Marek Kondrat: Nie potrzebuję pieczątki z napisem "Polska"

Anita Czupryn
Od dawna pilnuję się, aby nie mówić w imieniu Polaków, albo w imieniu większości. Zgłaszam tylko swoje zdanie
Od dawna pilnuję się, aby nie mówić w imieniu Polaków, albo w imieniu większości. Zgłaszam tylko swoje zdanie Arkadiusz Ławrywianiec
Kiedy wszedłem na podest, by przeczytać preambułę konstytucji, nie mówiłem: „PiS - nie! Platforma - tak!” Dziś nie mam partii, którą miałbym wskazać - mówi Marek Kondrat

Historia świata, ale też historia literatury pokazuje, że wino zmieniło niejedno życie. Pisze Pan o tym w swojej książce, pt. „Winne strony. Opowieść o pasji, która zmienia życie”, jaka niedawno ukazała się w księgarniach. Czy w Pana przypadku można powiedzieć, że dla wina rzucił Pan aktorstwo?
Chyba nie. Jakby nie patrzeć, te dwa wydarzenia się zbiegają, ale jedno nie warunkuje drugiego. To znaczy - nie spotkałem wina po to, żeby rzucić aktorstwo, ani nie rzuciłem aktorstwa po to, żeby się zająć winem. Te dwie rzeczy zazębiają się ze sobą, bo dzieje się to mniej więcej, aczkolwiek nie radykalnie, w tym samym czasie. Winem zająłem się wcześniej, w ostatnich latach trwania pierwszego projektu, który się nazywał Prohibicja.

Czyli sieć barów w stylu amerykańskim, jaką otworzył Pan razem z Wojciechem Malajkatem, Zbigniewem Zamachowskim, Bogusławem Lindą w latach 90.
Razem z kolegami, tak. W ostatnich latach życia tego projektu zajęliśmy się także importem wina. A żeby go importować, postanowiłem się trochę nauczyć, więc pojechałem na kurs do Bordeaux.

I pierwszy raz zobaczył Pan winnicę.
Usłyszałem słowa dookoła wina, zobaczyłem ład, porządek, spokój, nie mówiąc o urodzie, która jednym się podoba, drugich nudzi. Stwierdziłem, że jest w tym coś niesłychanie powabnego i bardzo różniącego się od tego, co robię, w związku z tym pewnie zostało tknięte jakieś naczynie, które sygnalizowało mi, że to, co robię, w jakimś sensie jest wypełnione, albo się wypełnia. Gdybym nie spotkał tej winnej krainy, to i tak to naczynie by się dopełniło i pewnie, w naturalny sposób wyszedłbym z zawodu aktora. Twierdzę bowiem, że zawód ten związany jest z jakąś epoką, estetyką tej epoki, z której, krotko mówiąc, wyrastam. A że w dorobku, jakby tego nie nazwać szumnie, jest strasznie dużo, bo, jak Pani wie, zacząłem swoją pracę artystyczną...

… wiem. Był Pan dzieckiem.
(Śmiech). Miałem dziesięć lat.

I zagrał Pan w „Historii żółtej ciżemki”. Cudowny był ten film.
Proszę nie mówić, że go Pani pamięta.

Niestety, pamiętam (śmiech). Powtarzali go w latach 80. w telewizji. Ale teraz, gdy wzięłam do ręki Pana książkę, przywołała mi ona inną urokliwą historię, jaką opisał John Steinbeck w „Tortilla Flat” - kalifornijskie miasteczko Monterey i grupa przyjaciół, która wszystkie pieniądze, jakie zdoła uciułać, czasem ukraść, przeznacza na wino. Tam się piło to wino galonami! I w trakcie picia tego wina, z tymi ludźmi dzieją się niesłychane rzeczy. O tym też Pan pisze w swojej książce. Zjechał Pan cały świat za winem. Jest takie miejsce, do którego Pan wraca najchętniej?
Nie ma takich miejsc, tak jak nie wskazałbym butelki wina, którą preferuję. Dlaego, że ich smaki się zmieniają nie tylko w zależności od tego, co jemy do tego wina, ale z kim je pijemy i od naszej kondycji, która też jest zmienna. Często opowiadam o tym, jak w Chile przeżyłem trzęsienie ziemi. Przed trzęsieniem odbyliśmy kolację degustacyjną, do której podano nam wina. Wszystko się zgadzało: jedzenie było świetne, nastrój doskonały, wina piekielnie mi smakowały. W nocy było silne trzęsienie, które odcięło mi drogę powrotną. Wracać mogłem tylko przez Andy, z powrotem do Argentyny. W oczekiwaniu na rozwiązanie tej trudnej sytuacji, moi gospodarze urządzili degustację tych samych win. Żadne mi nie smakowało. Żadne z tych, które dzień wcześniej, wieczorem wzbudziły szczery zachwyt.

Co za tajemnica tkwi w winie?
To jest to, co staramy się budować wokół siebie, harmonię. Wino idealne musi mieć swoją harmonię. Dotyczy ona kwasowości wina, ekstraktywności owocu, ale i taniny - garbnika, to wszystko razem musi dać człowiekowi wrażenie czegoś zamkniętego, okrągłego, żeby nic z tego nie wystawało.
Myślę sobie, że i sam winiarz powinien mieć w sobie spokój i harmonię.
Jak najbardziej. Ale on to odbiera, siedząc na kolanach dziadka, to jest ta ciągłość i trwałość.

Wracając do historii trzęsienia ziemi - w Chile Pan nie został.
Ani nigdzie indziej.Polska jest tym krajem, do którego zawsze wracam. Czy chcę? Nie pytam się na wszelki wypadek, bo równie chętnie do niej wracam, jak z niej wyjeżdżam. Takie jest moje życie - czymś się sycę, coś mnie raduje, potem potrzebuję czegoś innego. Kiedy byłem aktorem i grałem w komediach, marzyłem o rolach dramatycznych, a jak grałem w dramatycznych, to chciałem się przesiąść na komediowe. Jak dwóch wędkarzy stoi na dwóch przeciwległych brzegach jeziora, to zawsze jeden myśli o tym drugim, że on jest szczęśliwszy, bo stoi po właściwej stronie. Człowiek myśli, że tam, gdzie go nie ma, jest lepiej. Zjeżdżając więc ten świat, poszukując smaków wina, głównie jednak spotykałem się z ludźmi, którzy te wina tworzą. Poszukiwałem trwałości. Ponieważ mój pierwszy zawód, który wypełniał moje życie od dzieciństwa, był pozbawiony tej cechy. Wszystko się zmieniało, człowiek co trzy miesiące przybierał nowy kostium razem z czyimś życiem. Bez przerwy na coś się czekało. To zawód doraźnych emocji. Winnica, jak spostrzegłem, dysponuje urodą kompletnie odmienną, która mnie urzekła i tym bardziej ją szanuję.

Winnice też się zmieniają, smaki wina się zmieniają w zależności od pogody, gleby. Nie ma trwałości.
Nie chodzi mi o walory zmysłowe, tylko o wrażenia dotyczące mnie, Traktuję wino bardziej jako pojęcie, niż butelkę ze swoją zawartością. Fascynuje mnie świat, wokół wina: ludzie siedzą, rozmawiają, a wino w tej rozmowie pomaga, w tym sensie, że człowiek staje się bardziej otwarty. Ponieważ nie jest to trunek agresywny, łatwiej jest się skomunikować. Zmysły, o których Pani mówi, to poszukiwanie czegoś w winie, w przypadkach skrajnych jest czasami absurdalne i nużące, kiedy bez przerwy szuka się jakiegoś aromatu porzeczki, czy maliny. To jest dla entuzjastów, ja się tym specjalnie nie zajmuję.

A ja byłam pewna, że Pan jest tym ekspertem, który wącha kieliszek z winem i mówi: „Tu czuję smak surowego mięsa, a tu - palonych opon”.
(Śmiech). Ależ tak! Są takie zabawy, kiedy degustujemy nowe butelki. Zbieramy się wtedy tutaj w małym gronie i tego typu wrażeniami się dzielimy. Ale i tak na końcu rzecz będzie dotyczyła relacji jakości do ceny. Bo mamy sklepy, ludzi, siłę nabywczą statystycznego Polaka, który to kupuje itp itd. To są okoliczności, które mnie dyscyplinują, ale nie ograniczają potrzeby poznania ludzi tworzących wino. Zazwyczaj kooperuję z małymi, rodzinnymi firmami, które mają historię. Ona mnie ciekawi. Nie sprzedaję wina tylko i wyłącznie, ale sprzedaję też historię. Z każdej butelki, która tutaj stoi, z etykiety, która na niej widnieje wyziera jakaś znajoma twarz i obraz winnicy. Płachetko, które ma od 30 do 100 hektarów jest jego całym światem, w którym mieści się tradycja, przeszłość, codzienna praca i to, czego oczekuje od każdego roku, od wina, które dopiero za trzy czy pięć lat objawi swoje walory, bo na razie jest zgaszone, nieujawnione. To jest poezja, która mnie fascynuje, na niej buduję swój świat, który dziś jest mi bliższy. Który jest cichy i nie wymaga konfrontacji z widzem. Tę mam już za sobą.

Z winem, co podkreśla Pan w książce, wiąże się cała cywilizacja, kultura, wszystko to, co człowiek tworzy, a sama winorośl żyje tyle, co człowiek, i jak człowiek, najlepsze owoce ma w środku swojego życia. Jak na tle tej winiarskiej kultury wygląda Polska? Można powiedzieć, że odradza się winiarstwo?
Praktycznie, to ono się rodzi. Są ślady w historii, w nazwach miejscowości ale to nie był nasz trunek. Pijaliśmy piwo, okowitę, miody pitne.

A Zielonogórskie przed wojną?
To nie my, to Niemcy. To była najdalej na północ wysunięta rubież wina w Europie zanim posadzili je Anglicy. Winnice mieli nawet Norwegowie - ale pod szkłem. Bo wino wyraża imperatyw przynależenia do cywilizacji.

Teraz mamy winnice w Polsce, w różnych rejonach: na południu, na Warmii, a przede wszystkim w Lubuskiem, gdzie się winiarstwo pięknie rozwija.
I pod Szczecinem.
Właśnie. Polscy winiarze są dumni, że, często z bólem, ale wchodzimy do tej europejskiej kultury. Pan zdecydowałby się promować polskie wino?
Ależ ja to robię! Mam na półkach polskie wina i niezwykle troskliwie, a nawet z pewną pieszczotą o nich mówię, dodając bagaż znaczeń, podkreślając, że to jest droga słuszna. My się o tym dopiero przekonamy. Bo na razie konsumpcja wina w Polsce jest niska.

Trzy litry na głowę rocznie.
Oczywiście w różnych miejscach te dane są różne. Warszawa pije, powiedzmy, dziewięć, czy kilkanaście litrów. Ale są miejsca na mapie, gdzie wina nikt nie dotyka, bo to jest obcy trunek, nie wiadomo po co wydawać na nie pieniądze, właściwie się z nim męcząc.

Od 18 lat promuje Pan wino, musiał Pan zauważyć, jak Polacy zmienili do niego swoje podejście.
Zmienili, absolutnie. Tylko cały czas podkreślam, że dotyczy to pewnych środowisk, przede wszystkim miejskich. Małe miasteczka i wsie praktycznie są z tej ciekawości winem wyłączone. Zaryzykuję tezę, że wino pije ta sama grupa, która czyta książki i korzysta z innych zjawisk kulturalnych: kino, teatr i która jeździ za granicę w poszukiwaniu oryginalnego klimatu, obyczajów, a także kuchni.

Ma Pan piękny biznes, który w jakim sensie można nazwać sztuką, ma za sobą piękną karierę aktora, to po co Panu ta demokracja i chodzenie na demonstracje KOD? PiS nie zabierze Panu tego, co Pan ma.
(Śmiech). Mam nadzieję. Sam zacząłem się nad tym zastanawiać, bo jestem już w wieku, kiedy ma się za sobą różne rewolucje i teraz w zasadzie życie sprawia mi przyjemność. Już nie walczę. Poszukuję rozwiązań, które dają mi czas na przemyślenia, refleksje i na spokój. Więc nie jest to jakiś akces trwały. Raczej warknięcie ostrzegawcze, żeby mi nie imputować „przywiązania do koryta”- popularnego hasełka obrońców „dobrej zmiany”, bo ja z państwem związków zależnych nie mam od niepamiętnych czasów. Mój głos obywatelski nie jest obroną moich interesów.

To czego Pan się boi?
Zmiana ustroju przyniosła mi poczucie radości i wolności. Mam niesłychany szacunek dla wszystkich ludzi, którzy ciężko pracowali, żeby ten kraj zmienił swoje oblicze. Nie było to łatwe, bo to jest duży kraj i mieszka w nim dużo ludzi, którzy myślą różnie.

Każdy ma swoją rację.
Tak jest. Nie występuję więc w czyimś imieniu, już od dawna pilnuję się, aby nie mówić w imieniu Polaków, albo w imieniu większości. Zgłaszam swoje zdanie, które brzmi: szkoda niszczyć to, co wypracowało się z wielkim trudem z czym zwarłem swoje uczucia, nadzieje i radość. Zmiana ustroju otworzyła mi świat. Dała możliwość życia wśród ludzi, którzy nie nazywają siebie tylko Polakami i nie zamykają kraju tylko dla Polaków. Mnie nie jest potrzebna pieczątka z napisem „Polska”. Żyję tu, płacę podatki, zatrudniam ludzi, jem ten chleb i on mi smakuje. Jest OK. Ale w związku z tym, że jest OK mam od czasu do czasu odruchy sprzeciwu: „Ale tego nie chcę”.

Czego Pan nie chce?
Intuicyjnie czuję, że budowa na fałszywych zasadach nie może być trwała. Fałszywą zasadą jest to, że nowa władza próbuje skonfrontować ludzi ze sobą, jednych nazywa tak, a drugich nazywa inaczej. Że występuje w imieniu jednej grupy, nie biorąc pod uwagę potrzeb, ambicji i wrażliwości drugiej. Ta konfrontacja to próba wskazania „winnych” słabego samopoczucia tych, którzy tę władzę wybrali. To jest fałsz. Dlatego, że tych grup tak się podzielić nie da. Bojownik o nową rzeczywistość mówi w Sejmie, że prawo ma służyć narodowi i to naród ma stworzyć prawo. Mówiąc: „naród” ma na myśli swoich wyborców. Ale nie cały naród to grupa, która wybrała obecną władzę.

Mówi Pan o panu Kornelu Morawieckim.
Tak. Delikatność władzy wymagałaby poszanowania wrażliwości wszystkich, którzy tu są. Nie mówię, że to jest łatwe. Właśnie dlatego prawo swoją stabilnością winno chronić od dorażnych porywów przedstawicieli „narodu”. Kuglowanie prawem jest niebezpieczne. I to tylko tyle, albo aż tyle. Nie mam żadnych rewolucyjnych pomysłów.
Pani Krystyna Janda opublikowała w internecie listę „zdrajców narodu”. Pan też jest na tej liście.
Też jestem? A, to nie jest źle (śmiech). Kiedy wszedłem na podest by przeczytać tekst preambuły konstytucji nie mówiłem: “„PiS - nie! Platforma - tak!” Dziś nie mam takiej partii, którą miałbym wskazać. Nie ma o czym gadać.

To co się Panu podobało w rządach Platformy?
Przede wszystkim miałem poczucie spokoju. Choć nie jestem bezkrytyczny, wiele rzecz mi się nie podobało.

Jarosław Kaczyński się Panu nie podoba?
Jarosław Kaczyński jest bardzo błyskotliwy, ale ja twierdzę, że jego inteligencja i błyskotliwość idzie w gwizdek. To znaczy w stronę destrukcji, a nie budowania. Nie wiem, o co mu chodzi? W którą stronę zmierza? Nie wierzę także, by komukolwiek od tych pomysłów było lepiej. Łącznie z tymi, w imieniu których dziś rządzi. Dobrze by było, żeby nam to wyjaśnił, zamiast napuszczać jednych na drugich. Jak się mieszka w jednym domu, to lepiej się dogadać, czy pozabijać?

Patrzę na Pana i widzę, że Pana twarz wydaje mi się podobną do Antony’ego Hopkinsa, wspaniałego aktora. Ale jest to też twarz Hannibala Lectera.
Podoba mi się to porównanie (śmiech).

Zagra Pan znów u pana Marka Koterskiego?
Nie i on to dobrze wie. Wyzwoliłem z tego świata. Nie interesują mnie historie, zwłaszcza historie mojej ojczyzny

A teraz jest dobry czas na takie filmy!
Winszuję, niech się uda, ale tym bardziej mnie to zniechęca. Marek Koterski wypuścił taką kropelkę, z której, jak się okazuje, zrobiła się potężna rzeka ludzi utożsamiających się z życiem bohatera.

Wszyscy jesteśmy Chrystusami?
Tak, ale to przede wszystkim film o uzalenieniu. Mówię też o „Dniu Świra”, o człowieku uwikłanym ze swoją wrażliwością, wykształceniem, w życie. Obojętne, czy ono się dzieje tu, czy nie tu, ale tu mamy rozpoznawalne sztandary. Nasz romantyzm i nasze poczucie humoru. To coś niebywałego, że z jednej strony tkwimy w jakimś mirażu towiańszczyzny i symbolizmu II części „Dziadów”, a z drugiej - z poczuciem humoru na miarę groteski Mrożka. To są rzadkie na świecie cechy.

Pan się czuje spełniony?
Jestem zadowolony. Po raz pierwszy mam wrażenie, że panuję nad czasem. To jest profit niezaprzeczalny. Nie reaguję nerwowo jak dzwoni telefon, jak pada tytuł, w jakim mam zagrać, kiedy zwykle rozpościerał się wachlarz wyobraźni, a co to będzie, a z kim, a kto reżyseruje, a ile to będzie trwało, a gdzie, czy lato będziemy kręcić w listopadzie, czy też zimę w lipcu.
Jeśli Pan o tym mówi, to się zastanawiam, czy jednak Panu tego życia aktorskiego ciut nie żal. Tej swobody, męskiego życia, pięknych kobiet, czerwonego dywanu...
Nie, nie (śmiech). Tego nie.

A tego, że jest Pan sławny, że ludzie lubili Pana oglądać, do dziś wspominają „Zaklęte rewiry”, „CK Dezerterzy”...
Zagrałem w ponad stu filmach, nie wymieni pani wszystkich.

Wszystko Pan w aktorstwie osiągnął?
Nie wiem, czy wszystko, ale mnie to wystarcza. Mam poczucie takiego spełnienia, które sprawia, że mogę sobie pewnego dnia powiedzieć: dosyć.

Kiedy oglądam te słynne reklamy, w jakich Pan występuje, to myślę, że przynajmniej tutaj realizuje Pan tę swoją żyłkę aktorską.
To jest związek długi i zupełnie osobny. Za chwilę będzie 20 lat, od kiedy współpracuję z jedną potężną finansową instytucją. To ewenement na skalę światową. Żyjemy w bliskiej atmosferze, ale jest ona oficjalna. Poszedłem troszkę inną drogą, niż wszyscy moi koledzy, kiedy zaczynaliśmy kooperację, kiedy się rodził nowy kraj. Nie tyle oddałem swoje nazwisko i to, co tego nazwiska dotyczyło, ale także zbliżyłem się do dziedziny. Spotykałem się z nimi, jeździłem na konferencję mimo że nie musiałem tego robić. I stało się tak, że nie jestem jakimś facetem z plakatu, w ogóle nie znany, albo znany z kina. Dalej prowadzę konferencje, mam przyjaciół, ze wszystkimi jestem na ty, znam miejsca w których oni pracują, znam klientów. To jest już mój Bank.

Gdy wyszło na jaw, że wziął Pan udział w demonstracji KOD-u, to znaleźli się klienci, którzy głośno zaprotestowali - że sobie tego nie życzą. To nie zepsuje Pana relacji z bankiem?
Bank, w krótkiej odpowiedzi na internetowe komentarze jasno określił swój stosunek do sprawy. Jestem dorosłym i wolnym człowiekiem, z którym podpisał kontrakt na promowanie produktów bankowych, a nie tego, co myślę i jak żyję. Tu jesteśmy w absolutnej zgodzie i nie sądzę, aby się to odbijało na klientach. To są zbyt dalekie wyobrażenia. Zwłaszcza, że odczytanie preambuły Konstytucji w ramach protestu przed łamaniem jej, jest wyrazem odpowiedzialnej postawy obywatelskiej, a nie politycznej.

Życie to ciągłe wyzwania, a zatem, co dalej? Co teraz będzie się działo w Pana życiu?
Dalej oznacza mniej możliwości. Kiedy się przejdzie okres najlepszego owocowania, na który to cytat z mojej książki się pani powołała, to potem człowiek z tego wąskiego przejścia wychodzi na otwartą łąkę, na której właściwie wszystko jest sprzyjające. Wierzę, że w życiu jest coś za coś. Człowiek tracąc urodę, powab i gładkość, zyskuje smak chwili. Gdyby mnie pani zapytała o sens życia, to byłoby mi trudno odpowiedzieć, czy ono w ogóle ma jakiś sens. Ale sam fakt przeżywania chwil, bez stawiania sobie celów, dążeń, sprawia, że życie jest bardziej sprzyjające.

Ale przecież człowiek zawsze na coś czeka! Pan nie?
Nie stawiam sobie takich obrazków: „Co jeszcze, co jeszcze?”. Jest pewna doza przeżyć doraźnych, które jakąś namiastkę sensu dają.

Nie znalazł Pan sensu w życiu?
To temat na dłuższą rozmowę.

Najnowsze informacje dot. koronawirusa

Wideo

Materiał oryginalny: Marek Kondrat: Nie potrzebuję pieczątki z napisem "Polska" - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 24

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Podaj powód zgłoszenia

A
Ala

Sprzedał się za reklamę dla ING. Teraz pewnie s....a w gacie bo nie wiadomo czy kontrakt za tą reklamę był całkowicie na legalu. Jeśli coś było nie tak to ma prawo się obawiać. Bo jakby wyszło że tak jak nasz były prezydent (Bolek) jest takim patryjotą że podatki płaci za granicą to nie ciekawie by wyglądał.

a
aa

Typowe dla chamstwa.Jak się nie ma argumentów to się obrzuca wyzwiskami

O
Oskar

Wielki szacunek za wspaniałe aktorstwo, mądrą, niebanalną postawę życiową, konsekwencję. I wyczuwalną zwykłą LUDZKĄ przyzwoitość. Wszystkiego najlepszego, oby nikt i nic nie przeszkodziło Panu w smakowaniu chwili.

J
Ja

Wycofałem wszystkie pieniądze. Bank, którego facjatą jest Kondrat, nie zarobi na mnie. I funduszu emerytalnego INg też się wycofam.

s
sopel lodu

która powinna być wzorem dla artystów i aktorów...czyli neutralność wobec partii rządzących...skierowanie na sztukę a nie zajmowanie się polityką bo od tego są inni

s
staru komuch

Towarzyszu Kondrat, takie bajki o polityce to opowiadajcie waszej żonie (tej w wieku waszej córki).

*****

Nie trzeba być aktorem by ćpać, i chlać jak świnia. Dw lubi dłubać w każdej misce tylko nie swojej, popatrzcie lepiej wszyscy na siebie bo daleko wam do ideału.

(nie)POPRAWNY

Oj stoczyl sie niziutko Ten "ciul" od lepszych "jaboli" !!!

B
BiBa

W średniowieczu substytutem na nudy mieszkańców dworów królewskich były objezdne budy z grajkami i aktoreczkami. Budy przywoziły ze sobą radość dla pań i panów, i często tak sobą znudzonych w pozłacanych alkowach. Z kolei lud, zgromadzony u dworu, również miał nieco uciechy w swym szarym i trudnym życiu.
W średniowieczu nigdy nie weszło nikomu do głowy, by z objazdowych grajków i filuternych aktoreczek czynić postaci godne jakiegoś zaszczytu. Ot, grajkowie i aktoreczki przyjeżdżały, po czym odjeżdżały pograć i aktorzyć innym chętnym
Natomiast począwszy od XX wieku, to bolszewicka ideologia - wzorców osobowych potrzebowała dla tych przez siebie uciemiężonych - poczyniła z osób o zawodzie cyrkowym osoby mające niby być tymiż wybitnymi.
Wynalazki John L. Baird, i operatywność bractwa opanowującego wzgórza Hollywood, proces pozerstwa spotęgowały.
Telewizja stała się codziennym nośnikiem licznych zastępów grajków i aktorzyn, a bardzo często alkoholików i ćpunów. Jednakże, nie jest akurat tak, ażeby grajkowie i aktorzyny, do tego z szeregiem dewiacyj, stały się u wszystkich postaci godnymi akurat podziwu. Gdyż te zastępy, grajków i aktorzyn, są prędzej ważne im samym, megalomanom, niż innym.

G
Gość

A trzeba było siedzieć cicho i spijać z piwniczki te swoje "francuskie" sikacze.

G
Gość

Żałosny jest ten były aktor a obecnie aktorzyna wygłaszający jeden i ten sam tekst w reklamie banku.
Jak to chciwość na łatwe pieniądze z reklamy potrafiła go zeszmacić i spowodowała, że nie mam dla niego szacunku !!!

z
zadowolony

nie widziałem tych reklam od kilku tygodni ani na polsacie ani na TVN-ie

G
Gość

Jednak już zupełnie odosobnionym zjawiskiem, i absolutnie tymże nie zrozumiałym, są właśnie rozliczni reklamodawcy.
I którzy reklamy produktów zlecają jednostkom społecznym o znikomym poparciu wśród większości społeczeństwa.
Wniosek, konsument, nie utożsamiający się jednostkami „kondrato analogicznymi”, po prostu powinien unikać kupna wszystkich tych wyrobów, które są reklamowane akurat przez jednostki przez niego totalnie nieakceptowalne.
Efekt, sam się pojawi! Reklamodawcy, niezarabiający, zaczną reklamy przekazywać do osób szerzej akceptowalnych.
I innego sposobu nie ma, aby jednostki rodzaju „kondratowych” stały się bardziej akceptowalnymi i mniej nihilistycznymi.

R
Roland

Podzielam pogląd profesora choć nie zgadzam sie z nim w innych poglądach !!!!

k
konrat won !

konrat jesteś żałosnym lewakiem i pijakiem . Wszystko co się z toba kojarzy to zło

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3