Kowal zawinił... Australijkę zatrzymali

Michał Fura, 15 października 2004 r.
Przebywająca w Świnoujściu Polka z Australii twierdzi, że policja naruszyła jej godność, zatrzymując ją na oczach innych ludzi. Wszystko dlatego, że została posądzona przez ekspedientkę w sklepie o kradzież. Zarzut okazał się nieprawdziwy. Policja nie ma sobie nic do zarzucenia.

Pani Janina Veri została zatrzymana razem z koleżanką przez policję w znanym sklepie odzieżowym w centrum miasta. Któryś z pracowników wskazał, że dzień wcześniej obie kobiety ukradły dwa drogie płaszcze.

- Zostałam wyprowadzona przed sklep i poproszona do radiowozu. Jak pospolity złodziej. Jak ja się wtedy czułam! - opowiada Janina Veri. - Stał radiowóz, policjanci byli w mundurach. Natychmiast zbiegło się mnóstwo ludzi, żeby zobaczyć, co się dzieje. I podejrzewam, że każdy z nich od razu pomyślał, że skoro zabiera mnie policja, to coś ukradłam. To było poniżające. W Australii, jeśli ktoś kogoś podejrzewa o kradzież, to przychodzi policjant po cywilnemu i nie zwracając niczyjej uwagi prosi podejrzaną osobę na bok. A tu urządzono widowisko.

Zapowiada, że przez swoją firmę ubezpieczeniową będzie dochodzić wysokiego odszkodowania za straty moralne.

- Ta firma ma w Polsce swoje przedstawicielstwo, więc nie będzie żadnych problemów z powodu odległości Polski i Australii - mówi.
A tak to się zaczęło...

W ubiegłym tygodniu Janina Veri przyjechała na wczasy do Świnoujścia. Namówiła ją koleżanka z Oświęcimia, z którą nie widziała się już trzynaście lat.

- W czwartek chciałyśmy kupić naszym dzieciom jakieś prezenty. Poszłyśmy do tego sklepu. Spodobały mi się etui na wizytówki i skórzane rękawiczki. Niestety, ekspedientka miała tylko jedno etui, a ja chciałam cztery. Powiedziała, żebym przyszła następnego dnia - opowiada Janina Veri.

Przyszła razem z koleżanką. Zamówione dzień wcześniej etui już na nią czekały.

- Poprosiłam, żeby mi je zapakowano. Ale ekspedientka zaczęła się dziwnie zachowywać. Poszła na zaplecze. Potem wróciła, ale nie chciała nic pakować - opowiada dalej pani Janina.

Po chwili do sklepu wszedł umundurowany policjant. Mówi, że było to dla niej zaskakujące, bo w Australii rzadko widzi się, aby policjanci na służbie w mundurach wchodzili do sklepów.

- Powiedziałam do koleżanki, że chyba mu zrobię zdjęcie. Nawet nie przypuszczałam, że on mógł przyjść po mnie - mówi. - Po chwili wszedł drugi policjant. Podszedł do mojej koleżanki i powiedział, że dzień wcześniej skradziono tutaj dwa płaszcze, a ekspedientki jako sprawcę wskazały właśnie ją. Mnie najpierw zapytali kim jestem. Jak odpowiedziałam, że jesteśmy razem, to mnie też kazali wyjść ze sklepu, a potem wsiąść do radiowozu.

Radiowóz zawiózł je na komisariat. Tam spisano ich zeznania.

- Byłam zszokowana całą sytuacją. Poprosiłam o wodę. Najpierw mi odmówiono, potem przyniesiono trochę ciepłej wody w filiżance, ale jak poprosiłam o więcej, to już wody nie mieli - opowiada Janina Veri.

Po złożeniu zeznań policjanci przeszukali pokój, w którym mieszkały w sanatorium. Nic nie znaleźli.

- Patrząc, jak przewracają materace usiadłam i ze łzami w oczach powiedziałam do jednego z nich, że teraz rozumiem opowieści moich rodziców o tym, co podczas wojny robiło gestapo - dodaje.

W najlepszym porządku

- No tak, usłyszeliśmy epitet o gestapo - przyznaje nadkom. Zbigniew Skrok, naczelnik wydziału kryminalnego, który m.in. przeszukiwał pokój obu kobiet. - Niczego nie znaleźliśmy, sprawa się wyjaśniła i spisaliśmy odpowiedni protokół.

Według niego, wszystko odbyło się zgodnie z prawem.

- Specjalnie pojechaliśmy na przesłuchanie po cywilnemu, żeby nie robić niepotrzebnego zamieszania - dodaje.

Janina Veri twierdzi, że to ona zażyczyła sobie, żeby policjanci byli bez mundurów.

- Nigdy nie jeździmy na rewizje w mundurach - zapewnia nadkom. Dorota Zawłocka, oficer prasowy komendanta miejskiego policji.
Policjanci podkreślają, że fałszywe posądzenie kogoś o kradzież, grozi odpowiedzialnością karną. Jednak, czy osoba, która posądziła kobiety o kradzież, odpowie za fałszywe oskarżenia, będzie zależało już od prokuratury.

- Rozumiem oburzenie tych pań, ale policjanci wykonywali swoją pracę - mówi nadkom. Dorota Zawłocka, oficer prasowy komendanta miejskiego policji. - Jeśli dostajemy wezwanie, że w sklepie - według ekspedientki - jest złodziej, to musimy być tam natychmiast, żeby nie zdążył uciec. Nie wiemy przecież, czy osoba, która jest w sklepie, jest niewinna. Zakładamy, że jak jest wezwanie, to ekspedientka złapała złodzieja.

Dlatego, według nadkom. Zawłockiej, na miejsce takich zdarzeń przyjeżdżają policjanci w mundurach z najbliższego patrolu.

- Inne rozwiązanie jest niemożliwe. Nie może jechać policjant w cywilu - mówi i dodaje. - Później jedziemy na komendę, żeby sprawę jak najszybciej wyjaśnić.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie