"Johnny" [RECENZJA]. Popowe kino, które spodoba się widzom. Oceniamy film o księdzu Kaczkowskim!

Krzysztof Połaski
Krzysztof Połaski
materiały prasowe dystrybutora Next Film
"Johnny" już lada moment trafi do kin, jednak nim to nastąpi, produkcja zostanie skonfrontowana z publicznością 47. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. I coś mi podpowiada, że większość widzów ten tytuł bardzo polubi.

"JOHNNY" - RECENZJA

Pierwsze wzmianki, że są poważne plany przeniesienia na wielki ekran historii księdza Jana Kaczkowskiego, pojawiły się już parę lat temu. Wówczas jednak projekt miał nosić tytuł "Na pełnej petardzie", a za jego reżyserię, scenariusz i produkcję odpowiedzialni byli inni ludzie. Od tego czasu zmieniło się prawie wszystko - reżyser, scenarzysta, producent, a nawet dystrybutor produkcji, ale nie zmieniło się jedno - Dawid Ogrodnik w roli głównej. Aktor, który wyrósł na specjalistę od biografii, tym razem na warsztat wziął historię charyzmatycznego duchownego, który wielu wiernym pokazał inne oblicze Kościoła.

materiały prasowe dystrybutora Next Film

"Johnny" nawet nie próbuje nam streszczać historii księdza Kaczkowskiego. Poznajemy go w momencie, gdy jest już powszechnie kojarzony, a jego kolejne pomysły niekoniecznie przypadają do gustu hierarchom Kościoła, uznającymi, że ich młodszy kolega próbuje się lansować i - nie daj Bóg - odebrać im "należne" zaszczyty. Dlatego, gdy ten postanawia wybudować hospicjum, nawet nie ma co liczyć na wsparcie przełożonych. Perypetie księdza Kaczkowskiego, w tym jego walkę o zdrowie, poznajemy z perspektywy lokalnego rzezimieszka i drobnego przestępcy, cieszącego się szacunkiem i uznaniem na terenie zakładu penitencjarnego, Patryka. Chłopak doświadczenie za kratkami ma spore, ale gdy tylko "wyskakuje" na wolność, to poświęca się rozwijaniu swoich pasji, bowiem lubi "popić, po****ać i radia posłuchać". Po jednym ze swoich grubszych wyskoków, mężczyzna zostaje zatrzymany, a następnie skierowany do pracy w hospicjum księdza Kaczkowskiego. I wtedy następuje przełom.

"Johnny" to film, który naprawdę dobrze się ogląda. Odpowiedzialny za reżyserię Daniel Jaroszek, który w ostatnich latach wyrósł na specjalistę od wizualnie dopieszczonych teledysków, przeniósł swoje doświadczenia z krótkich form na plan swojego debiutanckiego pełnego metrażu. Oczywiście mocno współgra to ze ścieżką dźwiękową, sprawiającą, że ta dynamiczna historia staje się jeszcze szybsza. Praktycznie nie ma tutaj przestojów; jest akcja, musi być reakcja. I tak przez cały film, przez co dopiero po seansie zaczynamy się zastanawiać nad niektórymi fabularnymi rozwiązaniami, które wcześniej twórcy podrzucali nam w iście ekspresowym tempie.

W tym wszystkim jakiś haczyk. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że "Johnny" to doskonale wykalkulowany projekt, któremu przyświecał cel przeniesienia na polski grunt opowieści w stylu francuskich "Nietykalnych". Od bandyty do świętego - bo rzeczywistym głównym bohaterem tej opowieści jest nie ksiądz Kaczkowski, a "uczeń" duchownego, Patryk Galewski, w którego na ekranie brawurowo wciela się Piotr Trojan. Dzisiaj prawdziwy Patryk ma poukładane życie, jest cenionym szefem kuchni w dwóch restauracjach, a "Johnny" skupia się na tym, że właśnie spotkanie z księdzem Kaczkowskim okazało się dla niego napędem do zmiany stylu życia. I to jest świetne, ale gorzej już, że wszelkie potknięcia na krzyżowej drodze Patryka są jedynie zasygnalizowane, a jeżeli już pojawia się coś poważniejszego, to problem zostaje rozwiązany jak za dotknięciem magicznej różdżki. Było i nie ma, cud.

I niestety takich uproszczeń oraz dróg na skróty jest tutaj więcej. Podobnie jest w przypadku ukazania funkcjonowania hospicjum; z jednej strony autorzy sygnalizują widzom, jak ciężka i wymagająca jest praca w takim ośrodku, a z drugiej kamera w większości unika momentów, które dla widzów mogłyby okazać się mało przyjemne. Aczkolwiek trzeba oddać autorom, że postanowili odmitologizować śmierć, którą na ekranie pokazują bez zbędnego patosu, jako etap zwieńczający życie człowieka. I to jest dobre, bo śmierć w naszym społeczeństwie wciąż jest tematem tabu. Unika się tej tematyki. Odsuwa od niej, zupełnie, jakby nas nie dotyczyła. A tutaj twórcy pokazują, że najważniejsze jest godne odejście i moment, w którym największym wsparciem może okazać się jedynie trzymanie za rękę.

Czy "Johnny" najpierw podbije kina, a następnie okaże się przebojem na platformach VOD? Jest to więcej niż pewne, bowiem Daniel Jaroszek ze spółką postanowił niejako iść drogą wytyczoną przez Macieja Kawulskiego i jego kolejne odsłony "Jak zostałem...". Widać podobieństwa w sposobie podejścia do kina - ma być dynamicznie, mocno muzycznie i kolorowo. To popowe kino, które ma szansę spodobać się widzom.

Ocena: 6/10

Krzysztof Połaski
krzysztof.polaski@telemagazyn.pl

Recenzja została pierwotnie opublikowana 13 września 2022 roku.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Materiał oryginalny: "Johnny" [RECENZJA]. Popowe kino, które spodoba się widzom. Oceniamy film o księdzu Kaczkowskim! - Telemagazyn

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na gs24.pl Głos Szczeciński
Dodaj ogłoszenie