Do 2 grudnia w Trafostacji można oglądać wystawę "Vulgar Display of Marek" Marka Rachwalika. To najprawdopodobniej najbardziej intrygująca wystawa tego roku. Artysta sprawnie miesza absurd z powagą egzystencji, ironię z black metalową wzniosłością, a wiejski folklor z industrialem. Kim jest?

W Twoim biogramie przeczytamy „wiejski prymityw pochodzący ze wsi Kłomnice”. To tak na poważnie?

- Na poważnie, ale i dla żartu.

Pochodzenie artysty w świecie sztuki ma znaczenie?

- Długo wydawało mi się, że niezbyt wielu artystów pochodzi ze wsi. Jednak niedawno zrobiłem wystawę z m. in. Maciejem Cholewą i poznałem wielu nowych dla mnie twórców, np. Irminę Rusicką czy Kaspra Lecnima, którzy podobnie jak ja są z totalnych obrzeży.

No może już nie z takich totalnych, bo np. w mojej wiosce od lat działa Żabka czy Biedronka, ale pamiętam czasy kiedy na drodze nie było nawet asfaltu. Poczułem, że nie jestem sam! Pochodzenie na pewno jest ważne i na pewno wpływa na pracę. Artysta może obserwować otoczenie i przenosić jego elementy do obrazów. W moim przypadku są to choćby ozdoby ogrodowe czy motywy opon.

Edukacja artystyczna na wsi też nie wydaje się najprostsza.

- To prawda, jeśli ktoś od najmłodszych lat jest ukierunkowany na liceum plastyczne, to musi je znaleźć w najbliższym mieście, a później zorganizować sobie dojazd do tego miasta. Dla młodego człowieka to nie zawsze jest łatwe. Ja liceum plastyczne skończyłem w Częstochowie, potem miałem epizod z Katowicami. Mieszkałem tam podczas studiów i pracy na Akademii Sztuk Pięknych. Stwierdziłem jednak, że to otoczenie nie jest dla mnie. Do tego praca mnie dekoncentruje, wolę skupić się na malarstwie. Teraz patrzę na te sprawy z innego punktu widzenia. Jeszcze 10 lat temu pewnie nie dałabym rady żyć na wsi i tworzyć, ale dziś w dobie internetu, nie jest to problem.

Media społecznościowe pomagają Ci w docieraniu do nowych odbiorców? Może są źródłem inspiracji?

- I to, i to. Dzięki Facebookowi mogę lajkować, krytykować i stalkować innych. Internet to bez wątpienia ważny kanał komunikacji. Część moich prac zostało zainspirowanych osobowościami znalezionymi na Instagramie, które działają tylko na tym kanale i stanowią pewnego rodzaju fenomen. Niedawno znajomy napisał do mnie - szkoda, że Szczecin jest tak daleko, nie będę mógł wziąć udziału w twojej wystawie. Dzięki mediom społecznościowym, w pewien sposób - mógł.

Mimo wszystko malarstwo trzeba oglądać na żywo, wiele osób stykając się po raz pierwszy z Twoimi pracami myśli, że to grafiki komputerowe.

- Będąc szczerym, totalnie nie potrafię posługiwać się programami graficznymi. Myślę, że mój język malarski jest trudny do przełożenia na język graficzny. Żeby wprowadzić odpowiednią trójwymiarowość, te prace po prostu muszą wyjść spod ręki, trzeba w nich trochę podziergać. Przyznam, że nie mam za dużego dystansu do tego, co tworzę. Każdy obraz mam tak mocno wdrukowany w świadomość, że moja twórczość nie robi na mnie już większego wrażenia. Patrzę na nią inaczej, niż odbiorcy.

Śląsk jest wskazywany jako najciekawszy ośrodek malarstwa w Polsce - Oneiron, Grupa Janowska, Erwin Sówka, Andrzej Tobis, Krzysztof Piętka, Ty.... Twórców jest sporo i łączy Was pewien psychodeliczny, jaskrawy wymiar. Skąd ta psychodela na Śląsku?

- Mieszkam na obrzeżach województwa śląskiego. 20 lat temu te tereny należały do województwa częstochowskiego, więc nie do końca mogę utożsamiać się z prawdziwą śląską przestrzenią. Jednak to prawda, dziwne fluidy przechodzą przez Śląsk. Gosia Kulik, z którą studiowałem, gdyby nie to, że przeniosła się do Wrocławia, również mogłaby podpiąć się pod ten nurt. Skąd to się bierze? Nie mam pojęcia, ale zauważyłem to również w muzyce. Przykładem są tu metalowcy, tacy jak choćby tekściarz Roman Kostrzewski z legendarnego Kata, czy Nihil, frontman Furii. Jest też hip-hopowy Kaliber 44.

Tyle, że w Twoich obrazach ta jaskrawość i przerysowanie w połączeniu z metalową estetyką, którą stosujesz, dają poczucie, że zwyczajnie wyśmiewasz się z subkultury metalowców. I znów - to tak na serio?

- Tak, wszystko, co robię jest na serio. Wyrasta to z dość szczerego spojrzenia na świat i dystansu do niego. Wychowałem się na South Parku, absurd stale jest mi bliski. Poza tym zawsze najbardziej ciekawili mnie artyści mający rezerwę do swojej osoby i tego, co robią. Projekty realizowane z pompą i patetyzmem budzą we mnie nieufność i sceptycyzm. Ale wiem co masz na myśli - wywiad z metalowcami, który można zobaczyć i odsłuchać w Trafo - brzmi jakbym drwił z jego bohaterów. Język tych ludzi jest co najmniej niepoprawny, ale same wypowiedzi są tak szczere i autentyczne, że aż absurdalne, warte pokazania. Moje malarstwo, początkowo bardzo psychodeliczne, nie nosiło w sobie takich motywów, nie zdradzało wątków, które można by uznać za żart. Jednak lubię śmiać się z siebie i myślę, że każdy artysta powinien to potrafić.

Twoje obecne prace od tych początkowych różni też struktura tytułów. Dajesz tam prawdziwy upust wszelkim absurdalnym „metalowym” przemyśleniom.

- Podchodzę do tego z humorem - bo kto na poważnie, od tak dla siebie, zrobiłby fotkę ze strachem na wróble i podpisał „Jest to porównanie hip hopowca i synthpopowca”? Za niektóre określenia pewnie mogłoby mi się porządnie oberwać. Stachu Ruksza, który jest też kuratorem mojej ekspozycji w Szczecinie, zasugerował nawet, że mógłbym zrobić wystawę z samych tytułów. Mam w planach wiele obrazów i mam już do nich tytuły z naszkicowanymi motywami, więc teraz myślę, że szkoda, że tego nie wykorzystaliśmy. Może będzie jeszcze okazja.

Nie obawiasz się, że temat metalowców w końcu się wyczerpie, że zabraknie Ci pomysłów na tytuły? Przecież kiedyś ich tak nie rozwijałeś.

- Początkowo miałem poczucie, że absurd, który umieszczam w tytułach obrazów, jest trochę za suchy. Brakowało mi konkretnej narracji. Kiedy pojawiły się wątki metalowe pozbyłem się tego poczucia, ale jego miejsce zajęła właśnie obawa, że ten temat może się wyczerpać i zaprowadzi mnie „pod ścianę”. Wiele osób też mnie tym straszy. Z drugiej strony wciąż mam wiele pomysłów. Kultura i muzyka cały czas ewoluują, żyją. Wystarczy spojrzeć na ulicę - dziś po wyglądzie trudno osądzić, kto jakiej muzyki słucha. Kiedyś były wyraźnie granice i nie można było stać jedną nogą tu, a drugą tam, trzeba było się zdeklarować. Mam nadzieję, że dopóki jest we mnie kreatywność, to „jakoś to będzie”.

Twoja metalowa auto-fotografia, to jeden z dowodów, że nie masz się o co martwić, ale z drugiej strony odbiorca zastanawia się - no teraz to już chyba wszystko widziałem?

- Seria metalowych zdjęć została zainspirowana całym światem muzyków metalowych, którzy swoją postawą na fotografiach, dają do zrozumienia, że nie tolerują sprzeciwu. Ale również z próby zamanifestowania swojej odrębności, chęci wyróżniania swojej osobowości na tle innych sposobów prezentacji. Pewnie jest też w tym doza narcyzmu. Ale przecież na tym opiera się instagramowy świat. Po wejściu do niego, można być zmęczonym powtarzanym schematem prezentacji samego siebie. Fajnie, kiedy ktoś te schematy przełamuje, oby do obejrzenia było jeszcze sporo.

Wszystkie zdjęcia robisz sam?

- Przy robieniu zdjęć czasem pomagają mi koledzy… przynajmniej było tak do momentu, jak odkryłem samowyzwalacz. Naprawdę z technologią nie jest mi po drodze, ale dzięki niej narodziły się zupełnie nowe możliwości dla moich prac. Jeśli chodzi o pomysły na zdjęcia, to raczej sam je wymyślam, chociaż i znajomi czasem coś podsuwają. Niedawno siedzieliśmy przy ognisku, kolega gapił się na garnek z pieczonkami, i w końcu mówi - kurde, a jakbyś tak założył ten garnek na głowę, to by było dopiero fajnie. I tak powstał kolejny genialny projekt.

Genialne są też okładki kaset metalowych, które pokazałeś na wystawie, ale czy to nie aby takie małe plagiaty?

- Kiedy byłem dzieciakiem chciałem mieć oryginalne kasety metalowych zespołów. Wiadomo, że jak miało się lat kilka czy kilkanaście, to trudno było o kieszonkowe wystarczające na oryginalną kasetę. To jedno, ale było też drugie - w tamtych czasach o oryginalną muzykę było po prostu bardzo trudno. U mnie na wsi nie było jej na pewno, a Częstochowa była za daleko na taki wypad. To były też czasy, kiedy kasety się przegrywało, z jednego „przegrywa” na drugiego. Dobrze było mieć starszych kolegów, od których można było te kasety pożyczać. Pamiętam jak przy robieniu kasety Sepultury „Arise”, którą kochałem nad życie, pomalowałem okładkę bezbarwnym lakierem, żeby kolory były głębsze, dodałem też „oryginalną” naklejkę. Z kolei piracka kaseta Blood miała nadrukowaną tak małą wersję okładki, że nie wiedziałem co się na niej dzieje, nie mogłem jej skopiować, musiałem zrobić ją od początku. Do tego – z logotypu zespołu ściekają krople krwi, a z tego co pamiętam, nawet nie wiedziałem wtedy, że blood, po angielsku oznacza krew, magia podświadomości. Znajomi śmiali się z tego co robię, ale miałem też kolegę, który te kasety u mnie zamawiał. Na urodziny zażyczył sobie „Schizophrenie” Sepultury. Zrobiłem ją.

Czyli, żeby zacząć być niepowtarzalnym, trzeba zacząć od powtarzania?

- Na to wychodzi.


Marek Rachwalik (ur. w 1986 r. w Częstochowie) – artysta wizualny. Zajmuje się malarstwem, rysunkiem oraz uprawianiem metalowej autofotografii. Absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach. Zdobywca wyróżnienia regulaminowego i wyróżnienia Magazynu Szum na 43. Bielskiej Jesieni oraz Grand Prix 6 Triennale Malarstwa im. Mariana Michalika. Wiejski prymityw nie ufający miastowym. Pochodzi ze wsi Kłomnice.

Zobacz wideo: Weekend w Szczecinie. Najciekawsze propozycje