Gmino, obudź się!

    Gmino, obudź się!

    Marek Rudnicki

    Głos Szczeciński

    Aktualizacja:

    Głos Szczeciński

    Jest tu poniemiecka fabryka amunicji i wojenny cmentarz. Gmina nie robi jednak nic, by ściągnąć turystów zainteresowanych historią.
    Jeniecki cmentarz otwarto z pompą i szybko o nim zapomniano.

    Jeniecki cmentarz otwarto z pompą i szybko o nim zapomniano. ©Marek Rudnicki

    Opinia:

    Opinia:


    Waldemar Bartniczuk, wiceburmistrz Golczewa
    - Po poprzednikach przejęliśmy budżet, w którym nie zaplanowano środków na odnowienie infrastruktury turystycznej. Przed laty raz zrobiono pompę z okazji otwarcia cmentarza przy fabryce, a później zapomniano o wszystkim. Miejsce zostanie doprowadzone do normalnego stanu, ale kiedy, nie wiem. Brak nam pieniędzy, także na usunięcie niewypałów.



    W internecie zamiast nazwy Sosnowice wyskakuje Sosnowiec na Śląsku. Co tu jednak narzekać na internet, skoro nawet w pobliskim mieście Golczewo, któremu administracyjnie podlega wioska, nie znajdziemy żadnego znaku ułatwiającego do niej dojazd.

    Stare znaki turystyczne poznikały, a nieliczne, zachowane, są nieczytelne. Podobnie jest w samej wiosce, Sosnowicach. Żeby nie miejscowi, nikt nawet do cmentarza nie dojedzie, bo pobłądzi w lesie. Nie wspominając już o tym, że dobry samochód polną drogą nigdzie nie przejedzie.

    Poniemiecką fabrykę odzysku amunicji warto jednak zwiedzić. Przy odrobinie szczęścia - żartują miejscowi - można zobaczyć wioskę z góry.

    - W jaki sposób? - pytam, nie przewidując dowcipu.

    - A wystarczy wleźć na jakiś pocisk, bo cholerstwa jeszcze w lasach dosyć - słyszę w odpowiedzi.

    Poszukiwacze w akcji

    Idę w głąb lasu. Część asfaltowych niemieckich dróg jest nadal w doskonałym stanie. Po obu stronach zabezpieczono je kamiennymi murkami o wysokości od 0,5 do 1 metra.

    W pewnym momencie natykam się na trzech mężczyzn z plecakami. Jeden dźwiga typowy wykrywacz metalu, reszta napełnione czymś worki. Mówię "dzień dobry", ale słowa trafiają na mur milczenia. Stoimy, przypatrując się sobie. Jeden z nich zapala papierosa. Na chwilę nawet nie spuszcza ze mnie oczu. Robię to samo.
    Palący gasi papierosa, odwraca się i daje znak dwóm pozostałym. Po chwili nikną w gęsto rosnącym tu lesie.

    Lasy wokół Sosnowic zostały przeczesane przez saperów stosunkowo niedawno. Zabiegał o to przez wiele lat nieżyjący już długoletni burmistrz Golczewa, Janusz Domański.

    Gdy przed laty rozmawiałem z nim, skarżył się, że wojsko bagatelizuje zagrożenie. Ponoć miał nie raz słyszeć, że może są jakieś drobne niewypały, a on wywołuje panikę. A poza tym nie ma pieniędzy. Domański jednak wiedział, co mówi.

    Dla mieszkańców tych okolic nie było tajemnicą, że różne grupy "pozyskują" w lesie pociski, by upłynnić kolorowy metal na złomie. Sami to robili, gdyż proceder bardzo się opłacał. Mówiło się też, że pewne osoby z zewnątrz szukają prochu, zapalników i pocisków. Pewnego razu w warsztacie samochodowym wybuchł pocisk. Mężczyzna, który zginął, próbował go rozbroić. To w końcu przekonało wojskowych.

    Tajemnicze szlaki

    Obóz i wioska Sosnowice powstały w czasie wojny na terenie zwanym później przez Polaków Golczewo - Gaj. Budowali go rosyjscy jeńcy wojenni w lasach za linią nieczynnej dziś kolejki wąskotorowej.

    Wznieśli pięć betonowych schronów podziemnych o wymiarach 22 na 150 m, dwa mniejsze 22 na 22 m oraz 12 baraków. Do lasów prowadziły wąskie na jeden samochód drogi utwardzone brukiem lub asfaltem.

    - Gdzie te drogi prowadziły, to nie do końca wiadomo, bo część bardzo szybko zarosła zielskiem - opowiada 84-letni Józef Garbaciak, jedyny żyjący dziś z przybyłych po wojnie na te tereny repatriantów. - Ruskie, gdy zajęli fabrykę, coś tam grzebali. Gdy wyszli, po części dróg zostały tylko przecinki w lesie. Podobnie było z wąskotorówką, która kursowała po lesie. Jak sobie poszli, do wielu miejsc nie docierała.

    W latach 1999-2004 minerzy z Trzebiatowa wstępnie oczyścili las. Znaleźli w nim 14149 pocisków artyleryjskich i przeciwlotniczych. To oni nieoficjalnie mówili dziennikarzom, że należy akcję prowadzić dalej. Wznowiono ją w 2005 r. między innymi dzięki publikacjom dziennikarzy "Głosu". 80 saperów przeszukało około 30 ha lasu. Tym razem rozbrojono ponad dwa tysiące pocisków, zapalników i min przeciwpiechotnych. Wśród niewypałów były nawet amerykańskie pociski artyleryjskie z pierwszej wojny światowej.

    I tym razem nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że wojsko powinno przeszukać cały teren, liczący około 200 ha. Na mglistych obietnicach "rozważenia tematu" poprzestano. Poszło o pieniądze. Golczewo musiało zobowiązać się do żywienia saperów, a leśnicy z nadleśnictwa Rokitna do zakupu nowoczesnych wykrywaczy metali i dołożyć do kosztów akcji kilkaset tysięcy złotych.

    Góra z fortepianów


    Trudno uwierzyć, że tu było oficerskie kasyno.
    (fot. Marek Rudnicki)

    Rosjanie wywieźli z fabryki wszystkie urządzenia, które uznali za cenne. Starzy ludzie opowiadali jednak, że nie tylko maszyny.

    - Na placu obok jednego z baraków nawieźli całą masę fortepianów i zrzucili je na kupę. Tak opowiadała jedna z kobiet, która tu pracowała - przypomina sobie Jan Bielski, kierownik fermy trzody chlewnej, która funkcjonuje w części dawnej fabryki.

    Z opowiadań innych osób, które pracowały w zakłądzie wynika, że w Sosnowicach mieściła się nie tylko fabryka specjalizująca się w odzyskiwaniu pocisków artyleryjskich. Było to jednocześnie centrum logistyczne zaopatrzenia armii. W lasach Niemcy gromadzili bardzo dużo sprzętu i materiałów. Stąd wysyłano zaopatrzenie tam, gdzie było potrzebne.

    - Rozmawiałem ze starą już kobietą, która pracowała w tej fabryce za Niemca - opowiada Piotr Ćwirka, pracownik mieszalni pasz. - Mówiła, że codziennie wraz z pracownikami wchodzili do fabryki przez boczną bramę, a nie przez główną.
    Szukam tej bocznej bramy w lesie, brnąc przez gęste chaszcze. Nie znajduję. I nic dziwnego, bo była wykonana ze stali. Jedyny ślad to betonowe ogrodzenie, które w pewnym miejscu jest przestawione względem siebie akurat o szerokość dużej bramy wjazdowej.

    Na terenie fabryki można odnaleźć pośród roślinności zanurzone w ziemi betonowe silosy i pokryte śmierdzącą wodą ślady dawnych urządzeń. Gdzie indziej tkwią pokryte częściowo ziemią zdewastowane budynki z cegły i betonu. Największy obiekt to coś, co przypomina zniszczoną, długą stodołę. Zastanawiam się, czy to jeden z ocalałych baraków.

    - To w czasie wojny było kasyno dla oficerów - wyjaśnia Jan Bielski i śmieje się z mojej zdumionej miny. - W obecnym stanie nikt by tego miejsca nie poznał. Po wojnie różne firmy tu działały. Zmieniały wygląd i przeznaczenie obiektów. Skoro z pałacu i kościoła można było zrobić młyn lub stodołę, to i z kasyna też.
    W szopie - kasynie mieści się dziś mieszalnia pasz.

    Zaniedbany cmentarz

    Do cmentarza zmarłych więźniów trafić jest stosunkowo prosto. Jadąc przez wieś widzi my po prawej stronie drogi charakterystyczne betonowe ogrodzenie. Tu trzeba skręcić w prawo i dalej jechać wzdłuż niego. Już w lesie, gdy ubity trakt dzieli się na trzy, raz jeszcze skręcić w prawo. Po 100 metrach po prawej stronie jest zarośnięta częściowo przecinka, w którą trzeba skręcić.

    Tylko idąc można zauważyć ślady kolejki wąskotorowej. Wszystko zarosła roślinność. 50-metrowa przecinka prowadzi do cmentarza. Na jej końcu stała jeszcze kilka tygodni temu brama. Dziś jej spalone resztki leżą obok.
    Cmentarz tworzą trzy krzyże. Drewno dawno nie konserwowane, wytrzyma najwyżej sezon. Obok postawiony wiele lat temu betonowy pomnik. Jedynym śladem, że leżą tu zmarli więźniowie, są kamienne tablice.

    Pierwsi osadnicy dowiedzieli się od więźniów, że wszyscy prócz Rosjan sypiali w piwnicach pod barakami, w których rozbrajano niewybuchy. Rosjanie jako jedyni bez względu na porę roku trzymani byli za płotem fabryki w namiotach. Najgorzej też byli traktowani. Część zmarła z zimna, część z głodu, a sporo na tyfus. Po wybudowaniu fabryki pozostali przy życiu zostali ponoć rozstrzelani. Gdzie ich pochowano, nie wiadomo. Podobno w dołach wzdłuż kolejki.

    Te informacje uzyskali Polacy od pracujących w fabryce Francuzów. Oficjalnie zmarło w tutaj 300 więźniów, nie licząc budowniczych. Ilu zginęło tak naprawdę, tego nikt nigdy do końca nie zbadał.

    Jak dojechać do fabryki

    Z jedynego ronda w Golczewie wychodzą trzy drogi: na Nowogard, Kamień Pomorski - Wolin i trzecia, wiodąca w kierunku Sosnowic. Z Golczewa do wsi Sosnowice jest około 2 km. Po kilkudziesięciu metrach droga przechodzi przez tory kolejowe. Później po lewej stronie mijamy największy w Golczewie zakład produkcyjny, fabrykę resorów Tes.

    Gdy dojedziemy już do wsi, należy spytać o drogę. Wiedzie przez las i łatwo zabłądzić. Nie ma żadnych tablic z informacją.

    O miejsce to dbał nieżyjący już burmistrz Golczewa Janusz Domański. To dzięki niemu postawiono w miejscu, gdzie w czasie wojny grzebano zmarłych jeńców, trzy duże drewniane krzyże - prawosławny i po jego bokach dwa chrześcijańskie. Ustawiono też tablice kamienne z napisami upamiętniającymi jeńców: radzieckich, polskich, francuskich, włoskich, holenderskich, ukraińskich, białoruskich, jugosłowiańskich i chorwackich. Po uroczystości otwarcia cmentarza władza o nim zapomniała. I tak to trwa do dziś.

    Czytaj treści premium w Głosie Szczecińskim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    GS24 poleca:

    Wideo