Drugie życie. Co robią politycy, gdy nie ma ich w Sejmie?

Dorota Kowalska
Włodzimierz Cimoszewicz fotografią zainteresował się już jako nastolatek
Włodzimierz Cimoszewicz fotografią zainteresował się już jako nastolatek Grzegorz Jakubowski
Pasja daje im więcej, niż mogłoby się wydawać. Nie jest tylko wypełniaczem czasu. To czas, kiedy mogą pobyć sam ma sam ze swoimi myślami, odstresować się, wreszcie nabrać dystansu do codziennych, przyziemnych spraw.

Na co dzień najczęściej widzimy ich w koszulach, garniturach, pod krawatem. To ich oficjalny strój. Ale po pracy, szybko go zrzucają, ubierają jeansy, sportowe bluzy, kowbojskie kapelusze, ale ciepłe alpinistyczne kurtki i oddają się swoim pasjom.

Włodzimierz Cimoszewicz znany jest opinii publicznej, jako były premier, szef MSZ i ministerstwa sprawiedliwości, a ostatnio senator. Mimo, że jesienią ubiegłego roku na dobre pożegnał się z polityką, wciąż pozostaje cenionym komentatorem polskiej i zagranicznej sceny politycznej. Wyważony, spokojny, szanowany nawet przez politycznych oponentów. Mało kto wie, że poza Sejmem i ministerialnymi gabinetami, Włodzimierz Cimoszewicz oddawał się zajęciu, które z polityką ma raczej niewiele wspólnego. Fotografią.

- Zacząłem, jako nastolatek. Pasjonowała mnie fotografia i film. Czytałem wszystko na ten temat. Historię, poradniki. Ojciec też fotografował. Robił w łazience laboratorium i siedział godzinami nad kuwetami z chemikaliami. Nauczyłem się tego i zawsze, gdy na papierze zanurzonym w wywoływaczu zaczynał ukazywać się obraz oczekiwałem jakiejś rewelacji. Jak w „Powiększeniu” Antonioniego, gdzie na zdjęciu niespodziewanie widać przypadkowo utrwaloną scenę zabójstwa. Ale jakoś się nie udało - wspomina Włodzimierz Cimoszewicz.

Początki były trudne. Opowiada: „Nie pamiętam pierwszego zdjęcia. Ale pamiętam, że sprzęt był taniutki i dramatycznie prymitywny. Trzeba było mieć wiele determinacji, żeby się nie zniechęcić. Pierwszy aparat? Druh. Później jakieś Smieny. W latach 70-tych, gdy zarabiałem na uniwersytecie jakieś 2 tysiące złotych miesięcznie pozwoliłem sobie na szaleństwo. Kupiłem Zenita TTL. Kosztował ponad 7 tysięcy. Ogromne pieniądze! To był wtedy super sprzęt. W czasie pobytu na stypendium w USA, zaszedłem do sklepu fotograficznego w Nowym Jorku i dałem sobie wcisnąć kilka obiektywów, z których rzeczywiście przydał mi się teleobiektyw z 200 mm ogniskową. Zacząłem wtedy fotografować odległe obiekty, także dzikie zwierzęta. Oczywiście była to epoka kliszy i papierowych odbitek. Pasja, jak na moją kieszeń droga, nie mogłem pozwolić sobie na zbyt wiele tej zabawy. Kilkanaście lat temu zacząłem przygodę z fotografią cyfrową i to dopiero dało mi pełną swobodę. Dawniej robiłem 200 zdjęć w roku, dzisiaj 400 w ciągu paru godzin. Oczywiście, jakość jest fantastyczna. Ostatnio kupiłem sobie nowy aparat z niezłym teleobiektywem i nie rozstaję się z nim.”

Fotografuje w zasadzie cały czas. Aparat zawsze nosi przy sobie. Dużo jeździ samochodem i kiedy po drodze dostrzega coś, co warto sfotografować, natychmiast pstryka fotę. Najchętniej jednak wybiera się na specjalne wyprawy po puszczy Białowieskiej i po okolicy. Zna prawie każdą ścieżkę, wie, gdzie można z większym prawdopodobieństwem natknąć się na coś atrakcyjnego. Najbardziej lubi wczesną wiosnę i jesień, z powodu mnogości kolorów. Zima jest świetna do fotografowania zwierząt. W lecie z kolei wsiada w kajak i szuka spotkań z ptactwem wodnym.

Co najczęściej fotografuje?

- Zwierzęta i ciekawe krajobrazy. Jeśli trafi się jakaś nietypowa scena, dziwne zachowanie lub intrygujące tło, to każdy zwierzak może być świetnym modelem. To może być żubr, łoś, dzik, ale też wiewiórka, sóweczka czy dzięcioł. Trudno jest sfotografować wilka czy jenota. Mam takie fotki, ale zawsze będę wypatrywał okazji do zrobienia kolejnych. Z kolei krajobrazy pozwalają bawić się w malarstwo. Czasem coś, co wydaje się banalne, szare i nieatrakcyjne po obróbce komputerowej wygląda zdumiewająco nastrojowo, tajemniczo lub zaskakująco - opowiada Cimoszewicz.

Kiedyś, chcąc sfotografować dużą chmarę jeleni, musiał czołgać się spory kawałek, na dodatek bezszelestnie. Ale opłaciło się. Ostatnio fotografował kilka żubrów. Podszedł do nich blisko i przykucnął koło drzewa. Kilkadziesiąt metrów dalej stali jacyś ludzie. W pewnym momencie zaczęli do niego nerwowo pokrzykiwać. Obejrzał się i zobaczył w odległości kilku metrów żubra-byka, który wyszedł z lasu i podążał w jego kierunku. Mimo że ma z nimi wciąż do czynienia, nie czuł się w tej chwili zbyt pewnie, ale nie mógł nic zrobić. I to było najrozsądniejsze. Żubr przeszedł obok niego.
- Rok temu niedaleko domu spotkałem wilka. Sceneria zimowa była wręcz bajkowa. I wszystko poszło dobrze. On się nie spłoszył, ja wyczekałem na najlepszy moment, trema mnie nie sparaliżowała . Innym razem bez wyraźnego powodu, zrobiłem zdjęcie zagajnika świerkowego przeciętego w połowie przecinka. Po obejrzeniu na monitorze okazało się, że z drugiej strony zagajnika była widoczna mgła podświetlona słońcem. Po wzmocnieniu kontrastu, świerki stały się prawie czarne, a przecinka wygląda, jak droga do innego, tajemniczego, ale radosnego świata. Mam trochę innych zdjęć, które też lubię i to być może jest najbardziej atrakcyjne w tym hobby - mówi.

Fotografii uczył się sam, oglądał cudze zdjęcia. Ma świadomość, że jest amatorem, nie ściga się z profesjonalistami. Robi to, co sprawia mu przyjemność. Pokazuje swoje zdjęcia ludziom na Facebooku. Ogłada je około 20 tysięcy znajomych i obserwujących, ale zdarza się, że kilkaset z tych osób udostępnia je na swoich stronach. Wydaje się więc, że bardzo wiele osób lubi te wspólne wycieczki po puszczy.

Ma oczywiście swoich ulubionych fotografów przyrody, których ceni.

- Wspomnę o dwóch. Nieżyjącym już Wiktorze Wołkowie, który przez ponad 40 lat utrwalał na slajdach Podlasie. Był prawdziwym malarzem. Jego fotografie są plastycznie przepiękne. Robił też rzeczy bardzo trudne, np. zdjęcia zwierząt na tle tarczy słoneczne. Drugi to Jan Walencik. Tworzy genialnie precyzyjne, perfekcyjne zdjęcia przyrody. Wydał kilka albumów, kręci też filmy przyrodnicze. Do niektórych hodował latami dzikie zwierzęta, żeby mieć aktorów pozwalających na fabularyzowane opowieści - opowiada.

Co mu ta pasje daje? Odstresowuje? Daje poczucie bycia częścią natury, jest swego rodzaju ucieczką od codzienności, a może daje coś zupełnie innego?

- Wszystko to, co pani wymienia. Dochodzi do tego sama przyjemność obcowania z przyroda. To połączenie aktywności fizycznej z przeżyciem estetycznym. Wierzę też, że warto utrwalać widok tego, co jeszcze nas otacza. Nie wiadomo, kiedy jakiś głupek wytnie drzewo, zaasfaltuje drogę lub wytruje zwierzęta - tłumaczy. - Dla mnie to bardzo ważne. W moim przypadku fotografowanie nie jest wypełniaczem czasu. Nie narzekam na brak zajęć i obowiązków. Wprost przeciwnie. Ale ja też miewam trudne chwile. Wtedy biorę aparat i znikam. I jest mi trochę łatwiej - dodaje na koniec.

O pasji prof. Ryszarda Bugaja, ekonomisty, byłego polityka, krążą po Warszawie legendy. - Sam zbudował samochód z przyczepą i jeździ nim po świecie - takie historie można usłyszeć. Znaczy podróżnik.

Dzwonię, dopytuję.

- Właśnie wróciliśmy z Hiszpanii - słyszę na dzień dobry. - Ja bardzo różne rzeczy budowałem i buduję - odpowiada profesor, kiedy mówię mu o plotkach.

I opowiada, że jako młody człowiek, wbrew oczekiwaniom rodziców, bardzo chciał zostać inżynierem, skończył nawet techniczną szkołę średnią i czytał „Młodego Technika”. Ale wiadomo, studia to już była ekonomia, tyle, że ta chęć tworzenia, budowania cały czas w nim tkwiła. Więc na początku wybudował mały domek pod Warszawą.

- Potem z drugą żona wybudowaliśmy, w 90 procentach własnymi rękami, domek w Podkowie Leśnej - opowiada prof. Bugaj. Potem był jeszcze dom dla córki, która jednak wolała mieszkanie w centrum Warszawy. Dom został sprzedany.

- W tym czasie czytałem pewne rosyjskie czasopismo o majsterkowaniu właśnie, bo w Rosji wszystko robiło się samemu - opowiada prof. Bugaj. - Wyczytałem tam instrukcję, jak zrobić „pławdaczę”. To rzeczywiście jest taki domek, który można wozić na samochodzie, a potem zwodować i odpłynąć -tłumaczy.

Spodobało mu się. „Pławdacza” stanęła na podwórku. Kupił do niej poloneza traka, ale nijak nie można było na niego wpakować pływającego domku. Więc powstał projekt zastępczy: adoptował mały samochód zastępczy na auto-camp, którym podróżowali po całej Europie.
- Ale z tym podróżowaniem, to bez przesady: wyjeżdżamy dwa, trzy razy do roku. Zdecydowanie północ podoba mi się bardziej niż włoskie klimaty. Bardzo lubimy kraje skandynawskie: Finlandię, Norwegię, Szwecję - opowiada prof. Bugaj. - A - przypomina sobie - i do tych moich budowniczych osiągnięć trzeba dodać jeszcze dwa małe skromne domki na Mazurach, na których uwielbiamy spędzać czas wolny.

Ze swoich podróżniczych pasji znany jest Ryszard Czarnecki z Prawa i Sprawiedliwości. Poseł opisał nawet swoje podróże w książce „W skórze reportera”. Czarnecki nie ukrywa, że przez lata pracy w europarlamencie zjechał służbowo pół świata. -Ale kiedy moi koledzy odpoczywali albo szli na whisky, ja siadałem i spisywałem to, co widziałem, słyszałem, czego doświadczyłem - opowiadał mi kiedyś.

W pamięci zapadła mu podróż do Timoru Wschodniego, gdzie był jednym z czterech oficjalnych obserwatorów z ramienia Parlamentu Europejskiego wyborów prezydenckich w tym kraju. Timor, jak pisze w swojej książce, działa na wyobraźnię. Ale poseł Czarnecki pochyla się też nad Serbią, Albanią, Bośnią, Kosowem, czyli Bałkanami. Swoją książkę kończy wizytą w Brazylii. „W hotelu w Sao Paulo jest 4 rano. Budzi mnie telefon. Pierwsza myśl: ktoś dla kawału zamówił mi budzenie o tej porze. Podnoszę słuchawkę. Jest 10 kwietnia 2010 roku. Przed chwilą w lesie pod Smoleńskiem…” - to ostatnie zdanie za-pisane przez polityka PiS w jego książce.

Dla niektórych pasja stała się równie ważna jak polityka, a może nawet ważniejsza. Janusz Onyszkiewicz, dwukrotny minister obrony narodowej, do 2007 r. wiceprzewodniczący PE, a od 2007 r. wiceprzewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych PE, to także znany alpinista, himalaista, speleolog. Uczestniczył w wyprawach w Himalaje, Karakorum, Hindukusz. Jako speleolog dokonał m.in. pierwszego zejścia na tzw. stare dno Jaskini Śnieżnej, co było ówczesnym rekordem głębokości w Tatrach. Brał udział w wyprawach speleologicznych do ZSRR, Jugosławii, Bułgarii i Włoch. Zdobywał wielkie szczyty, tak górskie, jak polityczne. Od 14 lat jest prezesem Polskiego Związku Alpinizmu, wciąż bardzo aktywny, Onyszkiewicz znany jest między innymi z tego, że rower traktuje jako podstawowy środek transportu.

Niektórzy swoje pasje łączą ściśle ze zwierzakami. Andrzej Halicki, polityk Platformy, dla swoich psiaków wyprowadził się z Warszawy. - Od dziecka miałem zwierzęta, od zawsze chciałem mieć dużego psa - odpowiadał mi swego czasu poseł Halicki. Dziadek miał dwa dogi, jeden z wujków - dożycę Kingę. Halicki wspominał, że przechadzał się z nią po niemieckich ulicach, bo wujek mieszkał w Niemczech, i rozmawiał, po niemiecku oczywiście. - Kiedy poznałem swoją żonę, ona też miała leciwą dożycę. Postanowiłem się zaopiekować obiema - opowiadał ze śmiechem.

Zaopiekował się bardzo skutecznie: z żoną prowadzą dzisiaj hodowlę - mają pięć dogów, biorą udział w wystawach, tak-że międzynarodowych, zapisali się do klubu miłośników dogów. Ich znajomi to oczy-wiście właściciele czworonogów. Takie hobby wymaga oczywiście poświęceń czy raczej poważnych życiowych zmian. Państwo Haliccy dla swoich psów przeprowadzili się pod Warszawę, żeby czworonogi miały się gdzie wybiegać. Pasja posła Halickiego jest powszechnie znana, w każdym razie sejmowi dziennikarze mieli przyjemność poznać pupilów posła. „W trakcie wakacji w Sejmie można natrafić na wiele niespodziewanych gości. Jednymi z takich byli Kuba i Miś. A dokładnie dogi niemieckie należące do posła PO Andrzeja Halickiego. Jak relacjonowała na Twitterze dziennikarka Polskiego Radia Agnieszka Rucińska, psy weszły na chwilkę i grzecznie się przywitały. Jako dowód pokazała zdjęcie. Zadzwoniliśmy do posła Halickiego, by zapytać go o szczegóły tej wizyty. - Akurat miałem dzień wolny, a musiałem odebrać jakieś dokumenty. Skoro to była szybka wizyta, to wpadłem z psami. W normalny dzień bym ich tu oczywiście nie przyprowadzał, jednak skoro mało osób przebywa w Sejmie, to uznałem że nie powinno być problemów - mówił poseł Platformy. I nie było, bo Twitter nie ukrywa zachwytów” - pisał swego czasu portal Natemat.pl. Ale psiarzy wśród polskich polityków jest znacznie więcej, żeby wspomnieć chociażby Ludwika Dorna i jego słynną sznaucerkę Sabę.

Eugeniusz Kłopotek z kolei żyć nie może bez swoich gęsi. Już jakiś czas temu poseł Kłopotek, pracownik Instytutu Zoo-techniki - Państwowego Instytutu Badaw-czego w Krakowie, przeprowadził się do służbowego mieszkania w Kołudzie Wielkiej. Instytut, w którym pracuje Kłopotek, słynie z hodowlanej gęsi, konkretnie gęsi białej kołudzkiej, jak podkreślał ludowiec, nazwa jest zastrzeżona. 50 lat temu ówczesny szef zakładu sprowadził włoską gęś z Danii. Taka gęś w sezonie dawała od 12 do 15 jaj. Po wielu latach pracy, krzyżówek uzyskali właśnie gęś białą kołudzką, która daje już ponad 70 jaj. I tak poseł Kłopotek mógłby o gęsiach godzinami, bo to jego praca, ale też wielka pasja.

Trudno się dziwić, że czynni politycy, ale też ci, którzy przeszli już na polityczną emeryturę, szukali zawsze czegoś poza Wiejską. W końcu życie poza polityką bywa równie ekscytujące.

Wideo

Materiał oryginalny: Drugie życie. Co robią politycy, gdy nie ma ich w Sejmie? - Polska Times

Komentarze 13

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
W dniu 03.04.2016 o 01:34, pic napisał:

czy jego pasja jest pasją jego ojca, oficera WSI z rodowodem NKWD?

 

Napisz mi, "yntelygencie", czy miałeś jakiś wpływ na to, co robił twój ojciec? :wacko:

p
pic

czy jego pasja jest pasją jego ojca, oficera WSI z rodowodem NKWD?

G
Gość
W dniu 29.03.2016 o 10:01, też kombatant napisał:

"Polityk" jak nie skłamie to nie żyje.Na początku lat 70-tych zarabiałem sporo ponad 2500zł.Niech "wieczny kłamca" nie mówi mi, że na uniwersytecie zarabiał 2000zł.Pomijam to, że Zenit TTL zaczęto produkować w 1976 roku, wtedy przeciętne wynagrodzenie wynosiło 4300zł.Tyle, że Cimoszewicz był ofiarą systemu i represjonowano go między innymi płacąc połowę pensji. Taki z niego kombatant do dziś..

Ogarnięty pomrocznością jasną , która powoduje zamierzone luki w pamięci. Wierzacy mówią ,że prawda ich wyzwoli.
G
Gość

Aby mieć pasję, trzeba najpierw na nią mieć.

t
też kombatant

"Polityk" jak nie skłamie to nie żyje.

Na początku lat 70-tych zarabiałem sporo ponad 2500zł.

Niech "wieczny kłamca" nie mówi mi, że na uniwersytecie zarabiał 2000zł.

Pomijam to, że Zenit TTL zaczęto produkować w 1976 roku, wtedy przeciętne wynagrodzenie wynosiło 4300zł.

Tyle, że Cimoszewicz był ofiarą systemu i represjonowano go między innymi płacąc połowę pensji. Taki z niego kombatant do dziś..

G
Gość

Na fotografii nic się nie miesza , bo odtwarza wierny obraz. W polityce ciągle się miesza , a wiernosci niewiele. Tylko praca organiczna jest wartością, a nie gadulstwo.

I
Ida

Śmieszy mnie ten czerwony znawca i autorytet post komuchów.

s
sceptyk

Ciekawe, jak byli u żłobu to tacy mądrzy nie byli.
Zlikwidować ochrone osobistą i limuzyny polityków.
Do pracy moga tramwajem i busem a w dłuższe podróże pociągiem jechać.
Wraz z innymi obywatelami.

s
słychac i czuć

to chwali swojego resorciaka Cimocha TW CAREX

G
Gabriel

Prawda w oczy kole to jedno, a drugie masz prawo opowiadać bajeczki o diable,
ale to nie jest w stanie obniżyć pozycji tego polityka.

ś
św.NH

Łajdak z diabłem na końcu języka!

G
Gabriel

Drastyczny brak takich polityków. Rozsądek i umiar, a jednocześnie logiczne myślenie
w sprawach Polski. Potrafi trafić między oczy politycznym bałwanom i fanatykom.

A
Administrator

To jest wątek dotyczący artykułu Drugie życie. Co robią politycy, gdy nie ma ich w Sejmie?

T
TW CAREX

czyli Cimoszce.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3