Biało-czerwone Australian Open, czy znów się go doczekamy? Iga Świątek pisze kolejny rozdział

Hubert Zdankiewicz
Hubert Zdankiewicz
W 2014 roku Łukasz Kubot zdobył w Melbourne swój pierwszy wielkoszlemowy tytuł
W 2014 roku Łukasz Kubot zdobył w Melbourne swój pierwszy wielkoszlemowy tytuł fot. AP/East News
Udostępnij:
Choć największy sukces w historii polskiego tenisa miał miejsce w Paryżu, a ulubionym „polskim” Wielkim Szlemem był przez lata Wimbledon, to jednak w Melbourne nasi rodacy również zapisali się w historii. Pozostaje liczyć, że w tym roku zapisze się w niej również Iga Świątek, która w sobotę awansowała do 1/8 finału.

Uwzględniając juniorów polscy tenisiści wygrywali w sumie Australian Open cztery razy. Pierwszy był Wojciech Fibak, który w 1978 roku triumfował w rywalizacji deblistów w parze z Australijczykiem Kimem Warwickiem.

- To były inne czasy. Australian Open kończył wówczas tenisowy sezon, a nie zaczynał, jak obecnie. Rozgrywany był też na innej nawierzchni. Na suchej, nierównej i piekielnie niewygodnej dla Europejczyków australijskiej trawie - wspominał niedawno na naszych łamach finalista Masters z 1976 r. - Z tego powodu wielu graczy światowej czołówki, w tym Szwed Björn Borg, do Melbourne po prostu nie jeździło. Turniej cieszył się więc mniejszym prestiżem, niż obecnie. Ja sam wyżej ceniłem np. zwycięstwo w Monte Carlo - dodał Fibak, który co ciekawe, wygrał trochę przypadkowo.

- Miałem wystąpić z Arthurem Ashe’em, ale Amerykanin w ostatniej chwili się wycofał. Siedziałem właśnie w szatni i zastanawiałem się, co robić, kiedy podszedł do mnie Warwick i powiedział: „Słuchaj, mój partner też się wycofał, może zagramy razem”. No i zagraliśmy. Po raz pierwszy i ostatni w życiu.

W jego ślady poszedł 36 lat później Łukasz Kubot i wygrał Australian Open ze Szwedem Robertem Lindstedtem. Było w tym coś symbolicznego, bo podobnie jak starszy kolega po fachu (a prywatnie dobry znajomy i mentor, bo nawet w wywiadach nazywa Fibaka „Guru”) też dokonał w Melbourne ro-szady w składzie. Stałym partnerem Polaka był w tamtym czasie Francuz Jeremy Chardy, ale gdy tuż przed startem turnieju dostał propozycję od Lindstedta nie wahał się ani chwili.

- Byłem w naprawdę trudnej sytuacji po kontuzji Jürgena Melzera [to z nim miał grać - przyp. red.] , a zawodnicy specjalizujący się w deblu byli już zajęci i musiałem szukać wśród singlistów. Łukasz był w tym wypadku najlepszą opcją. Ma niesamowitą pozytywną energię, dzięki której ja sam staję się lepszym graczem. Niezbyt często jesteśmy świadkami czegoś takiego - chwalił Polaka Szwed, który po ostatniej piłce finału rozpłakał się z radości. Kubot, w swoim stylu, odtańczył na środku kortu kankana.

W 1996 roku rywalizację juniorek wygrała Magdalena Grzybowska, a start w Melbourne był dla niej podwójnie udany, bo zaliczyła również debiut wśród seniorek. Udało jej się nawet wygrać jedno spotkanie. Dziesięć lat później polscy kibice emocjonowali się za to pierwszym wielkoszlemowym półfinałem pary Mariusz Fyrstenberg - Marcin Matkowski. Nie każdy pamięta za to, że juniorskiego debla wygrali wówczas Grzegorz Panfil i Błażej Koniusz.

Bardzo udany był dla nas również Australian Open 2008. Przede wszystkim za sprawą Agnieszki Radwańskiej, którą miejscowe media określiły mianem „pogromczyni gigantów”, bo w drodze do swojego pierwszego w karierze wielkoszlemowego ćwierćfinału pokonała m.in. drugą w tym czasie tenisistkę świata Rosjankę Swietłanę Kuzniecową i jej rodaczkę Nadię Pietrową (byłą nr 3). W walce o półfinał krakowianka nie sprostała co prawda Słowaczce Danieli Hantuchovej, ale i tak było się z czego cieszyć.

Podobnie, jak z osiągnięcia Marty Domachowskiej, która zaczynała tamtego roku turniej w Melbourne od kwalifikacji, a po ich przejściu dotarła do 1/8 finału, pokonując po drodze m.in. późniejszą mistrzynię Australian Open, Chinkę Na Li. Radwańska z kolei w późniejszych latach dwukrotnie (2014, 2016) dochodziła w Melbourne do półfinału, a do historii przeszła przede wszystkim za pierwszym razem, bo w ćwierćfinale dosłownie zdemolowała niepokonaną tu wówczas od dwóch lat Białorusinkę Wiktorię Azarenkę. Dość powiedzieć, że decydującego seta wygrała 6:0. Można tylko żałować, że tamten mecz kosztował naszą tenisistkę tyle sił, że w półfinale nie sprostała Słowaczce Dominice Cibulkovej. Tej samej, którą rok wcześniej ograła 6:0, 6:0 w finale poprzedzającego Australian Open turnieju WTA w Sydney.

Na swój pierwszy ćwierćfinał w Melbourne (a może na coś więcej) nadzieję ma Iga Świątek, która w sobotę po raz trzeci z rzędu awansowała do 1/8 finału, po zwycięstwie 6:2, 6:3 nad Rosjanką Darią Kasatkiną. Mistrzyni Roland Garros 2020 też lubi Australię, rok temu wygrała turniej WTA w Adelajdzie.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Mistrzostwa w Polsce zwiększą popularność strzelectwa i rugby

Wideo

Materiał oryginalny: Biało-czerwone Australian Open, czy znów się go doczekamy? Iga Świątek pisze kolejny rozdział - Sportowy24

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Głos Szczeciński
Dodaj ogłoszenie