Poznaliśmy ją jeszcze jako nastolatkę, jeden z głosów Sistars. Od tego czasu na scenę wracała zarówno z solowymi projektami, jaki i zespołowymi. Raz było o niej głośno, raz trochę ciszej. W ubiegłym roku wydała pierwszy album pod swoim nazwiskiem, a dosłownie kilka tygodni temu dołączyła do muzycznej rodziny szczecinianina Sylwestra Ostrowskiego. Jak udaje się jej utrzymać takie tempo?

Zobacz galerię

Co znajdziemy na Twojej obecnej playliście?

- Ostatnio słucham namiętnie Bille Holiday, Moses'a Sumney'a , Masego, Kendricka Lamara, płyty Keyona Harrolda, szczególnie „Mugican” gdzie śpiewają moi ulubieńcy, czyli Georgia Anne Muldrow, Jermain Holmes i Bilal. Czasem słucham też suit Bacha, preludiów Debussego czy tybetańskich mis.

Co do Keyona Harrolda, to niedawno dołączyłaś do jego muzycznej rodziny, której głową jest Sylwester Ostrowski. Jak się poznaliście?

- Sylwestra poznałam przy okazji koncertu na Festiwalu Młodych Talentów, mniej więcej dwa lata temu. Wtedy również pracowaliśmy z amerykańskimi muzykami, m.in. z Kelvinem Sholarem i Ericem Allenem. Było bardzo przygodowo. Naprawdę lubię podejście Sylwestra do organizowania wydarzeń, nie czuć w nich żadnych granic. Lepi nas muzyka, która jest ponad wszystkimi podziałami. Jeśli chodzi o Keyona, to słyszałam go w wielu utworach, pamiętam też jego nazwisko z filmu „Miles Ahead”. To on spośród tylu znakomitych muzyków został wybrany do nagrywania trąbki w soundtracku opowieści o Milesie.

Przy okazji projektu poznałaś też Pharoahe Moncha, jednego z bardziej uznanych raperów w historii. Jakie odczucia towarzyszyły Ci podczas pracy nad nad utworem „Lyric”? Pojawiła się trema?

- Ostatnio zastanawiam się nad sprawą strachu, tremy i wszystkich dziwnych uczuć towarzyszących ludziom podczas występów. Powoli zaczynam zauważać u siebie, że kompletnie mnie to opuszcza. Myślę, że kiedy włączam record albo kiedy realizator otwiera front i padają pierwsze dźwięki koncertu, to od tego czasu, poza odnajdywaniem się w przestrzeniach utworu, niewiele się liczy. Podobnie było z Pharoahe Monchem. Z jednej strony nie dowierzałam, że wezmę udział w tym spotkaniu, a z drugiej miałam poczucie, że to zupełnie naturalne. Wychowałam się na jego muzycznym stylu. Kiedy urodziłam pierwszą córkę, codziennie słuchałam numeru Pharoahe’a „Hold On”. Zaczyna się on słowami Erykah Badu do swojej córki: You are beautifull / Do You know that? Z kolei do „Push” doskonale pamiętam jak się bawiłam.

Album „When You Are Here” w większości był produkowany w Stanach. Odległość miała wpływ na proces tworzenia?

- Dzięki internetowi byliśmy z Keyonem w stałym i dość późno-wieczornym kontakcie. To były godziny, kiedy dzieci już spały, więc mogłam zaszyć się w pracowni i spokojnie wysyłać tracki przez oceany.

Jesteście już po pierwszych wspólnych występach. Na próbach od razu udało Wam się złapać wspólną więź?

- Moja jesień jest super gęsta w koncerty i nasze pierwsze spotkanie odbyło się bardzo „na styk”. Fizycznie poznaliśmy się o 7 rano, a o 8 graliśmy już na żywo. Jeszcze przed występem powiedziałam chłopakom, że czuję, że jestem „tą nową”, bo przecież oni się już dobrze znają. Na co Keyon odpowiedział - we sent tracks, that was intimate, we know each other Paulina. Wtedy poczułam, że ma rację, że czuję to samo. Czasami wystarczy wymienić kilka fraz, żeby się polubić.

Wasz projekt jest wędrówką przez różne style muzyczne: od jazzu, soulu, hip-hopu po r'n'b, a nawet odrobinę rocka. Na Twojej solowej płycie „Chodź tu” również słychać różne intrygujące brzmienia. Dlaczego eksperymentowanie jest tak ważne?

- Dobre jest podążanie za pasją i pozwalanie sobie na odważne ruchy. Przynajmniej tak długo, jak jest to szczere. Nie lubię kompromisów. Chyba jestem już za stara, żeby się bać i wstydzić. Nie chce mi się, mam za dużo obowiązków i za dużo planów do zrealizowania.

A czy za eksperyment można uznać nową wersję „Sutry”? Razem z siostrą długo odpychałyście od siebie pytania o powrót do czasów Sistars, a tu nagle taki projekt.

- Wszystko zatacza kręgi, moda wraca, brzmienia wracają, gatunki też... W człowieku co siedem lat wszystkie komórki przechodzą totalną odnowę, a ten numer ma już chyba z piętnaście lat, więc to był dobry moment, by zabrać się za niego jeszcze raz. Ciekawie pracowało się z tej perspektywy. Wzięłyśmy do ręki stare, obejrzałyśmy je z każdej strony i dokładnie przefiltrowałyśmy przez uszy młodych producentów i wokalistów.

A jak pracowało się z tymi młodymi, czyli Kubą Traczem i Igorem Walaszkiem lub raczej Bassem Astralem i Igo?

- To zdecydowanie muzycy z otwartymi głowami i w dodatku wrażliwcy, a ci nie mają dla mnie wieku. Jeżeli łapiemy wspólny lot, to numer ma wszystko, czego mu trzeba. Trudno było wyrazić słowami, o co nam dokładnie chodzi, ale kiedy się spotkaliśmy i przestaliśmy gadać, Kuba odpalił sampler, a nasza trójka chwyciła za mikrofony - to po prostu poszło samo.

Bass Astral i Igo są również producentami nowej „Sutry”. W Polsce mamy taką tendencję, że zasługi za finalny efekt utworu przypisuje się wokaliście. Z czego to wynika - z niewiedzy słuchaczy czy ze słabo rozwiniętej kultury producentów w naszym kraju?

- Myślę że słuchacz, ale nie muzyk i nie człowiek z branży - nie zastanawia się nad tym, kto co robił w piosence - kto gra na gitarze, a kto wymyślił linię wokalną i szczerze powiedziawszy nie uważam, że musi. To nie jest ambicjonalna parada talentów tylko piosenka, która wpisuje się w dzieje kultury i ma za zadanie przekazać ludziom emocje, ukojenie, przebudzenie, a może chwilę relaksu czy zapomnienia w tańcu. I to jest ok. Myślę też, że świadomość istnienia producentów czy twórców muzyki elektronicznej, którą często tworzy jeden człowiek, jest coraz większa. Dużo się mówi o Mura Masa, Flying Lotusie czy Smoliku, którzy raczej nie śpiewają, ale za to z powodzeniem wyprzedają sale koncertowe.

Od premiery płyty „Chodź tu”, czyli od zeszłego roku, bardzo dużo mówi się też o Tobie. Nie masz za złe, że wcześniejszy projekt Rita Pax nie został tak mocno zauważony?

- Nie za bardzo jest komu mieć cokolwiek za złe. Recenzje Rity Pax były super, zagraliśmy sporo świetnych koncertów i wydaliśmy dwie płyty. Może graliśmy dla mniejszego grona odbiorców, ale to nie zmieniło naszej frajdy czy zaangażowania w muzykę. Myślę, że jeszcze na pewno nagramy kilka kawałków i ruszymy w trasę.

Mocno został za to zauważony singiel „Dzielne kobiety”. Po jego publikacji szybko przypisano Ci łatkę zatwardziałej feministki. Czujesz się tak?

- (śmiech) Na bank jestem feministką i mam nadzieję, że wszyscy kiedyś będziemy, ale nie czuję się w niczym zatwardziała.

Myśli, że feminizm może być zjawiskiem negatywnym?

- Zdarzają się niewłaściwe interpretacje feminizmu albo zagubienie w środkach, w walce o równouprawnienie. Nie oszukujmy się. Bycie kobietą w patriarchalnym świecie bywa frustrujące, a wybuchy frustracji bywają agresywne. Myślę jednak, że kiedy przeanalizujemy procentowo wszystkie akty przemocy, nadużycia kobiet wobec mężczyzn, a wyniki zestawimy z nadużyciami mężczyzn wobec kobiet, to bardzo agresywnie działające feministki okażą się bardzo, ale to bardzo małym problemem dla społeczeństwa. Dla mnie feministka czy feminista to człowiek, który po prostu uznaje równe prawa kobiet i mężczyzn. A to nazywa się człowieczeństwem.

Wideo: Magazyn MM Trendy, odcinek 13