali głowami, że "oho, jakie to niezwykłości!" No i oni mojego współpracownika, Romana Kostyrkę przyjęli z otwartymi rękoma. Stworzyli mu dobre warunki. Pewne rzeczy konieczne z wyposażenia kupili. Teraz Maciej Wójcicki, który tam obecnie tym kieruje, doskonale sobie radzi. I od strony chirurgicznej, i organizacyjnej.

    - Nie od razu się udawało. Pacjenci szybko umierali. Pana to nie zniechęciło.

    - Po prostu doszliśmy, co jest przyczyną. Znaleźć przyczynę było zresztą łatwiej niż ją zlikwidować. Jako chirurdzy jeździliśmy, patrzyliśmy na część techniczną. A to jest część ważna, ale nie jedyna. Musi być jeszcze dobry anestezjolog i hepatolog, musi być człowiek od organizacji, wreszcie komunikacja musi być i prawodawstwo odpowiednie. Jak się zaczynało, nie było żadnej sankcji prawnej. Teraz jest inaczej. U nas, żeby pobrać narząd musi być śmierć mózgu, zgoda społeczeństwa i aprobata władz. Jan Paweł II kilka razy się wypowiadał na ten temat, że to jest dar miłości. Ale ogólnie duchowieństwo się nie wypowiedziało. Owszem jest kilku księży, którzy wypowiedzieli się, że to jest po bożemu. Ale wszyscy o tym nie wiedzą. Jak nie ma aprobaty społecznej, to się rzeczy drastycznych nie zrobi. Co ciekawe, mistrzem w przeszczepach jest Hiszpania, a konkretnie Katalonia. Tam poparł to kler. Hiszpanie potrafili to załatwić, a my nie. Pół świata, ta gorsza, uważa, że powinna być zgoda domniemana na pobranie organów. My do niej należymy. Ale w praktyce nie pobierzemy narządów, jak nie zgodzi się rodzina zmarłego.

    - Czy do wykonywania przeszczepów potrzebny jest talent?

    - Przede wszystkim trzeba mieć głowę, bo ci lekarze, którzy są zręczni manualnie, nie zawsze wiedzą, jak to przeprowadzić. Większość przeszczepów wątroby robił u nas utalentowany chirurg Roman Kostyrka. Trzy jego pacjentki urodziły zdrowe dzieci. Był nawet na komunii jednego z tych dzieci.

    Czytaj treści premium w Głosie Szczecińskim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    GS24 poleca:

    Wideo