Paweł Mróz: Transfer do Wilków to nie jest krok w tył

Przemysław Sierakowski
- Jak już dostaniemy się do czołowej ósemki, to myślę, że z tym składem możemy ugrać dosyć dużo - twierdzi Paweł Mróz.
- Jak już dostaniemy się do czołowej ósemki, to myślę, że z tym składem możemy ugrać dosyć dużo - twierdzi Paweł Mróz. Andrzej Szkocki
Udostępnij:
Rozmowa z Pawłem Mrozem, zawodnikiem Wilków Morskich Szczecin.

- Jak to się stało, że tak doświadczony zawodnik wybrał ofertę klubu z I ligi?

- Bardzo lubię wyzwania, dlatego jeżdżę po różnych ligach. Powrót do I ligi po prostu się trafił. Wilki przedstawiły dobrą ofertę. Nie chciałem czekać dłużej na inne propozycje. Tutaj mi wszystko odpowiadało. Zdecydowałem się na podpisanie kontraktu i jestem w Szczecinie.

- Czym włodarze klubu zachęcili pana do złożenia tego wspomnianego wcześniej podpisu?

- Rozmawialiśmy o wielu czynnikach. Jednym z nich był głód sukcesu sportowego. Ponadto klub jest konkretny, ma dobre perspektywy i fajne cele. Bardzo chcę pomóc w osiągnięciu tego, o czym rozmawialiśmy z prezesami.

- Jedną z zawodniczek Chemika Police jest pańska siostra - Katarzyna Mróz. Czy miało to jakikolwiek wpływ, przy zawarciu umowy z Wilkami?

- Oczywiście, że jakiś mały wpływ był. Zawsze jest dobrze mieć obok swoją rodzinę. Na pewno jest raźniej. Jednak nie był to najważniejszy czynnik negocjacji.

- Nie przestraszył się pan tego, że Wilki Morskie to beniaminek i dopiero z panem w składzie zadebiutuje na parkietach I ligi?

- Jest tutaj kilku bardzo doświadczonych i ogranych zawodników. Grałem z Pawłem Kowalczukiem. Ponadto jest Piotr Pluta, Marcin Stokłosa oraz Marcin Flieger. Nie uważam, by przejście do Szczecina było dla mnie krokiem w tył. Mamy swoje cele i chcemy o nie mocno powalczyć

- W takim razie, co będzie waszym celem w tym sezonie?

- Jedno jest pewne. Wszyscy chcemy zdobyć dla Szczecina fazę play off. Jak już dostaniemy się do tej czołowej ósemki, to myślę, że z tym składem możemy ugrać dosyć dużo. Na razie skupiamy się na walce o play off i na tym, by piąć się w górę tabeli. Zobaczymy, jak się to skończy.

- Myśli pan, że w Szczecinie jest dobra atmosfera do tego, by koszykówka się rozwijała, by ten najwyższy poziom rozgrywkowy wrócił do tego miasta?

- Mam taką nadzieję. Ten region Polski potrzebuje koszykówki na najwyższym ligowym poziomie. Kiedyś była tutaj ekstraklasa. Nie chcę obiecywać, czy w tym sezonie uda się wywalczyć taki sukces, czy też nie. Mogę tylko obiecać, że będziemy robić wszystko, by się do tego zbliżyć. Jesteśmy beniaminkiem, mamy chłodne głowy, mamy czas. Nie ma presji wyniku. Gramy swoje i zobaczymy.

- W barwach Wilków rozegrał pan tylko jeden mecz. Później przytrafiła się kontuzja. Co panu dolega i jak długo potrwa rehabilitacja?

- Mam naderwany mięsień w łydce. Powoli wracam do treningów, na razie jeszcze pracuję indywidualnie, z boku. Jednak jest coraz lepiej, ale nie mogę jednoznacznie stwierdzić, kiedy wrócę do gry. Urazy mięśniowe potrzebują czasu, ta rana musi się porządnie zasklepić, żeby kontuzja się nie odnawiała.

- Mamy koniec października. Jest pan z tym zespołem od kilku miesięcy. Jak ocenia pan tę drużynę?

- Trudne pytanie. Wciąż się poznajemy. Zagraliśmy dopiero parę kolejek, ja wystąpiłem w jednym meczu, później przytrafiła mi się kontuzja. Wszystko jeszcze przed nami.

- Kilka dni temu dowiedzieliśmy się o uszkodzeniu parkietu w Szczecińskim Domu Sportu. Jest pan bardzo doświadczonym zawodnikiem. Zjeździł pan kawałek koszykarskiego świata...

- ...(śmiech) ale takiej sytuacji jeszcze nie spotkałem. To dla mnie nowość. Jest sporo problemów z tego wynikających. Nie mamy gdzie trenować. Trenerowi Markowi Żukowskiemu w ostatnim momencie udało się zarezerwować salę przy ul. Świętoborzyców. Jakoś trzeba sobie radzić. Może tak być, że najbliższy mecz zagramy na dwa różne kosze na tej hali.

- Ma to jakiś wpływ na to, co dzieje się na parkiecie?

- Na pewno ma jakiś wpływ. Inaczej się gra na hali, w której się trenuje i którą się dobrze zna. Na wyjazdach wygrywanie zawsze jest trudniejsze. Mam tylko nadzieję, że takie spotkania jak w Kutnie już się nam nie przydarzą.

- Wielu zawodników, którzy pierwszy raz przyjeżdżają do hali Szczecińskiego Domu Sportu narzeka na tablice. Zdążył już pan zauważyć ich specyficzne właściwości, o których w Polsce krążą legendy?

- (śmiech) Oczywiście, że tak. Jak się dobrze przyceluje, to wszystko wpada. Nigdy wcześniej nie widziałem, by przy rzutach osobistych rzucać o deskę i trafiać tyle rzutów. Trzeba się przyzwyczaić. SDS to specyficzna sala. Ja staram się rzucać, tak jak się nauczyłem i nie korzystam z tej tablicy. Dla gospodarzy na pewno jest to wygoda, a dla gości coś nowego.

- Jak wyglądają pańskie relacje ze Szczecinem. Są tylko zawodowe?

- Miasto mi się podoba. Wszystko jest w porządku. W zeszłe lato przejeżdżałem przez Szczecin i tak mówiłem sam do siebie, że to bardzo piękne miejsce. Jak już dotarłem do Szwecji dostałem telefon od prezesa Wilków z propozycją gry. Jestem bardzo zadowolony. Oby tak dalej.

- Jakieś ulubione miejsca już pan ma?

- Chyba wciąż nad takimi pracuję. Do żadnych klubów nie chodzę (śmiech). Jest się gdzie wybrać na spacer. Lubię wodę, mam blisko rodzinę, jeżdżę na ryby, więc jest co tutaj robić.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Głos Szczeciński
Dodaj ogłoszenie