Czerwone okna

Anna Miszczyk, 18 lutego 2005 r.
Trzem dziewiętnastoletnim mieszkankom Różańska (gm. Dębno) obiecano pracę w barze w Niemczech. Trafiły do domu publicznego w Berlinie. Zajęcie miała im załatwić 29-letnia Wioletta S. z Myśliborza. Sprawą zajmie się sąd.

Był 2001 r. Magda, Agnieszka i Beata skończyły właśnie szkołę średnią i szukały pracy.

- Magda chciała pracować w handlu. Ale niczego w okolicy nie znalazła. Nie udało się jej także w Szczecinie - mówi jej matka.
Wtedy Magda usłyszała o Wioletcie S. z Myśliborza.

- Kolega mówił mi, że kobieta załatwia pracę w Niemczech - wspomina dziś 23-letnia Magda. - Nie dowiadywałam się, czy komuś już pomogła. To był błąd. Myślałam, że skoro to znajoma kolegi, to wszystko będzie dobrze. Byłam młoda i naiwna.

Praca w barze

Do Wioletty S. zgłosiły się wszystkie trzy. Miały pracować jako kelnerki w barze znajomego kobiety.

- Po tygodniu pracy chciała dostać od każdej z nas po 50 marek - mówi Magda.

Dziewczyny wyjechały z domu 8 czerwca. Najpierw podróżowały samochodem. W Kostrzynie przesiadły się do pociągu do Berlina. Razem z nimi jechali Wioletta S. i znajomy Marek B. Około godz. 14 wysiedli na berlińskiej stacji Lichtenberg.

Miała sporo pieniędzy

Przy wyjściu z dworca dziewczyny zobaczyły dwóch mężczyzn i kobietę. Wioletta S. zaczęła z nimi rozmawiać. Następnie odeszła z jednym z nich na bok.

- Już na widok tych facetów coś mi przestało grać - mówi Magda. - Mówiłam do znajomego, że to chyba nie ta praca, którą nam obiecano. Uspokajał, że na pewno się mylę.

Do dziewczyn podeszła Wioletta S. Kazała im pójść z mężczyznami. Sama, w towarzystwie Marka B. ruszyła na zakupy. Później, podczas śledztwa, mężczyzna zeznał, że myśliborzanka miała wtedy przy sobie sporo pieniędzy.

Nogi się ugięły

Polki musiały się rozdzielić. Wsiadły do bmv i volkswagena golfa. Po drodze poznały kolejnego mężczyznę. Zachowywał się tak, jakby był szefem dwóch pozostałych. Po niemal godzinnej podróży wysiadły przed kamienicą.

- Nogi się pode mną ugięły - mówi Magda. - Zobaczyłam czerwone okna.

Dziewczyny wpuszczono do środka. W jednym z mieszkań przywitała je młoda Polka. Przedstawiła się jako Lidka. To wtedy usłyszały pytanie, czy wiedzą do jakiej pracy trafiły.

- Pomyślałam, że trzeba udawać, że wszystko jest w porządku - mówi Magda. - Inaczej będą nas pilnować. Wpadłam na pomysł, że powiem im, że chciałabym zrobić jakieś zakupy, bo jestem głodna. Wtedy mogłabym uciec. Ale usłyszałam, że wystarczy powiedzieć co potrzebuję. Wszystko sami mi kupią.

Bielizna i prezerwatywy

Lidka z szefem grupy oceniła wygląd dziewcząt. Zamierzali im kupić bieliznę erotyczną, sukienki, kostiumy, buty. Mężczyzna poinformował dziewczyny, że mają robić "to" z prezerwatywą.

- Koleżanka zaczęła płakać. Poradziłam, by była cicho, bo tamci się zorientują i się nie wydostaniemy. Wyglądało na to, że Wioletta S. powiedziała tym ludziom iż już wcześniej pracowałyśmy w domu publicznym - mówi Magda.

Agnieszkę i Beatę zabrano wkrótce na zakupy. Magda została w mieszkaniu.

- Dziewczyny miały chyba pracować w innym burdelu - mówi.
Dziewiętnastolatka wpadła na pomysł, że ucieknie z toalety. Była jednak pilnowana przez inną kobietę.

- Dopiero, gdy byłam w pokoju, a tę kobietę ktoś zawołał, otworzyłam okno. Już wcześniej sprawdziłam, czy się otwiera. Udało mi się jeszcze wziąć ze sobą dowód i 50 marek. Wyskoczyłam na ulicę - wspomina Magda. - Nawet nie potrafię opowiedzieć, jak dotarłam na dworzec. Trochę niemieckiego pamiętało się ze szkoły... Pytałam ludzi.

Na dworcu dziewczyna spotkała znajomą. Wkrótce pojawiła się też Wioletta S.

- Powiedziałam jej, że załatwiła nam pracę w burdelu. Mówiła, że to niemożliwe - wspomina Magda.

Dziewczyna wsiadła do pociągu. Jeszcze tego samego dnia wróciła do domu. Policję powiadomiono o losie dwóch pozostałych dziewcząt.

Chciał odzyskać kasę?

Agnieszka i Beata nie chcą dziś rozmawiać o zdarzeniu. Beata twierdzi, że po programie telewizyjnym na ten temat ma sporo nieprzyjemności. Z ustaleń myśliborskiej prokuratury wynika, że po ucieczce Magdy dziewczyny przyznały otwarcie, że przyjechały do Berlina pracować jako kelnerki, a nie prostytutki.

Mężczyzna z domu publicznego zadzwonił zaraz do Wioletty S. i zażądał wyjaśnień. Myśliborzanka miała mu wtedy obiecać inne dziewczyny. W prokuraturze Beata zeznała, że mężczyzna powiedział wtedy, iż Wioletta S. pierwszy raz zrobiła mu taki "numer". Padły obietnice, że następnego dnia Polki będą odwiezione na dworzec. Wkrótce mężczyzna miał zmienić zdanie i stwierdzić, że nie wypuści dziewcząt, póki nie odzyska kasy.

Dziewiętnastolatkom udało się wydostać dzięki pomocy znajomego. Mężczyzna pojechał do Berlina i zażądał ich wypuszczenia. Według prokuratury, opiekun dziewcząt mówił początkowo, że ich nie uwolni, bo zapłacił za nie Wiolecie S. 3 tys. marek. Ustąpił, gdy usłyszał, że może się nim zainteresować policja.

Nie chcą rozgłosu

Różańsko to wieś, w której większość mieszkańców nie ma pracy. Nikogo nie dziwi, że dziewczyny szukały jej w Niemczech.

- Ja nawet nie wiedziałam, że gdzieś wyjechały - mówi mieszkanka wioski. - Dowiedziałam się o tym dopiero po ich powrocie.
Mąż kobiety dodaje, że ludzie ukrywają, iż gdzieś pracują na czarno. - Jak pytasz czy nie znalazłoby się też coś dla ciebie, słyszysz tylko: "nie, nie mam żadnej pracy". Nikt się nie przyzna.

O wyjeździe dziewcząt większość mówi ze współczuciem.

- To mogłoby się przydarzyć każdemu. Nawet mojej córce. Ona też jest po szkole. Nie ma pracy - mówi jedna z kobiet. - Dobrze, że uciekły.

Magda przyznaje, że tuż po powrocie z Berlina niektórzy obrzucali je wulgarnymi słowami.

- Na szczęście nic się im nie stało. Teraz sprawa ucichła i dziewczęta raczej nie życzą sobie rozgłosu - mówi ksiądz Stefan Sztuba z parafii pw. św. Michała Archanioła w Różańsku.
To do niego dziewczyny przyszły tuż przed wyjazdem.

- Trochę się bały - mówi ksiądz. - Ale taka jest sytuacja. Ludzie nie mają co robić, to chwytają się różnych rzeczy, byle jakiś grosz zarobić.

Chyba bym się zabiła

Magda kończy niebawem hotelarstwo. Ma nadzieję, że potem łatwiej znajdzie pracę. W ubiegłym roku była na truskawkach w Hiszpanii.

- Nawet tam bałam się jechać - przyznaje. - Choć to załatwiał urząd pracy. - Do Niemiec już bym nie pojechała. Sama się zastanawiam - dodaje - skąd było we mnie wtedy tyle odwagi, by uciec. Ale jakbym tam miała pracować, chyba bym się zabiła.

Wioletta S. zaprzecza, by zwabiła dziewczyny do niemieckiego domu publicznego. Myśliborzanka jest bezrobotna. Wychowuje trójkę dzieci. Wcześniej nie była karana.

Imiona dziewcząt zostały zmienione

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie