Marin Tybura: Nie czuję się największym pechowcem w UFC. Nerwy odbiję sobie wygraną

Tomasz Dębek
Tomasz Dębek
Tybura (z lewej) w niedzielę zmierzy się z twardym Brazylijczykiem
Tybura (z lewej) w niedzielę zmierzy się z twardym Brazylijczykiem youtube/UFC
Udostępnij:
Do trzech razy sztuka? Dwie ostatnie walki Marcina Tybury (14-2) odwołano. W niedzielę nad ranem czasu polskiego na gali UFC 209 czołowy polski zawodnik wagi ciężkiej zmierzy się z Brazylijczykiem Luisem Henrique Barbosą de Oliveirą (10-2).

W październiku miał Pan walczyć z wysoko notowanym Derrickiem Lewisem, już po Pana przylocie na Filipiny galę w Manili odwołano. Kolejna gala, UFC 208 11 lutego, najpierw komisja nie dopuszcza do walki z Panem Luisa Henrique, a Justin Willis, który miał go zastąpić, zasłabł przed ważeniem i trafił do szpitala. Galę oglądał Pan z trybun. Czuje się Pan największym pechowcem w UFC?
Może nie największym, ale na pewno poczułem, że delikatny pech faktycznie mnie prześladuje. To sytuacja bez precedensu, odwołano mi dwie walki z rzędu, i to niemal w ostatniej chwili. Liczę jednak na to, że wszystko skończy się dobrze. I odbiję sobie nerwy zwycięstwem.

Jak na Pana wpłynęło zamieszanie przed niedoszłą walką w Nowym Jorku?
Kiedy na ważeniu usłyszałem, że do pojedynku nie dojdzie, trochę się załamałem. Ciężko przepracowałem przygotowania, do walki było tuż, tuż, a znów przeżyłem rozczarowanie, jak wcześniej w Manili. Na zamartwianie się nie miałem dużo czasu. Już po kilku godzinach dostałem informację, że niedługo będę miał kolejną walkę. Skupiłem się tylko na niej. Jestem w Las Vegas, czuję się świetnie. Nie widać u mnie żadnego uszczerbku na formie. Myślę, że w niedzielę będzie dobrze.

Z Nowego Jorku wrócił Pan do Polski, niedługo później czekał Pana kolejny lot przez Ocean, do Las Vegas. Miało to wpływ na przygotowania?
Między UFC 208 i 209 były trzy tygodnie przerwy. Nie było innej możliwości, trzeba było wrócić do Polski. Robiliśmy normalne treningi, na sparingach wszystko wyglądało dobrze. Nie wydaje mi się, żeby przesunięcie terminu walki o trzy tygodnie było jakimś dużym problemem. W przeszłości zdarzały mi się podobne sytuacje, wiem co robić, żeby forma nie uciekła.

Trudno było podtrzymać szczytową formę przez trzy tygodnie?
Na początku trochę się tego obawialiśmy. Okazało się jednak, że pod względem fizycznym nie miałem problemów. Trudniej już było poukładać to sobie w psychice, powrócić do bardzo ciężkich treningów na sali. Ale udało się, na ten moment wszystko przebiega bez żadnych kłopotów.

Nie uważa Pan, że Willisowi zabrakło profesjonalizmu? Amerykanin między walkami waży więcej niż górny limit kategorii ciężkiej, a nadprogramowe kilogramy to tłuszcz, nie mięśnie. Podczas zbijania wagi jego organizm odmówił posłuszeństwa i został Pan na lodzie...
Trudno mi mieć do niego duże pretensje. Nie wiem, jak chciał to sobie rozegrać. Wziął walkę na dziesięć dni przed galą. Szkoda, że nie przewidział tego, że będzie miał problemy przy robieniu wagi. Może gdyby zdawał sobie z tego sprawę, udałoby się znaleźć innego rywala? Ale wziął walkę, stało się, już tego nie zmienimy. Ja nie mam zamiaru zrzucać winy na niego. Ani na nikogo. Willis był zastępstwem dla Luisa Henrique, którego do walki nie dopuściła komisja. Takie zbiegi okoliczności czasem się zdarzają, trzeba się z tym jakoś pogodzić.

Brazylijczyk nie dostał zielonego światła od nowojorskiej komisji, która zakazała mu walki ze względu na przebytą w przeszłości operację oka. Trzy tygodnie później komisja ze stanu Nevada nie ma z tym żadnych problemów. Trochę to dziwne.
No tak, mnie też wydaje się to dziwne. Z tego co wiem, Luis przeszedł tę operację dwa lata temu. Ale w tym przypadku nie chodzi chyba o czas, ale raczej o rodzaj zabiegu. Komisja z Nowego Jorku zapowiedziała chyba nawet, że nigdy nie dopuści Brazylijczyka do walki w ich stanie. Będzie miał więc ograniczone pole do kontynuowania kariery. Takie sytuacje są dziwne. Wiadomo, że każdy zawodowy sportowiec ma jakieś uszczerbki na zdrowiu. Tym bardziej w tak wymagającej dyscyplinie jak MMA. Moim zdaniem komisja podeszła do sprawy Luisa zbyt restrykcyjnie. Ale nic z tym nie możemy zrobić.

Widziałem w mediach społecznościowych, że w Stanach trenował Pan w znanym klubie Xtreme Couture. Jakie wywiózł Pan wrażenia?
Przylecieliśmy do Las Vegas w piątek, od tego czasu faktycznie trenowałem w Xtreme Couture. Ale ćwiczyłem przede wszystkim pod okiem mojej ekipy, nie miałem dużego kontaktu z miejscowymi trenerami. Jeśli chodzi o warunki do trenowania, były świetne. W każdym klubie w Vegas stoją one na bardzo wysokim poziomie. A tym bardziej w tak znanym. Życzyłbym sobie podobnych klubów w Polsce.

Zmiana rywala z Luisa Henrique na Justina Willisa i z powrotem wiązała się z dużymi modyfikacjami w planie na walkę?
Nie. Wiele elementów, które przygotowaliśmy na Luisa, chciałem wykorzystać w pojedynku z Justinem. Nie przejmuję się szczególnie zmianą rywala, plan na obu był podobny. Nie ma tu jakiejś wielkiej filozofii, trzeba zrobić swoje i wygrać. A zmieniać plan, kiedy coś będzie szło nie tak jak powinno.

Pańska walka została wyróżniona na karcie wstępnej niedzielnej gali. Zaraz po Panu i Luisie Henrique kartę główną otworzą dwie legendy wagi ciężkiej, Mark Hunt i Alistair Overeem. Ma Pan swojego faworyta w tym pojedynku?
Kariery Hunta i Overeema śledzę już dość długo. Lubię i kibicuję obu. W tym przypadku będę jednak za Markiem. Myślę, że powinien wygrać. Overeem pokazał w ostatnich walkach, że jego szczęka nie jest już tak wytrzymała jak kiedyś. A Nowozelandczyk ma potężne uderzenie i dużą odporność na ciosy.

Przed UFC 208 mówił Pan, że gdyby miał wymarzyć sobie miejsce do walki, postawiłby właśnie na Nowy Jork. Tam się nie udało, ale na pojedynek w Las Vegas też chyba nie ma Pan co narzekać?
Oczywiście. Narzekać trochę mógłbym tylko na to, że musiałem tak długo czekać na walkę. Miejsce jest równie wspaniałe co Nowy Jork. W przeszłości w Las Vegas odbyło się mnóstwo wydarzeń sportowych, zwłaszcza dla sportów walki to prawdziwa Mekka. Chyba dla każdego zawodnika to niesamowicie ciekawe miejsce. Trudno nie marzyć o tym, żeby kiedyś stoczyć walkę w Vegas. Ja mam okazję na spełnienie tego marzenia. Skoro już mój pojedynek miał zostać przesunięty, to cieszę się, że trafiło właśnie na Las Vegas.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Materiał oryginalny: Marin Tybura: Nie czuję się największym pechowcem w UFC. Nerwy odbiję sobie wygraną - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Głos Szczeciński
Dodaj ogłoszenie