Prof. Janusz Odziemkowski: 11 listopada stawał się dla Polaków dniem symbolicznego sprzeciwu przeciwko zniewoleniu

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Piłsudski w rozumieniu ówczesnych Polaków, poniekąd słusznym, reprezentował nurt socjalistyczny. Dlatego przeciwnicy 11 listopada mówili, że to jest święto socjalistów. Ale tu nie chodziło o osobę, która przejmuje władzę; chodziło o symbol, który by oznaczał, że mamy już wolność, że powstaje niepodległe państwo - mówi profesor Janusz Odziemkowski, historyk
Piłsudski w rozumieniu ówczesnych Polaków, poniekąd słusznym, reprezentował nurt socjalistyczny. Dlatego przeciwnicy 11 listopada mówili, że to jest święto socjalistów. Ale tu nie chodziło o osobę, która przejmuje władzę; chodziło o symbol, który by oznaczał, że mamy już wolność, że powstaje niepodległe państwo - mówi profesor Janusz Odziemkowski, historyk domena publiczna
Udostępnij:
Za tym, że utrwaliła się i na zawsze pozostała data 11 listopada, paradoksalnie stoją władze komunistyczne Polski. To one zrobiły przysługę tej dacie, kiedy zakazano obchodów. Święto niepodległości w sytuacji, kiedy tej niepodległości nie mieliśmy, stało się wręcz symbolem oporu przeciwko władzy komunistycznej i dominacji Związku Radzieckiego nad Polską – mówi profesor Janusz Odziemkowski, historyk.

Dlaczego to właśnie 11 listopada świętujemy Dzień Niepodległości?

Były różne daty mówiące o tym, kiedy tę niepodległość mieliśmy odzyskać; jedną z nich była na przykład data powstania „rządu lubelskiego” 7 listopada 1918 roku. Inni wskazywali na datę objęcia władzy przez Polaków w Krakowie. Dlaczego zwyciężyła data 11 listopada i co za nią przemawiało? Należy tu powiedzieć, że święto 11 listopada zaczęto obchodzić dopiero pod koniec lat 30. Zadecydowały dwie kwestie. Jedna łączy się z końcem I wojny światowej – kapitulacja Niemiec i rozejm, który kończy I wojnę światową.

Czyli tego dnia zaczyna się też niepodległość Europy?

Zaczyna się niepodległość niektórych krajów Europy, w tym Polski. Drugą przyczyną, która bardziej przemawiała do szerszych rzesz społeczeństwa było to, że 11 listopada Warszawa była wolna. Wszędzie powiewały biało-czerwone chorągwie. W Warszawie świętowały tłumy. Chociaż stał tu jeszcze garnizon niemiecki, jeszcze się nie ewakuował, to stolica była już wolna. Kiedy w XIX wieku mówiono, co potrzeba do uznania, że mamy wolną, niepodległą Polskę, podawano dwa warunki. Pierwszy – to opanowanie stolicy. Warszawa wolna oznacza wolność Polski. Drugi – to zwołanie Sejmu. Oczywiście, ze zwołaniem Sejmu trzeba było jeszcze troszkę poczekać, natomiast stolica była wolna 11 listopada. I to był ten moment decydujący.

Ale były też inne pomysły, jeśli chodzi o tę datę.

Oczywiście były też próby obchodzenia świąt partyjnych, to znaczy narzucenia przez poszczególne partie swoich dat, ale okazały się mało udane. Za tym, że utrwaliła się i na zawsze pozostała data 11 listopada, paradoksalnie stoją władze komunistyczne Polski. To one zrobiły przysługę tej dacie, kiedy zakazano obchodów. Święto niepodległości w sytuacji, kiedy tej niepodległości nie mieliśmy, stało się wręcz symbolem oporu przeciwko władzy komunistycznej i dominacji Związku radzieckiego nad Polską. Wtedy zapalano znicze na grobach poległych w walce o niepodległość – chociaż w Polsce stalinowskiej groziło za to więzienie, a i potem mogło się skończyć milicyjnym mandatem. 11 listopada stawał się dla wielu Polaków dniem symbolicznego sprzeciwu przeciwko zniewoleniu i tak utrwalał się w pamięci społeczeństwa, wchodził do obiegu społecznego. W latach 70. mieliśmy już przypadki „nielegalnego” składania wieńca na Grobie Nieznanego Żołnierza, demonstrowanie z biało-czerwonymi flagami, co było zakazane i można było za to dostać mandat, albo nawet spędzić dobę w areszcie. To były przyczyny najważniejsze, dla których 11 listopada stawał się dla wielu Polaków symbolem niezbywalnym.

Liczyło się chyba też to, że 11 listopada Józef Piłsudski z rąk Rady Regencyjnej przyjął władzę nad siłami zbrojnymi? A 14 listopada przyjął też władzę cywilną.

Tak, tylko że Piłsudski w rozumieniu ówczesnych Polaków, poniekąd słusznym, reprezentował nurt socjalistyczny. Dlatego przeciwnicy 11 listopada mówili, że to jest święto socjalistów. Ale tu nie chodziło o osobę, która przejmuje władzę; chodziło o symbol, który by oznaczał, że mamy już wolność, że powstaje niepodległe państwo. Dla Polaków wieku XIX symboliczną stolicą pozostawała Warszawa. Jeżeli ktoś mówił: „Jadę do stolicy”, czy to z lubelskiego, czy z Litwy, to wiadomo było, że jedzie do Warszawy. Warszawa była ciągle żywym symbolem upadłej Rzeczypospolitej; Warszawa była stolicą potężnej I Rzeczypospolitej, tutaj król urzędował, tutaj wybuchła insurekcja w 1794 roku, tu rozpoczęło się Powstanie Listopadowe; to było miasto buntownicze, stające się centrum i symbolem oporu przeciwko rosyjskiemu panowaniu. Wszystko razem składało się na to, że mówiono: „Jak Warszawa będzie wolna, to będziemy mieć niepodległość”. Chodziło o symbol zaistnienia państwa.

To ciekawe, że to święto niepodległości niejako ewoluowało. Już Pan o tym wspomniał, że nabrało charakteru celebracji dopiero w latach 30. Po przewrocie majowym 11 listopada staje się dniem wolnym dla urzędników państwowych, a dopiero w 1937 roku – wolnym również dla uczniów, bo tego dnia nie idą do szkoły.

Jak zwykle w Polsce, ciągnęły się spory o to, co jest najważniejsze. Być może, gdyby nie władze komunistyczne i zakazy świętowania, te spory nadal by istniały. Ale po II wojnie światowej 11 listopada stał się świętem wytęsknionym, oczekiwanym, symbolicznym w powodów jakie wcześniej wymieniłem; stawało się symbolem swobód niepodległego państwa przed wojną, bo wolno było je wówczas obchodzić, tak jak obchodzono wówczas, w pięknej oprawie, święto Konstytucji 3 Maja. W PRL-u zaś 3 maja milicja zrywała flagi i wypisywała mandaty tym, którzy flag w porę nie zdjęli. Zwalczała tradycję, która wiązała się z I i II Rzeczypospolitą, jako państwami niepodległymi, suwerennymi, z myślą – mówię tu o Konstytucji 3 Maja, że sami Polacy, bez „opieki” Moskwy mogą swoje państwo skutecznie naprawić, czynić je silnym. Dla władz komunistycznych było to nie do pomyślenia. Aczkolwiek w podręcznikach do historii pisano, co zdarzyło się 11 listopada 1918 roku, to jednak święta tego dnia zabroniono. Obowiązywał dogmat, że wolność przyniosła nam Wielka Rewolucja Październikowa. Obchodziliśmy hucznie, pani tego pewnie nie pamięta, święto Rewolucji Październikowej. Ono było wtedy najważniejsze.

Podobno sam Józef Piłsudski też wcale nie był za świętowaniem 11 listopada. Miał się skłaniać ku dacie 6 sierpnia 1914 roku, czyli wyjściu Pierwszej Kompanii Kadrowej z Krakowa.

6 sierpnia to na pewno jest piękny symbol – symbol walki zbrojnej, symbol ofiarności tych, którzy dla walki o niepodległość „rzucili swój los na życia stos”. Ale niepodległe państwo nie powstało 6 sierpnia. Poza tym odczytywano tę datę jako typowe święto jednej opcji politycznej, bo utożsamiano z nią, niesłusznie zresztą, socjalistów. Ponieważ w legionach Piłsudskiego służyli i narodowcy, i socjaliści, i ludowcy, ludzie wszelkich poglądów politycznych. Mówienie, że byli socjalistami stanowiło bardzo nieprecyzyjne uogólnienie. Niemniej dla wielu Pierwsza Kadrowa oznaczała Piłsudskiego, a wiadomo, że Piłsudski socjalista, więc będzie to święto partyjne. W II RP 6 sierpnia pozostał świętem legionistów; organizowano wówczas wieczornice, marsze, biegi, urządzano pochody. 11 listopada wyraźnie partyjnym świętem nie był. To było święto Warszawy, bo stolica była wolna.

Z jednej strony mamy więc wielki entuzjazm i radość z powodu niepodległości. Powód do tej radości mają też kobiety w Polsce, bo dostają prawa wyborcze.

Polska była jednym z pierwszych krajów, które te prawa wyborcze kobietom zapewniło i kobiety zasiadły w parlamencie.

Ale były też cienie. Jak wyglądała sytuacja państwa, które dopiero organizowało swoją państwowość?

Na pewno nie wszyscy się czuli Polakami, ale nie dlatego, że były granice zaborcze, bo przecież 11 listopada mógł być symbolem wolności Królestwa i części Galicji; Galicja Wschodnia, poza Lwowem była opanowana przez Ukraińców. Na ziemiach białoruskich i litewskich jeszcze stały wojska niemieckie, które dopiero zaczynały się wycofywać do swojej ojczyzny. Niemniej Warszawa, jej oswobodzenie było symbolem, wyraźnym tchnieniem niepodległości. Jak się dowiedziano o wolnej Warszawie, natychmiast rozpoczął się ruch na kresach wschodnich; zaczęto tam powoływać oddziały samoobrony. Dla Wielkopolan też to był czynnik mobilizujący, chociaż Wielkopolska jeszcze długo nie była częścią Rzeczypospolitej. Mówimy więc o samym centrum państwa – Królestwo i Galicja zachodnia – one były w rękach Polaków. Gdybym miał scharakteryzować, jaka była wtedy Polska, to powiedziałbym, że przede wszystkim była ogromnie zniszczona. To był obszar najbardziej zniszczony w Europie, poza Wielkopolską, bo tam wojna nie dotarła. Polskę niszczyły fronty, które kilkakrotnie przechodziły przez nasze ziemie a każdy zaborca, który przebywał na naszych ziemiach traktował je jak, kolokwialnie mówiąc, dojną krowę, z której należy wycisnąć co się da, bo nie wiadomo, czy tu się utrzyma, czy te ziemie na stałe posiądzie. Chodziło więc o to, aby jak najbardziej wyeksploatować teren. Dlatego tych zniszczeń, tak ogromnych, nie da się porównać z żadnym krajem europejskim. To jedna rzecz.

Druga to głód.

Może nie na wszystkich ziemiach polskich, ale na pewno panował wielki niedostatek. Ludzie potracili wszystko, co mieli w bankach. Potracili majątki. Wielu potraciło domy. Było ogromne zbiednienie społeczeństwa.

Nawet w samej Warszawie ludzie żyli w strasznych warunkach, bez dostępu do toalet, bez podstawowych rzeczy potrzebnych do egzystencji.

Przede wszystkim brakowało żywności, środków medycznych. Opieka lekarska była bardzo słaba, bo brakowało lekarstw. Panowało niedożywienie spowodowane głównie przez okupację niemiecką; szerzyły się rozmaite choroby, była epidemia Hiszpanki, a ze wschodu miała zaraz nadejść epidemia tyfusu. Śmiertelność była daleko większa niż dzisiaj na skutek COVID-19. Każdego dnia umierały setki, a nawet tysiące osób.

Do tego panowała hiperinflacja oraz straszliwy bandytyzm.

Ma pani rację. Bandytyzm to plaga każdej wojny. Podobnie było podczas II wojny światowej, gdzie bandyci podszywali się pod partyzantów, rabowali i mordowali. Poza tym przez powstającą do życia Polskę przetaczały się masy jeńców wojennych, którzy wracali do swoich krajów. Jedni pociągami, inni pieszo, musieli coś zjeść, gdzieś przenocować, to wyzwalało instynkty grabieżcze, żeby komuś coś zabrać i zapewnić sobie minimum egzystencji, a może i zdobyć coś cennego. Takie zdziczenie obyczajów powoduje każda wojna. Wtedy zaczynają odżywać najniższe instynkty. Zdarzało się, że bandytyzmem, kradzieżami, rabowaniem zajmowali się żandarmi wojskowi, którzy mieli strzec porządku. Mówię tu również o polskich żandarmach. Głód powodował, że okradano transporty na stacjach kolejowych, rabowano podróżnych. To pokazuje, jak głęboko wojna przeżarła etykę, przeżarła sumienia ludzkie. Polska nie była wtedy państwem spokojnym. Trzeba było czasu, żeby ład przywrócić.

Społeczeństwo było mocno rozwarstwione. Czy wszyscy czuli się wtedy Polakami?

No, nie. Nie czuli się Polakami w dzisiejszym rozumieniu tego słowa: „Jestem obywatelem państwa polskiego, mówię po polsku, myślę po polsku, państwo polskie jest dla mnie cenne i ważne i szanuję symbole narodowe”. Wtedy w taki sposób pojmowały Polskę elity, pojmowała znaczna część klasy robotniczej, rzemieślników. Natomiast na wsi było różnie. Polska wieś pod tym względem, nie ze swojej winy, była opóźniona w rozwoju świadomości narodowej. Nie wszędzie dotarła polska szkoła. Były powiaty, gdzie nawet 30-40 procent ludzi na wsi nie umiało pisać i czytać. W wieku wioskach – mówię głównie o zaborze rosyjskim, największym pod względem obszaru, nie było nawet przyzwyczajenia, żeby dzieci posyłać do szkoły. Bez szkoły żył pradziadek, żył dziadek, po co komu nauka, lepiej niech dziecko pójdzie w pole i pomoże rodzicom w gospodarstwie, będzie z tego większy pożytek niż z posyłania do szkoły.

Polak dla mieszkańca wsi oznaczał polskiego pana?

Taki obraz dotyczył głównie ziem wschodnich. Polski pan na kresach wschodnich, na Białorusi, w Galicji Wschodniej, na Wołyniu utożsamiany był z tym, kto coś posiada. Posiada kamienicę, majątek, zarządza cukrownią, jest urzędnikiem, kolejarzem. Lud na wsi był przeważnie wiary prawosławnej lub wyznania grekokatolickiego, jedni uważali się za Białorusinów, inni za „tutejszych” bądź Rusinów, bo nazwa Ukrainiec jeszcze się nie przyjęła. Było też oczywiście sporo Polaków, bardzo patriotycznie nastawionych, ale nie stanowili większości mieszkańców wsi. Również w centrum kraju, wieś była ogromnie zmęczona zniszczeniami wojennymi, przymusowymi dostawami dla okupantów; ta wieś pragnęła przede wszystkim pokoju, a nie nowej wojny. Młodzież wiejska nie chciała iść do wojska, bo widziała, co to wojsko robi z człowiekiem na froncie. Z frontu I wojny światowej wracało mnóstwo kalek; ludzi, którzy nie nadawali się już do pracy, którzy wegetowali. To były straszne obrazy, o których my dziś nie mamy pojęcia, bo dzisiejsze schorzenia czy okaleczenia twarzy, utraty kończyn można uzupełniać, są protezy, operacje plastyczne. Wtedy tego nie było. Uważano, że tylko pełnosprawny człowiek jest człowiekiem pełnowartościowym.
Przyczyną był też brak jasnej świadomości narodowej w niektórych rejonach. Odwołam się do „Chłopów” Reymonta; kiedy Boryna mówi: „My Polaki, sprawiedliwe”, to mówi o swojej wsi, nie o Polsce. Nie ma świadomości, że jest Polakiem, który powinien walczyć o niepodległość. On będzie walczył, żeby dwór nie wyciął lasu, który się należy chłopom, nie gnębił gospodarzy – tym żyła większość wsi. Tam, gdzie były tradycje niepodległościowe, kościuszkowskie, tam, gdzie działały organizacje ludowe, gdzie docierał Związek „Strzelec”, gdzie docierał ruch Narodowej Demokracji, tam wieś była do niepodległości przygotowana. Ale nie wszędzie partie docierały. Wieś była też nieufna. Trudno było dotrzeć do tej ludności z propagandą z miast. Gazety nie docierały, nie było nawyku czytania. Można było dotrzeć jedynie słowem i mógł to zrobić najlepiej ksiądz proboszcz, jeśli interesował się sprawami państwa. Jeżeli był gorącym patriotą, mówił o tym na kazaniach, to wieś go słuchała, bo był dla niej autorytetem. Jeżeli zaś zajmował się przede wszystkim, na co biskupi nalegali, duszpasterstwem, co było pierwszym obowiązkiem kapłana, to miał mniej czasu na takie rzeczy i wtedy taka wieś była, jak to określali Niemcy „Wasserpolen”. Wasserpolen dosłownie oznacza rozwodniony Polak, czyli niby Polak, ale za Polskę on umierać nie będzie.

Co dziś pozostało po II Rzeczypospolitej; jakie dziedzictwo? Nawiasem mówiąc o zaborach to chyba już dziś nie pamiętamy.

Pamiętamy, bo temat ten jest obecny w szkołach, a w wielu rodzinach przechowano tradycje powstańcze, tradycje walko zbrojnej z najeźdźcą.

Nie jest to jednak pamięć żywa, bo nawet geograficznie to chyba już tych podziałów na zabór rosyjski, pruski, austriacki nie widać?

Nie byłbym tego taki pewny. Oczywiście, te zaborowe różnice się pozacierały. Nie jest tak, jak w Polsce międzywojennej, kiedy były one czasami wręcz zaporą mentalnościową. Inną mentalność miał Polak wychowany w Niemczech, inną w Królestwie Polskim, a jeszcze inną w Galicji. Dużo by na ten temat mówić. Teraz tego nie ma, choć oczywiście, jeśli pojedzie pani z Warszawy do Krakowa, to może nie odczuje inności, ale jak się dowiedzą, że pani z Warszawy, to niejeden spojrzy trochę krzywo; przecież pierwszą stolicą był Kraków, a warszawiacy zadzierają nosa. To będą tego typu ślady. Wielkopolanie też cały czas żywią poczucie, że mają większy porządek, są lepiej zorganizowani, potrafią coś więcej, niż ci w Królestwie, którzy znani byli z bałaganiarstwa. Ale II wojna światowa przeorała ogromnie Polskę; do kraju napłynęła ludność z kresów wschodnich, która zamieszkała i w byłych Prusach, i na Dolnym Śląsku, i częściowo w Poznańskiem, jak i w centrum. A przecież Lwów w dużej części przeniósł się do Wrocławia. Tak więc dawna geografia została zaburzona, łatwiej było tworzyć amalgamat społeczeństwa i zacierać różnice zaborcze. Dziś są one słabo dostrzegalne, ale można je czasem wyczuć.

A jeśli chodzi o dziedzictwo idei? Odnajdujemy je dzisiaj?

Oczywiście. Na przykład, jeśli chodzi o Cud nad Wisłą, co roku obchodzimy jako święto Wojska Polskiego oraz wielki tryumf i wielkie zwycięstwo oręża, jako dzień chwały, dzień, w którym uratowali Europę przed marszem Armii Czerwonej. Można dyskutować, jaką część Europy ochroniliśmy, ale niewątpliwie było to zatrzymanie marszu bolszewizmu i odepchnięcie na kolejne 20 lat, bezcennych lat, w których kształtowało się nowoczesne polskie społeczeństwo, społeczeństwa Łotwy, Litwy, Estonii, Finlandii, krajów, które przestałyby istnieć wraz z upadkiem Polski. To jedna wartość. Druga to odwołanie do pewnych wzorców wychowawczych II Rzeczypospolitej. Oczywiście nie wszyscy się do nich odwołują, ale jeśli się zastanowić, co pamiętamy z II Rzeczypospolitej, to będzie Centralny Okręg Przemysłowy, Gdynia; pamiętamy wrzesień, pokolenie Kolumbów, które wzięło na siebie ogromny ciężar walki o niepodległość w latach II wojny światowej. Kiedy mówimy Polska Podziemna, Państwo Podziemne, mówimy przecież o kontynuacji II Rzeczypospolitej, państwa, które upadło, nie skapitulowało w 1939 rolu, nie przestało istnieć. Jak mówimy o władzach polskich na zachodzie i polskich siłach zbrojnych na zachodzie, to też mówimy o części II Rzeczypospolitej, bo innej przecież wtedy nie było. Jak mówimy „Katyń”, to jest to symbol tragedii inteligencji, wojskowych, elit II Rzeczypospolitej. Więc tych symboli II Rzeczypospolitej, które w nas tkwią, są żywe, wciąż jest dużo. Dlaczego są tak żywe? Przez 45 lat komunizmu, kiedy zwalczano to, co symbolizowało II Rzeczypospolitą, przedstawiano ją jako państwo faszystowskie, wymyślano różne inwektywy, żeby je zohydzić, robiono tak dlatego, że bano się jej tradycji. Bano się tradycji Polski samodzielnej. Co byśmy o II Rzeczypospolitej nie powiedzieli, miała przecież tak blaski, jak i cienie, to było państwo suwerenne. Nikt niczego nam nie narzucał. Wszystko zależało od nas samych. W Polsce Ludowej bardzo wielu Polaków odwoływało się do pamięci II RP, bo był to jedyny, do której sięgała powszechna pamięć społeczna, wyraźny, dotykalny obraz niepodległego państwa polskiego.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Bo siła jest kobietą. Relacja z Forum Kobiecości

Wideo

Materiał oryginalny: Prof. Janusz Odziemkowski: 11 listopada stawał się dla Polaków dniem symbolicznego sprzeciwu przeciwko zniewoleniu - Polska Times

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
Dzisiaj musimy się sprzeciwiać przeciwko zniewoleniu kulturowemu UE
Więcej informacji na stronie głównej Głos Szczeciński
Dodaj ogłoszenie