Danuta Stenka: Na co dzień bez makijażu [wywiad]

Krzysztof Szymcza
Danuta Stenka
Danuta Stenka Krzysztof Szymcza
O podnoszeniu sobie poprzeczki, uderzeniach wody sodowej, depresji, Kaszubach i nagości na scenie - mówi aktorka Danuta Stenka.

- Nie zawsze było oczywiste, że będzie Pani aktorką wybitną. Bywały momenty zwątpienia.
- Momenty zwątpienia są moim chlebem powszednim. Wiele razy pojawiała się myśl, że może powinnam znaleźć sobie "normalny" zawód. Po czym dochodziłam do wniosku, że nie widzę siebie w innym miejscu.

- Co w aktorstwie jest takiego uwodzącego, że Pani dała mu się jednak ukąsić na zawsze?
- Dla mnie najważniejsze w tym zawodzie jest spotkanie z człowiekiem. Tu odbywa się ono w wielu wariantach - spotkanie z innym aktorem, spotkanie z reżyserem - z ich myśleniem, odczuwaniem, spotkanie z postacią, którą mam zagrać, z jej problemami, charakterem, losem. Wreszcie spotkanie z sobą, czyli z moim wewnętrznym Człowiekiem, przez którego przepuszczam moją rolę.

- Żyjemy w czasach medialnej egzaltacji, szybkich zachwytów. Słyszy je Pani często, a mimo to nie traci głowy.
- Ja, proszę pani, wkładam bardzo dużo wysiłku w to, żeby uwierzyć, że te miłe słowa, które na mój temat padają, mają pokrycie w mojej pracy.

- Po tylu latach jest jeszcze niewiara w siebie, w swoje umiejętności?
- Wiem, że przez lata przybyło w moim warsztacie narzędzi, które mi służą w obrabianiu roli. Ale rzecz nie tylko w tym, żeby korzystając z tego warsztatu, wyrzeźbić ciekawą rolę. Rzecz również w czymś nieuchwytnym, w czymś, na co nie mam wpływu, co nie jest moją własnością, czego jestem zaledwie chwilowym i kto wie, czy nie przypadkowym posiadaczem - w jakimś szczególnym rodzaju skupienia, natchnieniu. W czymś, co sprawia, że rola ze średniej staje się ciekawą, z dobrej - niezwykłą. Doświadczam tego czasami jako widz i zdarza się, że również jako aktorka.

- Coraz wyżej podnosi sobie Pani poprzeczkę.
- Nie podnoszę jej sobie świadomie, w sposób wykalkulowany, ona wisi w tych rejonach. Taka jestem, taka moja dola - codzienna męka i sekundy szczęścia.

- Ciężko żyć w pogoni za sekundami szczęścia.
- Kiedyś usłyszałam: No, dobrze ci się teraz wiedzie. Uważaj, żeby ci woda sodowa do głowy nie uderzyła.

- Nie uderza?
- Nie ma szans.

- Ale sprawia Pani wrażenie osoby zadowolonej ze swojego życia zawodowego.
- Czasami, kiedy patrzę na swoje życie z lotu ptaka, dochodzę do wniosku, że nie chciałabym go zamienić na inne. Lubię je. Ale mój chleb powszedni nie zawsze jest bułką z masłem. Mąż od czasu do czasu powtarza: "Słyszysz zewsząd, że jest świetnie, a ty ciągle jesteś pełna lęków i obaw, ciągle z siebie niezadowolona. Ty masz naprawdę ciężkie życie". A ja, rzeczywiście, ilekroć ktoś zaprasza mnie do współpracy, zachowuję się tak, jakby wszystko, co dotąd zrobiłam, jakoś mi się tylko przypadkowo udało. Boję się, że go rozczaruję, że nie będę w stanie spełnić tego, czego ode mnie oczekuje.

- Czyli czego?
- Że wyrzeźbię coś wspaniałego. A ja przecież umiem tylko tyle, ile umiem. Wszystko ponadto może się zdarzyć, ale to już nie zależy ode mnie. Może się udać albo nie.

- "Flirtując z życiem" to tytuł Pani wspomnień. Można by pomyśleć, że przez to życie idzie Pani sobie tak łagodnie, filuternie. A tu czytamy o depresji. Trudno było się z tym otworzyć?
- Nie miałam takiego planu, żeby się z czegoś zwierzać, oczyszczać czy uwalniać. Kilka lat wstecz, podczas wywiadu do "Zwierciadła", rozmowa tak się potoczyła, że w sposób naturalny wypłynął ten temat.

- Nie żałuje Pani tego otwarcia?
- Nie żałuję.

- Justyna Kowalczyk też się niedawno do depresji przyznała. Część internautów pisała jednak, najoględniej mówiąc: ale po co to?
- Ja się do depresji nie przyznawałam. Nie uważam jej za wykroczenie ani za coś wstydliwego, do czego musiałabym się przyznawać. Zadawano mi pytania, a ja po prostu powiedziałam to, co uznałam za istotne. Dopiero wątpliwości osób mi bliskich, które obawiały się, że narażę się na przykre komentarze, uświadomiły mi, że stało się coś ważnego. Że wkradłam się w rejony tabu i pootwierałam furtki, dotąd szczelnie zamknięte.

- A ci, którzy mówili, że niepotrzebnie się Pani do tego przyznała.
- Być może upaprałam im mój obrazek. Ale ja nie jestem istotą z innego świata, nie jestem postacią z bajki. Jestem jedną z nas wszystkich. Chodzę po tych samych ulicach, robię zakupy w tych samych sklepach, starość, wbrew temu, co sugerują kolorowe pisma, nie omija mnie wielkim łukiem. Dopadają mnie takie same rozterki, problemy i choroby.

- Czy czuje się Pani dobrze w dojrzałej skórze?
- Zdecydowanie lepiej niż przed laty.

- Kwitnie Pani. Ale taki wygląd jest trochę jak garb. Bo już trzeba zawsze dobrze wyglądać. Nie jest z tym ciężko?
- Nie funduję sobie takiej odpowiedzialności. Rzadko bywam w miejscach celebry, a na co dzień nie nakładam makijażu i noszę się zwyczajnie. Choć od czasu do czasu zdarzają się takie sytuacje, jak festiwale czy premiery, kiedy dokładam starań.

- I wtedy stoi Pani na "ściance"?
- Kiedy jest to związane z promocją przedsięwzięcia, w którym biorę udział, mam wręcz taki obowiązek. Oczywiście zełgałabym, gdybym powiedziała, że jest mi zupełnie obojętne, jak wyglądam. Lubię, kiedy mój wygląd sprawia, że się dobrze czuję, ale nie musi się to wiązać z wyszukaną stylizacją. Nie mam ciśnienia związanego z wyglądem.

- Są role, które spowodowały chwilowe spustoszenie w Pani życiu?
- Nie nazwałabym tego spustoszeniem, raczej wyczerpaniem fizycznym po ciężkiej pracy. Na przykład moje dwie ostatnie role teatralne mnie zjadły.

- Dlatego Pani wygląda tak szczupło?
- Wszyscy pytają mnie o dietę. Tymczasem to po prostu bardzo intensywna praca, zarówno w "Lodzie" według Sorokina w reżyserii Bogomołowa w Narodowym, jak i w "Drugiej kobiecie" według "Opening Night" Cassavetesa w reżyserii Grzegorza Jarzyny w TR Warszawa. Zanim odbyła się premiera pierwszego, zaczęły się już próby do drugiego spektaklu. A w obu mam poważne zadanie. To był ogromny wysiłek - nieprzespane noce, brak wolnych dni, stres - stąd spadek wagi. Przypominam sobie graną do niedawna w Narodowym Fedrę, w reżyserii Mai Kleczewskiej. Okres prób był dla mnie ciekawą podróżą, ale każdy kolejny spektakl wystawiał mi ogromny rachunek.

- Córkom odradzałaby Pani aktorstwo?
- Nie miałabym odwagi decydować o ich przyszłości, reżyserować im ich życia. Mogę służyć radą, nawet powinnam, ale one muszą pójść za swoimi marzeniami.

- Ale nie mają takich ciągot?
- Starsza córka, Paulina, studiuje psychologię, o której marzyła od najmłodszych lat. Jest w tym miejscu, które sobie wymyśliła. I z każdym rokiem utwierdza się w tym, że to jest to. A co będzie z młodszą Wiktorią? Nie mam pojęcia. Na razie skończyła pierwszą klasę liceum. Mnie się aktorstwo objawiło w klasie maturalnej i to za sprawą mojej polonistki. Chociaż drzemie w niej artystyczna dusza, nigdy tego nie sprawdzałam. Nie "sprzedawałam" moich dzieci do spektakli, filmów czy reklam. Tak sobie myślę...

- ... że skoro jest tyle pięknych zawodów na A...
- ... to może znajdą sobie jakiś "normalny" zawód. Niczego jednak nie sugeruję.

- Nie odcina Pani swojej pępowiny z Kaszubami.
- Mimo że w Warszawie mam swój dom, Gowidlino to takie miejsce na świecie, w którym, ilekroć tam przyjeżdżam, wszystko mi się porządkuje. Tu się zaczęłam, tu zapuściłam korzenie i stąd, można powiedzieć, czerpię wodę do życia. Co prawda, wykarczowano mi trochę moje dzieciństwo - zniknęły już wszystkie kryte strzechą stare chatki z pruskim murem, drzewa wokół kościoła, moja szkoła podstawowa rozrosła się nie do poznania. Ale nie zmienia się jezioro, na którym w zasięgu wzroku są te same dwie wyspy. Może tylko bardziej zarośnięte niż w czasach mojego dzieciństwa.

- Jest taki stereotyp, że polska aktorka po czterdziestce powinna się już zawodowo zwijać. Pani ma luksus przebierania w rolach?
- Nie powiedziałabym, że przebieram. Ale zdarza mi się, że odmawiam. I to można uznać za luksus. Przyznam, że nawet jeśli w pierwszym odruchu po przeczytaniu scenariusza wydaje mi się, że to nie jest świat, w którym chciałabym się znaleźć, to zawsze mnie korci spotkanie z reżyserem. Bo scenariusz to zaledwie punkt wyjścia do spotkania. Ostatnio pojawiła się propozycja, która mnie zaintrygowała.

- Nagość na scenie jest dla Pani problemem?
- Nie mam ani łatwości, ani potrzeby zrzucania z siebie ciuchów przed obcymi ludźmi, więc wydawało mi się, że takie sytuacje będę omijać. Aż tu nagle w próbach do spektaklu T.E.O.R.E.M.AT. Grzegorza Jarzyny, kiedy zbliżaliśmy się do premiery, zdałam sobie sprawę, że nagość w tej roli jest niezbędna, że moja bohaterka w pewnej konkretnej sytuacji musi zrzucić z siebie całe swoje dotychczasowe życie. Uświadomiłam sobie, że muszę albo się rozebrać, albo zrezygnować z roli. Zwierzyłam się z tego reżyserowi.

- I jak się skończyło?
- Poprosił, bym nie podejmowała decyzji. Mieliśmy kolejne próby i choć nie obyło się bez stresu, wreszcie dojrzałam do tego, że ciało stało się, po prostu, moim kostiumem.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie