sportowy24
    Biela i Łukomski, czyli dwaj przyjaciele z boiska....

    Biela i Łukomski, czyli dwaj przyjaciele z boiska. Sentymenty odkładają na bok

    Maurycy Brzykcy

    Głos Szczeciński

    Aktualizacja:

    Głos Szczeciński

    Biela i Łukomski, czyli dwaj przyjaciele z boiska. Sentymenty odkładają na bok

    ©Andrzej Szkocki

    Marek Łukomski i Łukasz Biela - zaczęli od bycia rywalami, stali się kolegami z drużyny, a następnie przyjaciółmi. Obecnie znowu są rywalami, tyle że na ławkach trenerskich. Są z jednego miasta, ze Szczecina, i z jednego rocznika, ale różni ich 10 miesięcy i około... 10 centymetrów. Łukomski dogrywał, Biela kończył. Tak w skrócie można opisywać młodzieńcze lata na parkiecie w wykonaniu tych dwóch zawodników. Obaj szybko weszli w sportową dorosłość.
    Biela i Łukomski, czyli dwaj przyjaciele z boiska. Sentymenty odkładają na bok

    ©Andrzej Szkocki

    Po kilkunastu latach są znowu w tym samym momencie kariery, ale już w roli szkoleniowców. Łukasz jest asystentem trenera w King Wilkach Morskich Szczecin, Marek w Rosie Radom. A jacy byli kiedyś "Many" Łukomski i "Stachu" Biela? Dla obu raczej nie było innej drogi niż koszykówka. Obaj wychowywali się w sportowych rodzinach. To i droga w kierunku basketu wydawała się być naturalną. Łukomski z piłką szybszy był niż reszta , no i widział więcej. Biela miał tzw. "ułożoną łapę", czyli rzucał lepiej od pozostałych oraz bronił za dwóch.

    - Gdy poznałem Łukasza, byliśmy rywalami - wspomina Marek Łukomski. - Byliśmy wtedy w podstawówce, więc mieliśmy może po 13-14 lat. - On grał dla SP 51, ja dla nieistniejącej już SP 6. To było 20 lat temu. Byliśmy takimi mocnymi przeciwnikami dla siebie, bo w swoich rocznikach byliśmy jednymi z najlepszych. Zawsze wiedzieliśmy, że by powalczyć ze szkołą Łukasza, trzeba było ograniczyć do zdobycia mniej niż 50 punktów.

    - Gdy rzucał nam około 30 oczek, to znaczy, że nie było z nami źle - dodaje z uśmiechem popularny "Many". - Mieliśmy kilka takich konfrontacji na styku i tak się poznaliśmy - dodaje Łukasz Biela. - Odkąd pamiętam, zdaje się już od szóstej klasy podstawówki, przejawiał zachowania rozgrywającego. Dużo widział na boisku, potrafił ustawić kolegów. Widać było, że ma predyspozycje do tego. A zaczęliśmy się kumplować, gdy złożyliśmy papiery do LO nr 2.

    Nasi bohaterowie grali ze sobą wspólnie przez szereg lat, początkowo w młodzieżowej koszykówce.

    - Po skończeniu podstawówki, przy przenosinach do liceum, graliśmy razem w kadetach już razem jako PKK Warta Szczecin - dodaje Łukomski. - Ale na tym nie koniec. Po podstawówce graliśmy razem także w barwach Uniwersytetu Szczecińskiego. Zdaje się, że zdobyliśmy dwa czy trzy mistrzostwa Polski w kategorii właśnie uniwersytetów.

    Panowie razem grali także w ekstraklasie w barwach SKK Szczecin. Wspólnie zdecydowali się go opuścić w 2003 roku, obierając kurs na Kwidzyn.

    - To był nasz taki pierwszy w pełni profesjonalny kontrakt - wspomina Łukomski. - Razem mieszkaliśmy. Wtedy zostaliśmy dobrymi kolegami.
    - Faktycznie, w Szczecinie się tylko kumplowaliśmy, ale dopiero w Kwidzynie zostaliśmy przyjaciółmi - mówi Biela.

    Po sezonie zdecydowali się, oczywiście wspólnie, przenieść do Spójni Stargard. Grali ze sobą przez rok, aż wreszcie ich drogi się rozeszły. "Many" został w Stargardzie, "Stachu" wrócił do Kwidzyna, a następnie znalazł się we Francji. Obaj dobrze wspominają te lata. Piękni, młodzi i utalentowani - nie marnowali jednak talentu. Każdy z nich wkładał wiele pracy w koszykówkę i chciał w niej osiągnąć jak najwięcej.

    Kto był szybszy na boisku, kto uchodził za większy talent?

    - Szybszy, z racji także pozycji, byłem ja. Teraz tego pewnie już nie widać, ale tak było - zaznacza z uśmiechem Łukomski. - Ciężko stwierdzić, kto miał lepsze papiery na grę. Jeden na jeden nie graliśmy, z uwagi na różne pozycje.
    - Jeden na jeden nie graliśmy, bo Marek nie miałby żadnych szans - zaznacza z uśmiechem Łukasz.

    Obaj grali w młodzieżowych kadrach kraju, do pierwszego zespołu SKK Szczecin Łukomski wszedł jednak trochę szybciej niż Biela. Trener Rosy może pochwalić się nie lada osiągnięciem. Jako pierwszy Polak zdobył w jednym meczu na parkietach ekstraklasy triple-double (dwucyfrowe zdobycze przynajmniej w trzech klasyfikacjach). To było w sezonie 2000/2001, gdy Łukomski miał 20 lat. Rzucił wówczas 21 punktów, dołożył 10 zbiórek i 10 asyst. To jednak Biela zrobił większą karierę, a przede wszystkim miał ją dłuższą.

    Na dwa lata wyjechał do Francji, by tam kontynuować przygodę z koszykówką. Ich drogi zetknęły się znowu w sezonie 2008/2009, kiedy razem zdecydowali się grać dla Szczecina. Tym razem dla AZS Radex, który walczył o awans do I ligi. Łukomski po tych rozgrywkach zakończył już niemal zupełnie karierę. Przeszedł do Radomia, a w barwach Rosy notował już tylko pojedyncze występy, ale pełnił też funkcję asystenta Piotra Ignatowicza. Biela z kolei na kolejne lata wyjechał grać do Francji. Ostatni sezon 2012/2013, ponownie w barwach AZS Radex Szczecin. Co robiliby nasi bohaterowie, gdyby nie grali w koszykówkę?

    - Ciężko powiedzieć - zastanawia się Łukomski. - Pewnie gdyby nie grał w koszykówkę, spróbowałby swoich sił w piłce nożnej. Jego tata który nadal pracuje w Pogoni, dużo mu wpoił. Obaj jesteśmy wychowani na Pogoni i gdy czasami pykaliśmy sobie w nożną, to radził sobie dobrze.
    - No tak, może by i został piłkarzem, ale raczej nie grałby dla swojej ukochanej Barcelony - śmieje się Biela. - Myślę jednak, że może załapałby się do Pogoni Szczecin.

    - Jestem bardzo ambitnym człowiekiem i kiedy zorientowałem się, że moja kariera nie idzie w tym kierunku, w którym bym sobie życzył, postanowiłem w najlepszym wieku dla koszykarza, 28-29 lat, przejść na drugą stronę barykady - mówi Łukomski. - Skorzystałem z propozycji Piotra Ignatowicza. Nikt za darmo mi jednak nic nie dał. Przyjechałem do Radomia, gdy Rosa była jeszcze w II lidze, później awansowała do I i do ekstraklasy.

    - Miałem takie marzenia, by zostać trenerem - wspomina Biela. - Maciej Szyszko dał mi szansę w Bombardierze, gdzie prowadziłem dzieci młodsze i starsze. No a później przyszła propozycja od trenera Koziorowicza. Dla obu trenerskim wzorem jest Greg Popovich z San Antonio Spurs, ale idolem Bieli jest Phil Jackson. - Jeszcze się nie założyliśmy, kto wygra, ale znając Marka, pewnie się założymy - kończy z uśmiechem Biela. - Nie będę życzył mu powodzenia, bo nigdy tak nie robię, musiałbym skłamać. Trzymam za niego kciuki w każdym meczu, ale nie z Rosą.

    Czytaj treści premium w Głosie Szczecińskim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (1)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (1) forum.gs24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    GS24 poleca:

    NAUCZYCIEL i SZKOŁA NA MEDAL  Głosowanie zakończone, poznaj laureatów

    NAUCZYCIEL i SZKOŁA NA MEDAL Głosowanie zakończone, poznaj laureatów

    ŚWIĄTECZNE GWIAZDECZKI  Głosowanie zakończone

    ŚWIĄTECZNE GWIAZDECZKI Głosowanie zakończone

    SPORTOWIEC ROKU | Zgłoś najlepszego sportowca!

    SPORTOWIEC ROKU | Zgłoś najlepszego sportowca!